Dominik Héjj: Wolność słowa? Dla większości Węgrów to dziś już tylko abstrakcja

Jacek Gądek
- Jeśli w Polsce minister zdrowia Łukasz Szumowski mówił, że w zasadzie wszystko jest pod kontrolą, a dziennikarze by wątpili, to wedle węgierskiego prawa mogliby już podpadać pod paragraf, ponieważ szerzą niepokój społeczny - mówi dr Dominik Héjj, wykładowca w Instytucie Europy Środkowej, redaktor naczelny portalu portal kropka.hu.

Zobacz nagranie. Bodnar o następcy: Konstytucja wymaga, aby RPO był niezależny od władzy:

Zobacz wideo

Jacek Gądek: Na Węgrzech są jeszcze media, czy już tylko tuby propagandowe?

Dominik Héjj: Gdybyśmy powiedzieli, że istnieją jedynie tuby, a nie ma już żadnych mediów, to byłoby to krzywdzące dla bardzo nielicznych mediów, które wciąż się opierają premierowi Viktorowi Orbánowi.

Kiedy Orbán zaczął przejmować media?

Był grudzień 2010. Wtedy do parlamentu wpłynęła pierwsza ustawa, która zmieniła funkcjonowanie rady radiofonii i telewizji i przeistaczała ją w radę mediów narodowych. To był moment, w którym za jednym zamachem zostały przejęte media publiczne - te nigdy Orbánowi nie były przychylne.

Orbán pamiętał, że gdy jego partia - Fidesz - rządziła w latach 1998-2002, nie udało mu się wtedy zbudować narracji, która pozwoliłaby wygrywać kolejne wybory. Okazało się, że w czasie wyborów 2002 r. nie ma po swoje stronie żadnych mediów - ani publicznych, ani prywatnych. Przegrał jedynie 10 mandatami - to niewiele. Gdy udało mu się wrócić do władzy w 2010 r. i marzył o wygranej w 2014, od razu przystąpił do przejmowania mediów. Zaczął od złożenia wspomnianej ustawy.

Orbán obawiał się, że bez mediów znów straci władzę?

W 2010 r. Orbán miał po swojej stronie część mediów. Zorganizował mu je oligarcha Lajos Simicska: radio, telewizję, prasę codzienną i tygodnik. Z czasem okazywało się jednak, że zawłaszczenie mediów publicznych i stworzenie jednego koncernu niewiele daje Orbanowi.

Bo?

Lajos Simicska pokłócił się z Orbánem, poszło o wpływy, i nagle media jego koncernu przestały popierać Fidesz, a zaczęły największą wówczas partię opozycyjną Jobbik. Orbán zaczął budować cały układ od nowa, opierając się o wielu oligarchów, nie na jednym, który mógłby mu się sprzeniewierzyć.

Jaki zasięg mają dziś media opozycyjne?

Według rządu węgierskiego 80 proc. mediów jest opozycyjna.

Nikt w to nie uwierzy.

Bo, oczywiście, rzeczywistość jest zupełnie odmienna.

Dla Orbana jednak kryterium jest jedno: jest kapitał państwa w medium, czy go nie ma? Jeśli jest, to medium jest prorządowe, a jak nie ma, to opozycyjne. Na Węgrzech prawie wszystkie media są skupione w KESMA - to Fundacja Prasy i Mediów Europy Środkowej licząca ponad 500 mediów. Media KESMY są wierne Orbanowi, a jednocześnie przez niego uznawane za opozycyjne.

Jakim cudem w fundacji mogły zacząć wspólnie działać niemal wszystkie media w państwie?

W 2015 r. Orbán wziął rozwód ze wspomnianym Simicską. Skończyło się na publicznych wyzwiskach. Wtedy Orbán zaapelował do prawicowo myślących biznesmenów, aby pomogli mu założyć gazetę codzienną, która pozwoli mu rzetelnie informować o poczynaniach jego rządu.

Na apel odpowiedział Gábor Liszkay, który założył mu "Magyar Idok". To jest bardzo ciekawy moment, bo Liszkay niewiele wcześniej wygrał monstrualny przetarg na narodowe sklepy tytoniowe. Jeśli na Węgrzech ktoś chce kupić papierosy, musi iść do specjalnego sklepu tytoniowego, nie można ich kupić - jak w Polsce - niemal wszędzie. Możliwość prowadzenia tych sklepów jest reglamentowana, a ok. 90 proc. z nich kontrolują ludzie związani z Fideszem. Przynoszą one oczywiście bardzo duże zyski.

Oligarcha po prostu założył premierowi gazetę?

Tak, ale nowy system medialny zaczął się opierać nie na jednym tytule czy człowieku, ale na wielu osobach, które zaczęły skupować media. Powstała cała grupa oligarchów wokół rządu -  to elita społeczna, która zastąpiła elitę postkomunistyczną. W interesie tych ludzi jest trwanie Orbana, a w interesie Orbana jest trwanie tych oligarchów.

W 2016 r. doszło do wrogiego przejęcia "Népszabadság", wówczas największego opozycyjnego dziennika w kraju. Od Deutsche Telekom oligarchowie przejęli też portal Origo. W 2018 r. cały koncern Lajosa Simicski, z którym Orbán był już pokłócony, został przejęty przez ludzi Fideszu. W lipcu 2020 r. przejęli też największy opozycyjny portal Index.

Oligarchowie stworzyli lub wykupili Orbánowi bardzo szerokie spektrum mediów. Stworzono dla nich w 2018 r. gigantyczny koncern, do którego wnoszą swoje media: KESMA. Wejście jest dobrowolne i okraszone przekazem, że oligarchowie czynią to z pobudek patriotycznych.

I kto nimi zarządza?

Pan, który jednocześnie jest szefem "Centrum dla praw podstawowych" - organizacji bardzo bliskiej rządowi. Organizacja ta skupia się na przygotowywaniu analiz potrzebnych Orbanowi do prowadzenia z Unią Europejską.

W KESMA są media od ogólnokrajowych po gazety wydawane w najmniejszej mieścince. Są w niej skumulowane wszystkie gazety lokalne i teraz pewnie w 70 proc. gazety lokalne są takie same, a różnią się lokalnymi didaskaliami. Dla Orbana to bardzo komfortowa sytuacja, bo wszystko, co zostanie wyprodukowane na Wzgórzu Zamkowym w Budapeszcie, dotrze do najmniejszej miejscowości i to w niezmienionej formie.

A czy na Węgrzech istnieje jakaś forma cenzury?

Autocenzura - zdecydowanie tak. W 2020 r. wprowadzono pakiet penalizujący okołocovidowe fake newsy. To bardzo szeroki pakiet. Wcześniej były inne "inicjatywy".

Co oznacza w praktyce?

Jeśli w Polsce minister zdrowia Łukasz Szumowski mówił, że w zasadzie wszystko jest pod kontrolą, a dziennikarze by wątpili, to wedle węgierskiego prawa mogliby już podpadać pod paragraf, ponieważ szerzą niepokój społeczny.

Dziennikarze na Węgrzech de facto sami przestają pisać i interesować się niektórymi rzeczami. Chyba że mają całkowitą niezależność, bo mają finansowanie z crowdfundingu.

Nawet jeśli Fidesz rządzi od 11 lat, to pozostaje 10-20 czy może nawet 30 proc. opozycyjnych Węgrów, którzy byliby skłonni korzystać z innych mediów niż rządowe. A to powinno tworzyć rynek dla mediów opozycyjnych.

To nie takie proste.

Węgry to stolica i prowincja - ludzie są skupieni głównie w Budapeszcie. Wszelkie protesty są w Budapeszcie, a nie na prowincji. Mieszkańcy mniejszych miejscowości rzadziej ujawniają swoje opozycyjne poglądy, bo na przykład boją się utraty pracy.

A po drugie: państwo stało się największym graczem na rynku medialnym. Z jednej strony z powodów naturalnych, bo państwo udziela koncesji. W praktyce nie przyznaje ich albo odnawia rozgłośniom radiowym, nawet jeśli nie były one specjalnie polityczne.

Gazety z kolei miałaby problem, aby w ogóle się ukazywać na papierze. Istnieje tygodnik "Magyar Hang", ale on drukowany musi być na Słowacji, bo na Węgrzech żadna drukarnia nie odważyła się go drukować.

Dlaczego?

Państwo cały czas coś zamawia w tych drukarniach, bo na przykład prowadzi wieczne kampanie outdoorowe. Jeśli dana firma zacznie drukować dla opozycji albo będzie udostępniać opozycji miejsce na plakaty, to potem nie dostanie już żadnego zlecenia od rządu.

Państwo na reklamę wydawało dwa razy więcej (ponad 30 mln euro) niż drugi w takim zestawieniu jeden z operatorów telefonii komórkowej (12-15 mln euro).

Na Węgrzech wybuchają jakieś skandale polityczne?

Burmistrz miasta Gyor Zsolt Borkai uczestniczył w orgii na jachcie w Chorwacji. Zrezygnował ze stanowiska, a sprawę szybko zduszono. Media opozycyjne starały się drążyć temat, ale nie miało to żadnego przełożenia na politykę.

Gdy wybuchła sprawa europosła Józsefa Szájera, pytano, czy poparcie dla Fideszu tąpnie. Nie tąpnęło. A przecież to jednego z najważniejszych polityków Fideszu przyłapano na homoseksualnej orgii w Brukseli. Największa gazeta na Węgrzech zamieściła jedynie dwa oświadczenia obok siebie: Szájera i Orbána. Bez komentarza od redakcji. I temat został ucięty. Orbán napisał, że ta sprawa nie mieści się w wartościach jego środowiska politycznego, ale jest mu niezmiernie wdzięczny, bo ubogacał to środowisko. Temat nie istnieje.

Innym razem przyłapano ministra spraw zagranicznych Pétera Szijjártó na rejsie luksusowym jachtem oligarchy po Adriatyku - w czasie epidemii.

Takim sprawom szybko ukręca się jednak łeb.

Czy na Węgrzech wprowadzono podatek od reklam?

W 2014 r. wprowadzono taki podatek - stało się to kilka tygodni po wygranych przez Fidesz wyborach. Miał kilka stawek - od 0 do 20 proc. Nazywano go "podatkiem od RTL", bo to ta telewizja miała zapłacić największą kwotę. Jednak w związku z zastrzeżeniami Komisji Europejskiej ustalono jego wysokość na 0 lub 5,3 proc., a potem podniesiono na 7,5 proc. A w 2019 r. został zawieszony na trzy lata - do końca 2022 r. Orbán czeka na orzeczenie TSUE, czy podatek progresywny jest dopuszczalny.

A czy w mediach społecznościowych jest jakaś silna opozycyjna emocja?

Ludzi nie bardzo boli to, że nie mają opozycyjnych mediów. Węgrzy - inaczej niż Polacy - nie mają zwyczaju ani tradycji, by wychodzić na ulice i protestować. Tak naprawdę największe protesty po 1990 r. na Węgrzech odbyły się przeciwko podatkowi od internetu. Ludzie wyszli na ulice, bo podatek uderzyłby we wszystkich. Ostatecznie Orbán się z niego więc wycofał. A wolność słowa i niezależne sądownictwo? Dla większości Węgrów to dziś już tylko abstrakcja.