Ziobro (znów) w natarciu, Kaczyński (znów) bezradny. "Prezesa ziobryści też uznają już za wroga"

Łukasz Rogojsz
Nowy rok i stare problemy. Tak najkrócej można podsumować sprzeciw Solidarnej Polski wobec przyjętej przez rząd uchwały dotyczącej polityki energetycznej Polski. W Prawie i Sprawiedliwości nikt już się nie łudzi, że nad ziobrystami można jeszcze zapanować. Nawet prezes Jarosław Kaczyński nie ma przełożenia na działania niesfornego koalicjanta.

Mówi bliski współpracownik szefa rządu: - Ziobro po raz kolejny uwierzył, że Morawiecki się kończy, bo pojawiły się historie o Obajtku. Uwierzył, że może ograć premiera albo nawet go wymienić. A za każdym razem, gdy uwierzy, że to jest już ten moment, wali w premiera jak w bęben.

Dołożyć Morawieckiemu

Wspomniane przez naszego rozmówcę "historie o Obajtku" dotyczą szeroko komentowanego wywiadu, którego Jarosław Kaczyński udzielił telewizji wPolsce.pl.

Ma ogromne możliwości, ma niezwykłą determinację i coś takiego, co daje pan Bóg, a co trudno zdefiniować. Aurę, która pozwala mu ludzi mobilizować, jednoczyć wokół jakiegoś celu

- rozpływał się nad prezesem PKN Orlen lider Zjednoczonej Prawicy.

Jak dodał prezes PiS-u, Obajtek w jego oczach jest "zupełnie niezwykłym człowiekiem, jeżeli chodzi o talent organizacyjny, dynamikę, łatwość podejmowania decyzji i to celnych decyzji, słusznych decyzji". Kaczyński określił również prezesa Orlenu jako nadzieję "wszystkich Polaków, którzy chcą po prostu dobra naszego narodu".

Zobacz wideo Czy Zjednoczona Prawica ma pomysł, co zrobić z konfliktem wokół zaostrzenia prawa aborcyjnego?

Po takim deszczu pochwał, ruszyła lawina spekulacji o przyszłości Obajtka oraz... premiera Morawieckiego, którego ten miałby zastąpić w funkcji szefa rządu. Zmiana wydaje się bardzo mało prawdopodobna, a jednak laudacja Kaczyńskiego wprawiła w ruch karuzelę nazwisk (rzekomo) sondowanych w kontekście premierowskiego fotela. Oprócz Obajtka znaleźli się na niej - pisaliśmy o tym zresztą niedawno na Gazeta.pl - również Mariusz Błaszczak, Michał Dworczyk, a nawet Jacek Kurski. To wszystko sprawiło, że w oczach ziobrystów nadarzyła się kolejna okazja, by publicznie podważyć autorytet Morawieckiego.

Solidarna Polska nie zajmuje się rządzeniem i planowaniem, tylko polityką. To jest ich przewaga nad nami, że kiedy my myślimy o bazie łóżek covidowych czy Narodowym Programie Szczepień, oni myślą, jak dołożyć Morawieckiemu

- słyszymy od dobrze zorientowanego polityka z Nowogrodzkiej.

"Delfin" poza kontrolą

Konflikt Ziobry i Morawieckiego jest stary jak historia rządów Zjednoczonej Prawicy. Gdy funkcję premiera sprawowała jeszcze Beata Szydło, obaj politycy rywalizowali o wpływy w spółkach skarbu państwa, nieformalne przywództwo w rządzie i miano numeru dwa w Zjednoczonej Prawicy. Po tym, jak Morawiecki zastąpił Szydło, rywalizacja tylko przybrała na sile. Jej stawką nie były już tylko około polityczne frukta czy chęć wyrównania dawnych porachunków. Na szali znalazła się sukcesja po prezesie Kaczyńskim, a więc kontrola nad polską prawicą w perspektywie najbliższej dekady.

Polityk z Kancelarii Premiera:

Ziobro i Solidarna Polska nie mają uczulenia na PiS, tylko na Morawieckiego, bo wiedzą, że to on jest dla nich przeszkodą w kontekście rozgrywki o przyszłość polskiej prawicy

Ciągle odnawiającemu się i wybuchającemu z nową siłą konfliktowi na linii Ziobro - Morawiecki miało zapobiec wejście do rządu prezesa Kaczyńskiego. Kilka miesięcy po tej zmianie wiadomo już jednak, że nawet on nie jest w stanie zapanować nad sporem dwóch "delfinów".

Nigdy nie utrzymasz krótko kogoś, kto jest twoim niezbędnym koalicjantem

- mówi zrezygnowany polityk z Nowogrodzkiej.

Skoro Kaczyński nie jest w stanie okiełznać Ziobry i jego politycznych ambicji, rodzi się pytanie, po co w ogóle wszedł do rządu. Nasi rozmówcy mówią, że innymi kluczowymi celami takiego ruchu było ograniczenie ingerencji Ziobry w politykę zagraniczną, co szkodziło nie tylko premierowi, ale przede wszystkim interesom Polski, oraz wiedza z pierwszej ręki o tym, co dzieje się w rządzie.

