"Naszym problemem jesteśmy my sami". W Platformie wcale nie boją się kolejnych odejść do Hołowni. Strach wzbudza coś innego

Łukasz Rogojsz
Końcówka stycznia miała należeć do Platformy Obywatelskiej. Świętowanie dwudziestolecia partii i nowe otwarcie dzięki deklaracji ideowej. Deklaracji jednak nie ma (i nie wiadomo, kiedy będzie), a jubileusz popsuł Platformie Szymon Hołownia, który podebrał jej dwójkę parlamentarzystów. I na tej dwójce może nie poprzestać, bo w kuluarach słychać kolejne nazwiska z transferowej karuzeli.

- Nie ma sympatycznych momentów na takie ruchy - wzrusza ramionami polityk Platformy, który jest w partii od dnia jej powstania. Gdy dopytujemy go o transfery Joanny Muchy i Jacka Burego do Polski 2050, dodaje: - Dla nas to słabo wizerunkowo, że ludzie odchodzą i że odchodzą w takim momencie, czyli tuż przed dwudziestymi urodzinami PO.

Mówi inny polityk Platformy, dobrze zorientowany w wewnątrzpartyjnych nastrojach:

Bardzo to wszystko dziwne, jak to obserwujemy i omawiamy w Platformie. Partia ma pretensje do kierownictwa o brak reakcji. Ludzi martwi, że nie ma wyjścia z żadną odpowiedzią, inicjatywą, kontruderzeniem. Powinniśmy teraz pozyskać jakieś nowe środowiska do Koalicji Obywatelskiej, żeby pokazać, że też się rozszerzamy, a nic takiego się nie dzieje
Zobacz wideo W jakim miejscu jest Platforma Obywatelska tuż przed swoimi dwudziestymi urodzinami?

To nie był dobry związek

Transfer Muchy i odejście Burego (ten formalnie nie wchodzi do Polski 2050, chociaż deklaruje współpracę z partią Hołowni) przypadają na bardzo symboliczny czas - tuż przed dwudziestymi urodzinami Platformy. To, co mówią była ministra sportu i były już senator Koalicji Obywatelskiej też jest bardzo znamienne.

Od kilku lat drogi moje i Platformy zaczęły się coraz bardziej rozchodzić. Coraz częściej z moją partią się nie zgadzałam. Coraz częściej odmawiałam komentarzy medialnych, żeby publicznie nie generować napięcia. Coraz częściej byłam w wewnętrznej opozycji. I nie byłam tam biernie

- tłumaczyła swój rozwód z Platformą Mucha. Bury również nie szczędził cierpkich słów, zarzucając Platformie marazm:

Nie potrafi z niego wyjść. Ale to jest ich problem. Ja umawiałem się z moimi wyborcami, że będę politykiem bezpartyjnym, niezależnym. Chcę reprezentować moich wyborców.

Zaskoczeniem dla polityków Platformy było zwłaszcza odejście Muchy, uważanej z jednej strony za "krew z krwi" PO, a z drugiej za osobę bliską tzw. frakcji młodych, a więc grupy polityków, która przed rokiem zdobyła władzę nad partią.

- Bardzo żałuję, że Joanna odeszła z Platformy, bo bardzo ją ceniłam, dobrze mi się z nią współpracowało. Nie rozmawiałam z nią o tym, co przesądziło, że wybrała inne barwy polityczne. Jest to dla mnie duże zaskoczenie - skomentowała decyzję partyjnej koleżanki wicemarszałkini Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska.

Analitycznie i nie bez autokrytyki na decyzję posłanki spojrzał inny z byłych ministrów w rządzie PO-PSL - Bartłomiej Sienkiewicz. "Odeszła z KO Joanna Mucha. Zanim się zaczniemy gorszyć, musimy sobie w partii odpowiedzieć, dlaczego to się stało. Szczerze, bez znieczuleń/zaklęć typu polityczna korupcja" - napisał na Twitterze.

Co ciekawe, ze znacznie większym spokojem, czy nawet dystansem, podszedł do sprawy szef Platformy Borys Budka.

To jest jak w dobrym związku. Czasami ktoś pojawia się bardziej atrakcyjny, kuszący, oferujący fajerwerki. Ale trzeba się zastanowić, czy nie lepiej ciężko pracować z przyjaciółmi, którzy są sprawdzeni, niż wchodzić w nieznane

- tłumaczył w rozmowie z Polską Agencją Prasową.

Głupio wyszło

Wypowiedzi publiczne, te oficjalne, to jednak tylko jedna strona medalu. Więcej o odejściu dwójki polityków świadczy to, co członkowie Platformy mówią "na offie". Z jednej strony, nasi rozmówcy nie rozdzierają szat nad stratą Muchy i Burego. Podkreślają, że oboje stali trochę obok partii, trochę poza nią. Ponadto częściej grali solo niż w drużynie, co w polityce nie jest uznawane za zaletę. Wielkiego zdziwienia ani żalu zatem nie ma. Z drugiej strony, jest jednak miejsce na refleksję, trzeźwą ocenę sytuacji, ale i trudne słowa prawdy dla samej Platformy.

Mówi wieloletni polityk PO, świetnie obeznany w partyjnych układankach:

Aśka była typową partyjną singielką - na kontrze do kierownictwa, zawsze mówiąca swoje, bez własnego środowiska w Platformie. Ale to jednak była ministra sportu w rządzie Tuska, zawodnik wagi ciężkiej. Trochę głupio, że daliśmy sobie tak łatwo kogoś takiego podebrać

Inny z naszych rozmówców dodaje, że "o Burym koledzy i koleżanki z Nowoczesnej mówili, że sprawiał im mnóstwo kłopotów". W partii był z nim ten sam problem co z Muchą: wieczny solista. Polityk, z którym rozmawiamy zaznacza jednak przy tym, że "byłoby dla nas bardzo niefajnie, gdyby Hołownia wyjął nam kogoś absolutnie pierwszoligowego, ale wydaje mi się, że to raczej nam nie grozi". Z tego, co mówi, wynika, że terenowi działacze Platformy nie garną się do zasilenia Polski 2050.

Większość ludzi nie postrzega tego jako przyszłościowego projektu. Mają w głowie, co stało się z Palikotem, Kukizem, Petru i Biedroniem

- tłumaczy.

Naszym problemem jesteśmy my sami

Niefajnie, jak to ujął nasz informator, może się jednak jeszcze zrobić. Paradoksalnie, wcale nie z powodu "wyjęcia" z Platformy politycznej gwiazdy pierwszej wielkości. Już dzisiaj w partyjnych i sejmowych kuluarach słychać bowiem o kolejnych nazwiskach, które sondują Hołownia i jego współpracownicy. Nasi rozmówcy z Platformy wskazują na posłów Tomasza Zimocha i Franciszka Sterczewskiego oraz posłankę Klaudię Jachirę.

W Platformie uważają, że najbliżej do nowej formacji ma Zimoch. Zdziwienia tutaj nie ma, bo w 2020 roku niejednokrotnie dał się poznać jako krytyk decyzji obecnego kierownictwa partii. A że swoją krytykę wyrażał publicznie w mediach, więc jego pozycja w szeregach Platformy jest mocno wątpliwa. Sterczewski i Jachira, podobnie jak Zimoch, to świeże nabytki dla Koalicji Obywatelskiej - parlamentarzyści pierwszej kadencji. On lubi podkreślać różnice dzielące go z PO i tzw. obozem liberalnym; ona znana jest z kontrowersyjnych wypowiedzi i zachowań, które często są przedmiotem krytyki wewnątrz partii.

- Zbierają wszystko zewsząd - mówi o formacji Hołowni polityk Platformy, którego pytamy o transfery z PO do Polski 2050. I dodaje:

To będzie bardziej egzotyczne niż ruch Kukiza i może się jeszcze szybciej rozwalić. Dzisiaj mają efekt świeżości, są na fali, ale jeśli nic nas nie zabije w najbliższym czasie, to spokojnie ich przetrzymamy
Za Sterczewskiego należałoby Hołowni jeszcze dopłacić, żeby go wziął

- bez owijania w bawełnę wypala inny z naszych rozmówców, który po chwili dorzuca, że poznański poseł to "Jachira w męskim wydaniu" i "koleś w trampkach". Na poparcie swoich słów przywołuje przykład Jacka Kuronia, który również słynął z nieprzywiązywania zbytniej wagi do eleganckiego, formalnego ubioru. Jego dżinsowe spodnie i kurtka po latach stały się jednym z symboli polskiej polityki okresu transformacji. Jak jednak zauważa nasz rozmówca, Sterczewskiemu do Kuronia piekielnie daleko, bo ten drugi na swoją lekką ekstrawagancję zapracował wspaniałym życiorysem i zapisał piękną kartę w najnowszej historii Polski.

Sterczewski to po prostu chłopak w trampkach, który trafił w niewłaściwe miejsce. Mówią o nim, że jest dla Platformy zbyt lewicowy, ale ja nie wiem, czy on jest lewicowy. Na pewno jest za to odjechany

- słyszmy.

Ten sam polityk podkreśla jednak, że dzisiaj największą zmorą Platformy nie jest odejście Muchy czy Burego ani kuszenie Zimocha, Sterczewskiego, Jachiry i kogokolwiek jeszcze Hołownia miałby na celowniku.

Naszym problemem jesteśmy my sami i to, że nie potrafimy nic zrobić z naszym szumnie zapowiadanym nowym otwarciem. Dyskusja nad deklaracją ideową, która miała być fundamentem tego nowego otwarcia, nie zmierza dzisiaj w stronę tego, jaka ma być, tylko bardziej, czy w ogóle ma być. Totalna katastrofa

- załamuje ręce.