Jeśli Gowin i Ziobro nie staną po stronie prywatnych mediów, podadzą się Kaczyńskiemu na srebrnej tacy [ANALIZA]

Łukasz Rogojsz
Tak zwany podatek solidarnościowy, który rząd chce nałożyć na prywatne media i koncerny technologiczne, najostrzej krytykują przedstawiciele mediów i politycy opozycji. Tymczasem mając na względzie swój długoterminowy polityczny interes, najmocniej powinni przeciwko niemu oponować koalicjanci Prawa i Sprawiedliwości - Porozumienie i Solidarna Polska.

- W sytuacji tak gwałtownych zmian w gospodarce, które obserwujemy na co dzień (...) systemy podatkowe świata muszą za tym wszystkim nadążać - tłumaczył na konferencji prasowej konieczność nałożenia podatku na media Mateusz Morawiecki.

Nie może być tak, że biedni stają się coraz biedniejsi, bo bogaci stają się coraz bogatsi

- podkreślił premier dodając, że nowa danina jest wymierzona w wielkie międzynarodowe koncerny i stanowi "sprawiedliwy krok w kierunku wyrównania szans dla krajowych graczy w różnych branżach w porównaniu do wielkich graczy zagranicznych".

W sieci kłamstw

Najdelikatniej rzecz ujmując, szef rządu mija się z prawdą. Oczywiście dużo wygodniej wmawiać Polakom, że Zjednoczona Prawica próbuje walczyć z potężnymi międzynarodowymi koncernami - istotnie, bardzo często unikają one płacenia podatków w krajach, w których osiągają zyski - niż przyznać się, że nowym podatkiem rząd chce przemodelować polski rynek medialny na swoją korzyść. Wystarczy spojrzeć na przewidywane zyski dla budżetu państwa z tytułu nowej daniny. Wielkie koncerny hi-tech mają "dorzucić się" 50-100 mln zł, podczas gdy wydawnictwa medialne kwotą 700-800 mln zł. To, bagatela, nawet szesnastokrotnie więcej.

Drugim bardzo perfidnym spinem ze strony obozu władzy i jego medialnych klakierów jest przekonywanie Polaków, że oto koncerny mediowe nie chcą dorzucić się w czasie pandemii do budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia. Istotnie, 50 proc. środków z nowego podatku miałoby trafić do NFZ. W liczbach bezwzględnych daje to 400-450 mln zł. Bez wątpienia mnóstwo pieniędzy. Tyle że należy przyjąć właściwą perspektywę. Budżet NFZ na 2021 rok wynosi 103 mld zł, więc podnoszenie larum, że oto koncerny mediowe chcą storpedować funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia można włożyć między bajki. Wspomniane 400-450 mln zł to raptem około 0,4 proc. budżetu Funduszu.

Gdyby rząd tak dramatycznie szukał pieniędzy na NFZ, mógł wysłuchać apeli opozycji podczas debaty nad budżetem na 2021 rok i zwiększyć finansowanie opieki zdrowotnej do 7 proc. PKB. Albo zmniejszyć o połowę rządową subwencję dla TVP (ok. 2 mld zł) i zaoszczędzone w ten sposób środki przeznaczyć dla medyków. Byłoby to i tak dwukrotnie więcej, niż ma przynieść "podatek solidarnościowy".

Politycy obozu władzy i ich medialni akolici twierdzą też, że nowa danina dotyczy wszystkich mediów, więc nie ma mowy o żadnej dyskryminacji czy niecnych intencjach. W to tłumaczenie można by nawet uwierzyć, jeśli ktoś nie ma świadomości, jak od jesieni 2015 roku funkcjonuje styk polityki i prawicowych mediów. Pomijając już subwencję budżetową dla mediów publicznych, wszystko, co sprzyjające rządowi redakcje straciłyby z tytułu podatku, mogłoby do nich wrócić z nawiązką w postaci reklam od spółek skarbu państwa.

Jak wynika z analizy prof. Tadeusza Kowalskiego, medioznawcy z Uniwersytetu Warszawskiego, tylko w 2019 roku TVP otrzymała od kontrolowanych przez państwo spółek reklamy na kwotę 300 mln zł. Dla porównania: Polsat zainkasował z tego tytułu 180, a TVN 48 mln zł. Również prorządowe tygodniki nie mają powodów do narzekań. Mimo pikujących wskaźników sprzedaży, w 2019 roku reklamy państwowych spółek stanowiły 49 proc. przychodów reklamowych "Gazety Polskiej" i 44 proc. tygodnika "Sieci". Ostatni z tych tytułów zarobił wówczas w ten sposób ponad 30 mln zł.

A przecież rekompensata dla żyjących dobrze z rządem mediów nie musiałaby przyjść wyłącznie ze strony państwowych koncernów. 35 proc. środków (ok. 280 mln zł rocznie) z "podatku solidarnościowego" zasiliłoby kontrolowany przez politycznych nominatów Fundusz Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów. Można przypuszczać, kto i jak duże pieniądze by z niego otrzymywał.

Nieprawdą jest też, że koncerny mediowe nie płacą dzisiaj w Polsce podatków. Wspomniany już prof. Kowalski w rozmowie z Gazeta.pl argumentował, że media muszą uiszczać "bardzo wysokie opłaty koncesyjne, opłaty częstotliwościowe, PIT, CIT i podatek VAT od reklam, który dostarcza do budżetu państwa około 2,5-3 mld zł, a także podatek cyfrowy tzw. od VOD".

Wnoszą też opłaty na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania i Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej

- podkreślił i zaznaczył, że przy mocno poturbowanym przez pandemię koronawirusa rynku reklamy wyciąganie przez rząd w stronę mediów ręki po pieniądze jest co najmniej niezrozumiałe.

Ostatni argument, który pada z ust polityków i stronników obozu władzy, w celu obrony "podatku solidarnościowego" brzmi: przecież to pomysł samej Unii Europejskiej. Znów nie. Bruksela od dawna toczy batalię z amerykańskimi gigantami technologicznymi i chce, żeby płacili w Europie uczciwe podatki. Tyle że robi to w obronie wydawnictw medialnych państw członkowskich, które z powodu działalności koncernów z Doliny Krzemowej były i są mocno stratne. Bruksela nigdy nie chciała przy okazji opodatkowania Facebooka, Google, Amazona czy Apple'a przemycić też opłaty uderzającej w krajowe wydawnictwa i media. Cel zawsze był zgoła odmienny: ochrona tychże wydawnictw i mediów.

Trzy motywy "dobrej zmiany"

Skąd więc tyle kłamstw, manipulacji i rozpaczliwych prób obrony uderzającego w prywatne media nowego podatku? Patrząc na historię, ale także aktualną sytuację polityczną Zjednoczonej Prawicy nasuwa się kilka wiarygodnych wyjaśnień.

Po pierwsze, lider obozu władzy Jarosław Kaczyński od zawsze uważał, że przeciwko niemu i jego formacji działa biznesowo-medialno-polityczny układ. 

W Polsce tak naprawdę wolnych mediów nie ma. Jest pewien układ i dziennikarze, których pozycja jest bardzo trudna

- przekonywał już w lutym 2005 roku.

Trzeba przede wszystkim rozbić ten układ

- apelował niespełna półtora roku później. Walka z mitycznym układem i dążenie do jego zniszczenia to polityczna idée fixe Kaczyńskiego. Chociaż przez ostatnie lata sam stworzył sprawnie działający układ, wciąż uważa siebie i swoją partię za ofiary. Spacyfikowanie prywatnych mediów byłoby dla niego milowym krokiem do obalenia (rzekomego) układu. To zaś stanowiłoby wymarzone zwieńczenie jego politycznej kariery.

Po drugie, Zjednoczona Prawica jest dzisiaj pod ścianą. Chociaż należałoby powiedzieć, że jest pod nią od pół roku i nigdzie się stamtąd nie rusza. W dużej mierze na własne życzenie. Polacy są zirytowani przeciągającym się lockdownem, opóźnieniami w programie szczepień na koronawirusa czy wreszcie zaostrzeniem prawa aborcyjnego wbrew woli większości społeczeństwa. Do tego obozem władzy co chwilę targają mniejsze lub większe konflikty wewnętrzne. Efekty są takie, że wobec wyborów parlamentarnych z 2019 roku Zjednoczona Prawica straciła około jednej trzeciej poparcia. Do tego zaufanie społeczne wobec jej liderów spada, podobnie oceny pracy rządu. Wszystko to jest wodą na młyn mediów, dla których problemy władzy są zawsze wdzięcznym tematem. Nałożenie "podatku solidarnościowego" mogłoby wywołać tzw. efekt mrożący przynajmniej w stosunku do części redakcji. Inne być może udałoby się albo wyeliminować z gry lub przeciągnąć do obozu "dobrej zmiany". W każdym z tych scenariuszy, dla Zjednoczonej Prawicy gra byłaby warta świeczki.

Po trzecie, Nowogrodzka w stosunku do swoich rządów z lat 2005-07 wyciągnęła jeden kluczowy wniosek: media to siła i rząd dusz nad społeczeństwem. Dlatego po 2015 roku Zjednoczona Prawica tak olbrzymią wagę przykłada do budowania swojego imperium medialnego. Używając terminologii prezesa Kaczyńskiego: swojego układu. Dzisiaj opiera się on przede wszystkim na Telewizji Polskiej i Polskim Radiu, ponieważ prywatne media prorządowe tracą udziały w rynku z każdym miesiącem. Uderzenie w konkurencyjne media prywatne stanowi próbę zrównoważenia sił. Co więcej, to także cios w opozycję. Bo Nowogrodzka bardziej obawia się dzisiaj dziennikarskich śledztw reporterów TVN, "Gazety Wyborczej", RMF FM czy Radia ZET niż działań Koalicji Obywatelskiej, Lewicy albo PSL. To prywatne media od pięciu lat najdotkliwiej punktują rząd najpierw Beaty Szydło, a potem Mateusza Morawieckiego i sypią piach w tryby maszyny stworzonej przez prezesa Kaczyńskiego. W zdrowej, zachodniej demokracji powiedziano by: ot, po prostu kontrolna funkcja mediów. Ale dla prezesa PiS-u jest to sprawa zarówno osobista, jak i polityczna. Z tej perspektywy, cios wymierzony w prywatne media zupełnie nie dziwi.

Na celowniku Nowogrodzkiej

Nie dziwi też to, że medialni akolici rządu, mając do wyboru dziennikarską solidarność i polityczny serwilizm, wybrali drugą z opcji. Michał Karnowski na łamach wPolityce.pl jako pierwszy bił w protestujące media i dziennikarzy, broniąc jednocześnie decyzji rządu i kształtu samego podatku. Z kolei Tomasz Sakiewicz w serwisie Niezalezna.pl pisał: "(...) trudno mi uwierzyć, że ta banda hipokrytów ma inny cel niż to, by utrzymać swoją dominację na rynku. Wszędzie, gdzie mają na to wpływ, zdobyli przewagę monopolistyczną (...) Nie widzę walki o wolność słowa, widzę walkę o pieniądze".

O tym, co działo się przez cały dzień 10 lutego na antenie TVP Info i głównym wydaniu "Wiadomości" TVP, lepiej w ogóle nie mówić. Za cały komentarz starczy kilka "pasków": "Koncerny medialne nie chcą się dzielić z Polakami wielomilionowymi zyskami", "Koncerny medialne traktują Polskę jako kolonię", "Międzynarodowe koncerny medialne nie chcą płacić na służbę zdrowia, kulturę i zabytki".

To wszystko powinno być ważnym ostrzeżeniem wcale nie dla prywatnych mediów. Nawet nie dla opozycji. Dla kogo więc? Dla koalicjantów PiS-u - Porozumienia i Solidarnej Polski. Doskonale widać bowiem, do czyjej muzyki tańczą zarówno media publiczne, jak i prorządowe. Nie są to rytmy ani Jarosława Gowina, ani Zbigniewa Ziobry.

Popierając siłową i fiskalną pacyfikację mediów prywatnych, zarówno Porozumienie, jak i Solidarna Polska będą kręcić sznur na swoją własną szyję. Im gorzej będzie z prywatnymi mediami niezależnymi od obecnej władzy, tym mocniej przyparci do muru będą ludzie Gowina i Ziobry. Zostaną na pastwie publicznych i prorządowych mediów, hasających na krótkiej smyczy prezesa Kaczyńskiego.

Prezes TVP Jacek Kurski już nie raz i nie dwa udowodnił, że gdy dostanie dyspozycję z Nowogrodzkiej, to z anten jego telewizji momentalnie znikają i politycy Porozumienia, i Solidarnej Polski. Tylko w 2020 roku ten scenariusz był grany kilkukrotnie. Naiwnością byłoby sądzić, że podobną gorliwością co Kurski nie wykazaliby się redaktorzy naczelni czołowych prorządowych tytułów. Wszak na drugiej szali tej wagi znajduje się materialny (a może również polityczny?) byt kierowanych przez nich redakcji. O ich losie decyduje wyłącznie jedna osoba, zasiadająca w najważniejszym biurze przy ulicy Nowogrodzkiej.

Gowin i Ziobro muszą mieć tego świadomość. Mogą nie lubić części albo nawet wszystkich mediów prywatnych z tzw. mainstreamu, ale nie są w stanie zanegować faktu, że Kaczyński nie ma na te media przełożenia. To dlatego politycy Solidarnej Polski i Porozumienia tyle czasu spędzają chociażby w TVN24 czy Polsat News, mimo że zwłaszcza na pierwszej z tych stacji często nie zostawiają suchej nitki. Spędzają i będą spędzać, niezależnie od ich relacji z prezesem PiS-u czy atmosfery w obozie władzy.

Dzisiaj to od gowinowców i ziobrystów zależy los "podatku solidarnościowego", który rząd chce nałożyć na prywatne media. Jeśli choć jedna z koalicyjnych formacji powie "weto", inicjatywa upadnie. Politycy Solidarnej Polski podchodzą do projektu z dystansem. Przyznają, że nikt go z nimi nie skonsultował i nie odmawiają sobie okazji do wbicia szpili premierowi Morawieckiemu, twierdząc, że to on był spiritus movens całego przedsięwzięcia.

Dużo bardziej stanowczo wypowiadają się ludziu z Porozumienia, która w obozie Zjednoczonej Prawicy ma wizerunek najmocniej wolnorynkowej partii 

Posłowie są nieprzychylni tym rozwiązaniom, więc najprawdopodobniej skończy się na naszym sprzeciwie

- powiedział jeden z polityków formacji Gowina Jackowi Gądkowi. Inny dodał:

Byłoby dziwne, gdyby formacja, która dba o przedsiębiorców głosowała za nowym podatkiem

Tak, byłoby to dziwne. Ale jeszcze dziwniejsze byłoby głosowanie za rozwiązaniem, które za jakiś czas może zapędzić Porozumienie w kozi róg, z którego już nikt ich nie wyciągnie.

Więcej o: