Bezideowość, nostalgia za Tuskiem, oddanie placu Hołowni. Platforma sama zgotowała sobie ciężki los [ANALIZA]

Łukasz Rogojsz
Platforma Obywatelska dopiero co świętowała swoje XX-lecie. Chociaż "świętowała" to za dużo powiedziane. Po dwóch dekadach na polskiej scenie politycznej pozycja PO jest co prawda stabilna, ale bardzo daleka od ideału. W dużej mierze na własne życzenie.

Pierwszy grzech: Idea, której nie ma

Jeden z najsłynniejszych cytatów z Donalda Tuska głosi: "Ktoś, kto ma wizje, powinien iść do lekarza". Chociaż Tuska w polskiej polityce nie ma już od ponad sześciu lat, to przekazana w powyższym zdaniu mądrość (albo "mądrość") pozostała z założoną przez niego partią. Bezideowość - to od wielu lat najcięższy z kamieni przywiązanych do szyi Platformy Obywatelskiej. Kamień, którego mimo wielu prób i starań PO odciąć wciąż nie potrafi.

O tym, jak duży problem dla Platformy stanowi wypracowanie własnych idei, które z jednej strony określałyby partię w wyraźny sposób, a z drugiej przyciągały do niej wyborców, świadczą ostatnie miesiące i trudności ze stworzeniem nowej deklaracji ideowej. Początkowo miała zostać ogłoszona jesienią ubiegłego roku, następnie datę przesunięto na styczeń 2021 roku i XX-lecie Platformy, a ostatnio dowiedzieliśmy się, że deklaracji ideowej należy spodziewać się dopiero późną wiosną.

Dlaczego deklaracja jest dla przyszłości największej formacji opozycyjnej tak ważna? Bo Platforma musi się wreszcie określić, musi znów być jakaś, musi wybrać drogę. Ciągłe powtarzanie, że popieramy demokrację, wolny rynek, członkostwo Polski w UE oraz silne samorządy nie zaprowadzi tego ugrupowania donikąd. Przecież to dzisiaj aksjomaty dla każdej nowoczesnej partii politycznej, niezależnie od tego, czy jest lewicowa, prawicowa czy centrowa. A Platforma nie wie, czy chce być technokratyczna i wspierać biznes oraz przedsiębiorców, konserwatywno-liberalna jak za swoich początków czy może planuje być nowoczesną chadecją na wzór, chociażby, niemieckiego CDU. Nikt poza samą Platformą na to pytanie nie odpowie. A czasu na udzielenie odpowiedzi jest coraz mniej.

Zobacz wideo Kiedy możemy spodziewać się wyczekiwanej deklaracji ideowej PO? Okazuje się, że nieprędko

Drugi grzech: W poszukiwaniu przywódcy

Platforma u swoich początków była nazywana partią trzech tenorów, ponieważ na jej czele stało trzech polityków: Andrzej Olechowski, Maciej Płażyński i Donald Tusk. Poza tą trójką, w partii było wielu innych liderów i liderek. Tyle że z każdym rokiem ta liczba się kurczyła - odchodzili sami (jak Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski, Zyta Gilowska czy Jan Rokita) albo byli usuwani z partii (jak Paweł Piskorski) w ramach bezpardonowej walki o władzę. Na samym końcu na placu boju pozostał jedynie Donald Tusk, który skutecznie wyeliminował wszelką konkurencję. Kiedy w 2014 roku wyjechał do Brukseli, zająć stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej, Platforma została osierocona i pozostawiona bez przywódcy (bądź przywódczyni) gotowego zadbać o interesy partii w kolejnych latach.

Ani Ewa Kopacz, ani Grzegorz Schetyna, ani Borys Budka nie okazali się przywódcami, na jakich Platforma liczyła. Cała trójka była raczej politycznymi menedżerami, stojącymi na czele ogromnej organizacji, niż liderami, którzy potrafiliby poprowadzić za sobą partię i wyborców. Zarządzali mniejszymi i większymi kryzysami, odnosili mniejsze sukcesy i ponosili większe porażki, cieszyli się mniejszą bądź większą sympatią elektoratu. Wydobyć Platformy z impasu żadne z nich jednak nie potrafiło. Chociaż lubimy myśleć, że polska polityka dojrzewa, staje się coraz mądrzejsza i racjonalniejsza, a mniej plemienna i wodzowska, to stopień jej spersonalizowania jest ogromny, a charyzmatyczny i silny przywódca wciąż stanowi gwarant osiągania kolejnych politycznych celów. Platforma tej gwarancji jest dzisiaj pozbawiona i nie wiadomo, czy jeszcze ją odnajdzie.

Trzeci grzech: Potencjał zmarnowany

Następcą Tuska na czele Platformy, a może nawet całej opozycji, mógł być Rafał Trzaskowski. Mimo przegranej z Andrzejem Dudą w wyborach prezydenckich, zdobył w nich ponad 10 mln głosów. Trzeci najwyższy wynik w historii. Dawało to Platformie niepowtarzalną szansę, żeby przekuć porażkę w zwycięstwo. Trzaskowski miał zbudować ruch społeczny, który zatrzyma przy nim wyborców, a opozycji zapewni nowe otwarcie. Automatycznie czyniło to z niego nowego lidera całej opozycji. Niepowtarzalna szansa. Tyle że Platforma i sam Trzaskowski koncertowo tę szansę zmarnowali. Dzisiaj nazwy ruchu Trzaskowskiego nie pamiętają nawet pasjonaci polityki, a Platforma i opozycja, jak nie miały lidera z prawdziwego zdarzenia, tak nadal go nie mają.

Czwarty grzech: Nostalgia za Tuskiem

Brak wyrazistego przywódcy i spektakularna klapa projektu Trzaskowskiego wyjaśniają, dlaczego duża część środowiska Platformy - nie tylko sami politycy, ale także eksperci czy sympatyzujące z partią media - wciąż patrzy rozmarzonym wzrokiem w stronę Donalda Tuska i czeka aż na białym koniu powróci do Polski, żeby odsunąć Zjednoczoną Prawicę od władzy. Z jednej strony, to absurdalne, ponieważ epoka Tuska w polskiej polityce skończyła się w 2014 roku, a od tego czasu zmieniło się praktycznie wszystko. Z drugiej, całkowicie zrozumiałe, bo Tusk symbolizuje w oczach działaczy, polityków i sympatyków Platformy to, czego od dawna tak im brakuje - pewność siebie, powagę, sukcesy. Chcieliby znów poczuć się jak w latach 2007-15 i znów mieć swojego Tuska. Rzecz w tym, że tamtego Tuska już nie ma, a Tusk obecny w żadnej mierze nie gwarantuje tego, na co lud Platformy czeka.

Tusk jest dzisiaj dla dużej części środowiska Platformy jak ulubiona piosenka rodziców z czasów ich młodości. Rodzice wciąż uważają, że to hit wszech czasów, ale czasy się zmieniły i nikt już takiej muzyki nie słucha. Słusznie ujął to w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" prof. Andrzej Rychard, nazywając Tuska bronią obosieczną. - Tu jest potrzebny, jak cały czas do tej pory mówiliśmy, ktoś, kto będzie potrafił jakoś łączyć. A czy Tusk środowiska opozycyjne bardziej łączy, czy bardziej antagonizuje? - pyta retorycznie socjolog.

Piąty grzech: Uwięzieni w przeszłości

Wzdychanie do Tuska, a może nawet bardziej wyobrażenia o Tusku, dobrze koresponduje z tym, że Platforma cały czas tkwi w przeszłości i za tą przeszłość płaci słone rachunki. Ponieważ Platforma wciąż nie wymyśliła, jaka chce być dzisiaj i w przyszłości, więc wciąż jest taka, jaka była. Tymczasem to, jaka była doprowadziło ją do sześciu porażek wyborczych z rzędu. Platforma nie potrafi zacząć pisać nowej karty swojej historii, więc tkwi w przeszłości, rozmyślając o starych, dobrych czasach. A ponieważ tkwi w przeszłości, więc wciąż jest za tę przeszłość rozliczana przez Polaków i nie potrafi zmienić swojego (solidnie już sfatygowanego) wizerunku.

Nie ma przypadku w tym, że w kampanii prezydenckiej Trzaskowskiemu najbardziej ciążył nie czarny PR robiony przez media publiczne czy oskarżanie go o każde zło tego świata przez Zjednoczoną Prawicę, tylko właśnie szyld Platformy Obywatelskiej. Nie bez powodu tuż po wyborach prezydenckich jeden ze sztabowców Platformy, pytany o nowy ruch społeczny Trzaskowskiego, powiedział Gazeta.pl: "Nie wrócimy do szyldu Platformy, bo wiemy, że to już nie jest projekt, który będzie wygrywać wybory. Nie bez powodu od 2015 roku w żadnych wyborach nie wystartowaliśmy samodzielnie jako Platforma". Może najwyższy czas wyciągnąć z tego wnioski?

Szósty grzech: Partia jest silna siłą swoich struktur

Zeszłoroczne wybory prezydenckie jak na dłoni pokazały też kierownictwu Platformy, że w tzw. terenie partię dotyka postępująca atrofia. W latach swojej świetności struktury PO były wszędzie, a partia tętniła życiem. Dzisiaj Platforma prężnie działające struktury ma de facto tylko w metropoliach i miastach wojewódzkich. Już na poziomie miast powiatowych jest z tym znacznie gorzej, o prowincji nawet nie wspominając. A jak można wygrać ogólnopolskie wybory, skoro w znacznej części kraju partia po prostu nie istnieje? To jeden z podstawowych zarzutów, które partyjne doły wysuwają wobec kierownictwa PO (zresztą nie tylko obecnego, bo ten sam problem miał Grzegorz Schetyna i jego ludzie). Obecne władze partii przyjęły to do wiadomości i obiecały naprawienie sytuacji, ale w tej kwestii znacznie łatwiej coś zepsuć, niż naprawić. Odbudowa stanu posiadania sprzed dekady może zabrać całe lata. Lata, których Platforma nie ma. Przecież już zmarnowała ostatnie sześć.

Siódmy grzech: Zrobienie miejsca dla Hołowni

Kwintesencją problemów Platformy jest pojawienie się na scenie politycznej Szymona Hołowni wraz z jego think-tankiem, ruchem społecznym i partią. Hołownia przynajmniej w założeniu próbuje dać ludziom wszystko to, czego Platforma już im nie oferuje, a co oferowała kiedyś: charyzmatycznego lidera, zaplecze eksperckie, oddolnie budowane środowisko polityczne, nowe spojrzenie na sprawy państwa i Polaków, skuteczną i zrozumiałą komunikację z wyborcami, myślenie o przyszłości, a nie o przeszłości. Oczywiście na różnych z tych płaszczyzn Hołowni i jego ludziom wiedzie się różnie i dzisiaj trudno przewidzieć, czy będzie to projekt na lata, czy sensacja jednego sezonu. Wiadomo za to, że były dziennikarz i celebryta mógł wejść do gry dlatego, że Platforma zawiodła nadzieje dużej części swoich wyborców i wyborców niezdecydowanych, a ponadto nie potrafiła przekonać do siebie Polaków stroniących od polityki.

Dzisiaj Hołownia i jego ludzie podbierają Platformie parlamentarzystów i sondują kolejne nazwiska chętne na polityczny transfer, a Platformie - szczerze mówiąc - zostaje wiara w to, że Polska 2050 przewróci się o własne nogi tak, jak zrobił to Ruch Palikota, Nowoczesna czy Wiosna Biedronia. Tylko ile można liczyć na to, że cudze błędy uratują nas od ponoszenia konsekwencji za nasze własne zaniedbania? Być może całkiem długo, ale uciekanie od odpowiedzialności z pewnością nie jest przepisem na odzyskanie władzy. A to, przynajmniej teoretycznie, powinno być celem największej partii opozycyjnej.