Prezes chciał mieć bezpośredni wgląd we wszystko, co Ziobro robi. Wcześniej nie śledził wszystkiego na bieżąco, o niektórych rzeczach dowiadywał się z drugiej albo trzeciej ręki i był zaskakiwany

- tłumaczy nasze źródło. I dodaje:

Prezes nie mógł też publicznie przyznać, że o pewnych rzeczach wie, bo formalnie nie miał do nich dostępu jako zwykły poseł

Blokująca mniejszość, którą dysponują w ramach Zjednoczonej Prawicy zarówno Ziobro, jak i Gowin sprawia, że omnipotentny status prezesa Kaczyńskiego został mocno podkopany. Wszyscy widzą, że zwłaszcza lider Solidarnej Polski pozwala sobie na bardzo dużo i uchodzi mu to bezkarnie. Bo i nie ma jak realnie ukarać kogoś, kto jest niezbędny do rządzenia. Straszenie przedterminowymi wyborami, które zmiotłyby zarówno Solidarną Polskę, jak i Porozumienie ze sceny politycznej nie wchodzi w grę. Powód jest prosty - po jesiennym tąpnięciu w sondażach, którego do tej pory nie udało się odrobić, ryzyko utraty władzy przez PiS byłoby niezwykle poważne. Z kolei prezes Kaczyński za nic nie zaryzykuje powtórki z 2007 roku, kiedy przedterminowe wybory przypłacił w Sejmie przesiadką z ław rządowych na miejsca dla opozycji.

Autorytet Kaczyńskiego dawno przestał już być ostatnią instancją przywołującą do porządku wszystkich w Zjednoczonej Prawicy. Ziobro i Solidarna Polska są tego najlepszym przykładem.

Prezesa ziobryści też uznają już za wroga. Dwukrotnie twardo zablokował wejście Solidarnej Polski do PiS-u - najpierw wiosną ubiegłego roku, a potem jesienią podczas negocjacji dotyczących rekonstrukcji rządu i nowej umowy koalicyjnej. Prezes doskonale zna Ziobrę i nie chce go u siebie w partii

- tłumaczy jeden z naszych rozmówców.

Wszystkie wolty Ziobry

Na Nowogrodzkiej są doskonale świadomi fatalnego położenia, w jakim znalazło się PiS w kontekście stale poszerzającego swoje wpływy i testującego kolejne granice Ziobry.

Co na niego poradzisz? Jest szefem ugrupowania koalicyjnego, które jest nam niezbędne

- załamuje ręce polityk PiS-u, którego pytamy o sprawę.

Co więcej, Ziobro ma haki na wszystkich swoich posłów, każdego może szybko spacyfikować, więc boją się go bardziej niż własnej matki i nic wbrew jego woli nie zrobią. Trzyma ich za twarz. W Solidarnej Polsce sprawy nie wyglądają tak jak u Gowina, że zmienia się sytuacja polityczna i pół partii robi zwrot o 180 stopni

- słyszymy.

To dlatego od przeszło pół roku Ziobro i jego ludzie poczynają sobie w ramach koalicji rządzącej więcej niż śmiało. Zaczęło się już po wygranych przez Andrzeja Dudę wyborach prezydenckich. Solidarna Polska próbowała wówczas narzucić ultraprawicową agendę całemu obozowi rządzącemu, przejmując w ten sposób najtwardszy elektorat Zjednoczonej Prawicy i wzmacniając swoją pozycję negocjacyjną przed rekonstrukcją rządu i rozmowami na temat nowej umowy koalicyjnej.

Druga odsłona wewnętrznego konfliktu w Zjednoczonej Prawicy rozegrała się właśnie przy okazji rekonstrukcji rządu i negocjacji koalicyjnych. Sytuacja była tak napięta, że jednym z rozważanych na Nowogrodzkiej scenariuszy były przedterminowe wybory parlamentarne.

Jeszcze przed końcem 2020 roku Solidarna Polska położyła się Rejtanem w sprawie nowego budżetu unijnego oraz tzw. funduszu odbudowy, który miał zapewnić państwo członkowskim środki na podniesienie gospodarek po kryzysie wywołanym pandemią koronawirusa. Ziobryści kategorycznie sprzeciwiali się powiązaniu transferu funduszy europejskich z przestrzeganiem praworządności. Chociaż Polska, do spółki z Węgrami, groziła wetem, to ostateczne konkluzje unijnego szczytu pokazały, że oba państwa nie osiągnęły swojego celu.

Nowy rok również rozpoczął się od sporu w ramach Zjednoczonej Prawicy. Tym razem poszło o tzw. ustawę mandatową, którą przygotowała Solidarna Polska. Dokument zakładał m.in. to, że obywatel nie mógłby odmówić przyjęcia mandatu, a swojej niewinności musiałby dowieść przed sądem (dotychczas to obywatelowi należało udowodnić, że dopuścił się złamania prawa). Tutaj "weto" powiedział przede wszystkim drugi z koalicjantów PiS-u - Porozumienie. Dzisiaj politycy z Nowogrodzkiej przyznają, że szanse na dalsze procedowanie projektu są niewielkie i raczej nie opuści on tzw. sejmowej zamrażarki.

Teraz kością niezgody w obozie władzy staje się polityka energetyczna państwa polskiego, w tle której znajdują się dziesiątki miliardów euro funduszy unijnych. Nie jest tajemnicą, że Unia Europejska transformację energetyczną traktuje niezwykle poważnie i uważa za jeden z absolutnych priorytetów perspektywy budżetowej 2021-27. Każdy kraj, który zechce wyłamać się z przyjętych ustaleń, musi liczyć się z potężnymi stratami finansowymi. W dobie kryzysu ekonomicznego wywołanego pandemią koronawirusa nikt nie zamierza sobie na to pozwolić. Nawet Polska, która wobec dekarbonizacji gospodarki, a zwłaszcza jej tempa, od początku była mocno sceptyczna.

Ziobryści mogą sobie lansować w tym temacie, co chcą, a koniec końców i tak będzie po naszemu. Jak zawsze

- przekonuje bliski współpracownik premiera Morawieckiego.

Więcej o: