Jadwiga Emilewicz o aferze z nartami: To było tsunami. Na trzy dni wyłączyłam telefon

Jadwiga Emilewicz odniosła się do krytyki, jaka ją spotkała po wycieczce z rodziną na narty mimo reżimu sanitarnego. - Potrzebowałam dwóch tygodni, żeby pomyśleć, co dalej, co powinnam powiedzieć Polakom, a szczególnie tym, którzy mi zaufali - powiedziała posłanka.

- To, co wydarzyło się po publikacji, było dla nas prawdziwym tsunami. Na trzy dni wyłączyłam telefon, a zdarzyło mi się to pierwszy raz w czasie pięciu lat pracy w administracji rządowej. Próbowałam wytłumaczyć dzieciom, co się dzieje. Jak już powiedziałam: popełniłam błąd - powiedziała w tygodniku "Sieci" Jadwiga Emilewicz.

Jadwiga Emilewicz komentuje aferę z nartami. "Nieroztropne posunięcie"

- Nie spodziewałam się, że mój wyjazd spotka się z tak ogromną krytyką społeczną. Krytyka polityczna ma dla mnie mniejsze znaczenie niż ocena moich wyborców, bo to dla nich pracuję. Potrzebowałam dwóch tygodni, żeby pomyśleć, co dalej, co powinnam powiedzieć Polakom, a szczególnie tym, którzy mi zaufali. Czekałam też, aż emocje nieco opadną. Mam wrażenie, że w ostatnich latach pracy w rządzie zapracowałem na dobrą reputację i przykro mi, że ją nadwerężyłam jednym nieroztropnym posunięciem - dodała.

Zobacz wideo Magdalena Biejat komentuje użycie wobec niej gazu przez policję

13 stycznia portal tvn24.pl ujawnił, że była wicepremier Jadwiga Emilewicz razem ze swoimi synami była na wyjeździe w Suchem między 2 a 6 stycznia. Dzieci polityczki uczestniczyły w zgrupowaniu narciarskim, choć nie posiadały uprawnień do jeżdżenia na nartach w reżimie sanitarnym. Wnioski o wydanie odpowiedniej licencji dla synów posłanki wpłynęły do Polskiego Związku Narciarskiego dzień po zgrupowaniu, czyli 7 stycznia.

Jadwiga EmilewiczEmilewicz nie poniesie konsekwencji za wyjazd na narty

Była wicepremierka zapewniła w "Sieciach", że do następnych wyborów parlamentarnych "zrobi wszystko, by udowodnić, że zasługuje na zaufanie". Emilewicz została zapytana przez tygodnik, czy rozbawił ją któryś z memów na temat afery z nartami. - To chyba jeszcze nie był moment, żeby się z tego śmiać. A poza tym, jak już wspominałam, miałam wyłączony telefon i nie zaglądałam do internetu. Musiałam się odciąć. Wiem, że memów było sporo. Później współpracownicy niektóre mi podrzucali. Śmiać się za to potrafili synowie i to było dla mnie pocieszające. O ile politycy w naturalny sposób ponoszą konsekwencje swojego zachowania, o tyle bolesne jest, gdy te konsekwencje przenoszą się na dzieci. W tym przypadku one nie zawiniły - powiedziała.

Więcej o: