O co chodzi w "podatku solidarnościowym" dla mediów? Prof. Kowalski: Przypomina to model Gazpromu, Łukoilu i Rosnieftu

Łukasz Rogojsz
- Nie chodzi o żadne zabytki i zdrowie, tylko o podporządkowanie sobie mediów. Przypomina to model Gazpromu, Łukoilu i Rosnieftu, które kupowały media na polityczne zlecenie po to, żeby przemodelować ich linię programową i utemperować krytykę władzy - o pomyśle nałożenia na prywatne media tzw. podatku solidarnościowego mówi w rozmowie z Gazeta.pl medioznawca prof. Tadeusz Kowalski.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Czy pomysł tzw. podatku solidarnościowego nałożonego na media jest ważny z punktu widzenia polskiego życia publicznego?

PROF. TADEUSZ KOWALSKI*: Jesteśmy w dobie pandemii, więc nie możemy patrzeć na sprawę przez inny pryzmat. Można powiedzieć, że media były na drugiej linii frontu walki z epidemią. Informowały o koronawirusie, o potrzebie szczepień, o wszelkich postępach w walce z epidemią. Obecnie przekonują też Polaków do konieczności szczepienia się przeciwko COVID-19.

Teraz rząd chce nałożyć podatek, chce uderzyć w coś, co było niewątpliwie istotnym narzędziem wspomagania władz publicznych w zwalczaniu pandemii. To jest zupełnie niezrozumiałe. Trzeba też zdawać sobie sprawę - i ma to znaczenie bardziej długofalowe - że w konsekwencji wprowadzenia tego rodzaju rozwiązania wiele mediów, zwłaszcza lokalnych i mniej zamożnych, może nie przetrwać. Mogą zostać bardzo istotnie osłabione albo wręcz zniknąć z rynku. Co za tym idzie, zmniejszy się możliwość wyboru mediów, zmniejszy się pluralizm, a to zawsze jest ze szkodą dla jakości życia publicznego i debaty publicznej.

Krytycy protestu mediów przekonują, że dla wielkich koncernów medialnych koszt nowego podatku to kropla w morzu, z kolei dla małych wydawnictw będzie nieznaczny albo wręcz w ogóle ich nie obejmie. Ile w tym prawdy?

Na wstępie trzeba rozróżnić jedną rzecz. Ten podatek ma dotknąć przede wszystkim nie cyfrowych gigantów z Doliny Krzemowej o globalnym zasięgu - oni faktycznie unikają płacenia podatków w krajach, w których działają - tylko media dziennikarskie, zwłaszcza te polskie.

Zobacz wideo Dlaczego Gazeta.pl wzięła udział w proteście prywatnych mediów?

Przypomnijmy: koncerny hi-tech (m.in. Facebook czy Google) zapłaciłyby 50-100 mln zł w skali roku, podczas gdy media dziennikarskie aż 700-800 mln zł.

Ten podatek uderza przede wszystkim w polskie firmy, które zostaną potraktowane w sposób szczególnie restrykcyjny. Będą zmuszone oferować reklamy drożej, żeby nadal było to dla nich opłacalne, a to może skutkować mniejszą liczbą klientów. To osłabienie zdolności konkurencyjnej tychże mediów. Nawet jeśli podatek nałożony na media internetowe będzie niższy od podatku na media tradycyjne, to dojdzie do przyspieszenia migracji reklam do internetu, a co za tym idzie - jeszcze większego osłabienia mediów tradycyjnych. Upadek redakcji prasowych, radiowych czy telewizyjnych ograniczy zaś odbiorcom realną możliwość wyboru.

Mniejsze media, wbrew obiegowym opiniom, też nie wyjdą z tej sytuacji nietknięte. Próg wejścia w przypadku tego podatku wcale nie jest ustawiony wysoko. Mówimy o przychodzie miliona złotych w skali roku. Za taką kwotę trudno utrzymać nawet lokalną stację radiową, nie mówiąc już o lokalnej gazecie. W ogóle nie ma takiej możliwości.

Poza tym zupełnie nie trafia do mnie argument, że duże wydawnictwa powinny płacić dużo wyższe podatki niż obecnie. Media w Polsce już dzisiaj płacą ogromną liczbę różnych danin - bardzo wysokie opłaty koncesyjne, opłaty częstotliwościowe, PIT, CIT i podatek VAT od reklam, który dostarcza do budżetu państwa około 2,5-3 mld zł, a także podatek cyfrowy tzw. od VOD. Wnoszą też opłaty na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania i Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Wreszcie media to część tzw. sektora kreatywnego, na którym gospodarce powinno szczególnie zależeć. Państwo powinno go wspierać i rozwijać, a nie drenować i dociskać. Państwo w ogóle nie powinno zajmować się kreowaniem zawartości mediów. To zupełnie nie jest rola państwa.

Tego podatku nie można rozpatrywać w oderwaniu od sytuacji rynku reklamy medialnej, który w 2020 roku na skutek pandemii wyraźnie się skurczył.

Wstępne szacunki za 2020 rok wykazują, że we wszystkich sektorach mediowych poza internetem nastąpił spadek. W segmencie gazet nakłady dzienników spadły o 20 proc., ale już wpływy reklamowe o 30 proc. Magazyny - spadek nakładów o kilkanaście procent, natomiast spadek wpływów reklamowych już o 38 proc. Radio - reklamy w dół o 12 proc. Telewizja - 16 proc. Billboardy - 38 proc. Gdyby nie długa kampania prezydencka, to te spadki byłyby jeszcze poważniejsze. Wreszcie kino - minus 70 proc. przychodów reklamowych.

Te wszystkie segmenty branży medialnej zostały bardzo poważnie dotknięte przez pandemię, a teraz rząd wyciąga jeszcze do nich rękę po pieniądze. Gdyby rządowi te pieniądze rzeczywiście były tak potrzebne, to wystarczyłoby o połowę zmniejszyć dotację budżetową dla tzw. mediów publicznych i znalazłoby się więcej środków, niż ma wpłynąć z tytułu nowego podatku.

Jaki wobec tego jest prawdziwy cel wprowadzenia tego podatku? Jakie byłyby jego realne konsekwencje?

Tutaj mamy sprytnie pomyślany kamuflaż, bo rządzący zapewniają nas, że pieniądze zostaną przeznaczone na zdrowie, na zabytki...

35 proc. środków pozyskanych z podatku ma zasilić Fundusz Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, 50 proc. Narodowy Fundusz Zdrowia, a 15 proc. Narodowy Fundusz Ochrony Zabytków.

Jeżeli chodzi o zdrowie, ten podatek jest bez znaczenia, niczego by nie zmienił, niczego nie uratował. Wpływy z jego tytułu stanowiłyby poniżej 0,4 proc. budżetu NFZ. Jeżeli zaś chodzi o zabytki, to obowiązkiem państwa i samorządów lokalnych jest, żeby w miarę swoich możliwości restaurować zabytki i dbać o dziedzictwo kulturowe. Poza tym Unia Europejska oferuje na te cele niemałe fundusze i Polska z tych funduszy korzysta.

W istocie chodzi o fundusz mediowy. Pięciu wybranych przez polityków urzędników otrzyma władzę nad budżetem w wysokości mniej więcej 280 mln zł rocznie. W skali jednej kadencji daje to już ponad miliard złotych. To potężne narzędzie wpływu na media, narzędzie wymuszania posłuszeństwa.

Nie wierzy pan, że środki z tego funduszu dostaną wszyscy, niezależnie od preferencji politycznych?

Nie ukrywajmy: pieniądze otrzymają ci, którzy są posłuszni i którzy swoje przedsięwzięcia czy linię programową zmodyfikują tak, żeby były "właściwe" i narodowe (najlepiej przez duże "N"). Wtedy władza spojrzy na takie media życzliwym okiem. Poza samym kontekstem politycznym absurdalny jest też aspekt merytoryczny. Bo dlaczego niby pięciu urzędników wyznaczonych przez ministrów ma wiedzieć lepiej od setek dziennikarzy, redaktorów i wydawców - ludzi, którzy od lat profesjonalnie kreują zawartość mediów - kto powinien otrzymać te pieniądze? Te środki będą trafiały do mediów przyjaznych władzy. To one będą nagradzane. W rezultacie nastąpi dalsze zawłaszczanie branży medialnej przez państwo.

Wariant węgierski?

W konsekwencji tak. To nie stanie się od razu, ale to jest model docelowy. Ceny reklam wzrosną, część reklamodawców przeniesie się do internetu, co sprawi, że wartość inwestycyjna niektórych mediów zdecydowanie spadnie. Wtedy mogą pojawić się "odpowiedni" inwestorzy chętni do odkupienia części udziałów albo przejęcia całych wydawnictw. Widzieliśmy to ostatnio w przypadku Orlenu i Polska Presse. A spółek skarbu państwa, które będą chciały wykazać się gorliwością wobec swoich politycznych mocodawców, będzie więcej.

Nie chodzi o żadne zabytki i zdrowie, tylko o podporządkowanie sobie mediów. Przypomina to model Gazpromu, Łukoilu i Rosnieftu, które kupowały media na polityczne zlecenie po to, żeby przemodelować ich linię programową i utemperować krytykę władzy.

Kojarzy pan podobne regulacje prawne w innych państwach Unii Europejskiej?

W Unii Europejskiej są kraje, w których wprowadzono podatek od reklam, ale jest on elementem przejrzystego systemu, z jasno określonymi kryteriami i zasadami podziału środków (z wyłączeniem Węgier). U nas tak się nie stanie. Nasza władza traktuje budżet państwa jako niewyczerpany zasób wspierania medialnych i politycznych zauszników. W związku z tym nie mam zaufania, że środki z tytułu tego podatku byłyby uczciwie dzielone.

prof. Tadeusz Kowalski - profesor Uniwersytetu Warszawskiego; medioznawca; specjalizuje się w badaniach z zakresu ekonomiki mediów, zarządzania mediami, mediów społecznościowych; były wieloletni ekspert Rady Europy w dziedzinie pluralizmu i nowych technologii komunikowania