Ziobro przedstawił założenia "ustawy wolnościowej". "Może się skończyć podobnie, jak z ustawą o IPN"

Ministerstwo Sprawiedliwości zaprezentowało wstępne założenia tzw. ustawy wolnościowej dotyczącej ochrony użytkowników mediów społecznościowych. Zakłada ona m.in. powołanie Rady Wolności Słowa, do której będzie można składać skargi np. w wypadku zablokowania konta w danym serwisie. - Wychodzenie z taką inicjatywą może się skończyć podobnie, jak w przypadku ustawy o IPN, choć oczywiście to zupełnie inny kontekst - ocenił w rozmowie z Gazeta.pl Krzysztof Izdebski, prawnik i dyrektor programowy Fudancji ePaństwo.

W opinii resortu sprawiedliwości internautom nie zapewniono dotąd skutecznej możliwości odwołania od decyzji portali społecznościowych o zablokowaniu konta lub usunięciu konkretnych treści. Dzieje się tak nawet, gdy "użytkownik wykaże, że nie złamał żadnego prawa, a działanie serwisu narusza wolność wypowiedzi". 

Zobacz wideo Zwolennicy Trumpa wtargnęli do Kapitolu

Ziobro broni wolności słowa w internecie. "Polska powinna mieć regulacje..."

Wolność słowa i wolność debaty są istotą demokracji. Ich zaprzeczeniem jest cenzurowanie wypowiedzi, zwłaszcza w internecie, gdzie toczy się najwięcej politycznych dyskusji i sporów światopoglądowych. Użytkownicy mediów społecznościowych muszą mieć poczucie, że ich prawa są chronione. Polska powinna mieć regulacje chroniące przed nadużyciami wielkich korporacji internetowych, które coraz częściej - rzekomo w imię obrony wolności - tę wolność ograniczają

- stwierdził na konferencji prasowej minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. 

Zmienić ma to zaprezentowany w piątek, a zapowiadany od grudnia projekt tzw. ustawy wolnościowej (na razie nie poznaliśmy jego pełnej treści, a jedynie najważniejsze założenia). Jak twierdzi ministerstwo, sprawi ona, że serwisy społecznościowe "nie będą mogły usuwać wpisów ani blokować kont polskich użytkowników, jeśli zamieszczone w nich treści nie łamią polskiego prawa". Nad projektem będzie pracować teraz cała Rada Ministrów. - Być może to polskie przepisy będą inspiracją dla rozwiązań europejskich - stwierdził Ziobro.

Przypomnijmy, że już wtorek premier Mateusz Morawiecki opublikował w mediach społecznościowych wpis, w którym zapowiedział, że rząd "zrobi wszystko, by określić ramy funkcjonowania Facebooka, Twittera, Instagrama i innych podobnych platform". Ocenił też, że "cenzurowanie wolnego słowa, domena totalitarnych i autorytarnych reżimów, powraca dziś w formie nowego, komercyjnego mechanizmu zwalczania tych, którzy myślą inaczej", a wielkie korporacje "zaczęły traktować naszą internetową aktywność tylko jako źródło zysku i wzmacniania globalnej dominacji". Choć szef rządu nie wspomniał o tym wprost, trudno nie potraktować tych słów inaczej niż jako krytyki wobec zawieszenia na Facebooku i Twitterze kont prezydenta USA Donalda Trumpa.

Mateusz MorawieckiMateusz Morawiecki zapowiada regulacje dot. mediów społecznościowych

Ministerstwo sprawiedliwości zaprezentowało projekt tzw. ustawy wolnościowej. Jakie zapisy się w niej znalazły?

Nowe przepisy przewidują powołanie pięcioosobowej Rady Wolności Słowa, która - jak tłumaczy resort sprawiedliwości - "będzie stać na straży konstytucyjnej wolności wyrażania poglądów w serwisach społecznościowych". W jej skład mają wejść eksperci w dziedzinie prawa i nowych mediów, powoływani przez Sejm na sześcioletnią kadencję większością 3/5 głosów.  

"Jeśli serwis zablokuje konto lub usunie wpis, choć jego treść nie narusza polskiego prawa, użytkownik będzie mógł złożyć skargę do serwisu, a ten będzie musiał ją rozpatrzyć w ciągu 48 godzin. Jeśli nie przywróci wpisu albo utrzyma blokadę konta, użytkownik będzie mógł złożyć odwołanie do Rady Wolności Słowa, która rozpatrzy je w ciągu siedmiu dni. Jeśli Rada uzna skargę za zasadną, może nakazać niezwłoczne przywrócenie zablokowanej treści lub konta. Postępowanie będzie prowadzone w formie elektronicznej, co zapewni mu szybkość i niskie koszty" - informuje resort sprawiedliwości. Od rozstrzygnięcia Rady ma przysługiwać jeszcze odwołanie do sądu administracyjnego. 

Jeśli serwis internetowy nie zastosuje się do decyzji Rady lub sądu, ta będzie mogła nałożyć na niego karę w wysokości od 50 tys. do nawet 50 mln zł. 

W "ustawie wolnościowej" znalazł się też zapis o "pozwie ślepym", czyli możliwości złożenia do sądu pozwu o ochronę dóbr osobistych bez konieczności wskazania danych pozwanego, a jedynie informacji o samym wpisie, w tym adresu URL. Ten instrument będzie miał zastosowanie w przypadku, gdy serwis nie usunie treści, które sami zgłosiliśmy jako obraźliwe. 

Ekspert: Wychodzenie teraz z taką inicjatywą może się skończyć podobnie, jak w przypadku ustawy o IPN

O ocenę założeń projektu tzw. ustawy wolnościowej, które przedstawił właśnie minister sprawiedliwości, zapytaliśmy Krzysztofa Izdebskiego, prawnika i dyrektora programowego Fundacji ePaństwo.

Michał Litorowicz, Gazeta.pl: Czy Zbigniew Ziobro celnie zdiagnozował główne zagrożenia dla użytkowników mediów społecznościowych? Przesłanie jego konferencji było w skrócie takie: globalne koncerny coraz bardziej cenzurują internet, a my w Polsce właściwie nie mamy się jak przed tym bronić.

Krzysztof Izdebski, dyrektor programowy Fundacji ePaństwo: Na poziomie globalnym istnieje zgoda co do tego, że obecne formy moderacji treści czy zarządzania serwisami społecznościowymi przez samych właścicieli są co najmniej problematyczne. Nie jest to tylko kwestia cenzury czy wolności słowa, do której tak naprawdę ograniczyła się narracja zaprezentowana na konferencji przez Zbigniewa Ziobrę. Choć może należałoby powiedzieć pokaz slajdów, który trudno jeszcze nazwać projektem ustawy. Problemów z mediami społecznościowymi jest jednak dużo więcej i one na pewno zasługują na regulację. 

Mam tu na myśli m.in. skuteczne usuwanie treści nielegalnych czy nawołujących do przemocy. Z takim dylematem musiała niedawno zmierzyć się administracja Twittera, która zablokowała konto Donalda Trumpa, wskazując na ryzyko eskalacji przemocy. W momencie powstania firmy takie jak Facebook czy Twitter wzięły na siebie niezwykle trudną rolę, która nie sprowadza się tylko do sfery wolności słowa w sieci czy obraźliwych komentarzy. Są to bowiem również narzędzia, które potrafią obalać rządy czy wyprowadzać kraje z Unii Europejskiej, by wspomnieć o sprawie Facebook-Cambridge Analytica w kontekście brexitu. Ogrom władzy, który posiadają korporacje technologiczne, jest dość przerażający, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że nie podlega on skutecznej kontroli państw czy innych demokratycznych instytucji. 

Ale, jak rozumiem, świadomość tego, że regulaminy portali społecznościowych - mówiąc delikatnie - są niewystarczające z punktu widzenia zwykłego użytkownika i często stosuje się je arbitralnie, nie pojawiła w umysłach różnych decydentów wraz z usunięciem konta Trumpa? Nawet samo ministerstwo wskazało w komunikacie, że nad podobnymi przepisami pracują w Brukseli.

Chęć uregulowania tego typu zagadnień jest zupełnie naturalna i nie można ministra sprawiedliwości posądzać o działania nietypowe. Te dyskusje toczą się od dawna i przybierają różne formy. Wspomnieć tu należy przede wszystkim o Komisji Europejskiej i opracowanym przez nią Digital Services Act (akt o usługach cyfrowych, DSA - red.), który - jeszcze dość ogólnie - mówi o tym, że powinien istnieć system niezależnego nadzoru nad funkcjonowaniem platform internetowych. Pokrywa się z tym, o czym mówił Ziobro, choć powstaje pytanie, czy Polska rzeczywiście ma szansę zdziałać tu coś więcej niż Unia Europejska. 

Wpis premiera z wtorku sugerował z kolei, że Polska nie jest w ogóle świadoma tego, że prace nad DSA są już na ukończeniu. A przecież entuzjastycznie o tym projekcie wypowiadali się przedstawiciele nieistniejącego już Ministerstwa Cyfryzacji. Pomysł wysunięty przez Ziobrę - mając na uwadze jego zaognione relacje z Komisją Europejską - można też oczywiście potraktować jako grę pod swój elektorat. Nie bez powodu do ustawy wolnościowej, o której zaczęto mówić w grudniu, postanowiono powrócić właśnie teraz - kilka dni po tym, jak Twitter i Facebook zablokowały profile prezydenta USA.

Co gorsza, tworzy się tu pewną konkurencję wobec wspólnego, europejskiego projektu. Rola Polski powinna polegać raczej na konstruktywnym wpływie na kształt regulacji unijnych. Wychodzenie teraz z taką inicjatywą może się skończyć podobnie, jak w przypadku ustawy o IPN, choć oczywiście to zupełnie inny kontekst [w 2018 r. Polska wycofała się z nowelizacji ustawy o IPN po interwencjach m.in. rządu Izraela i Departamentu Stanu USA - red.]. 

"Za niezastosowanie się do rozstrzygnięć Rady Wolności Słowa lub sądu Rada będzie mogła nałożyć na serwis społecznościowy karę administracyjną w wysokości od 50 tys. zł do 50 mln zł".

Egzekwowalność przyszłych decyzji Rady Wolności Słowa np. o nałożeniu podobnych kar, może być bardzo problematyczna, jeśli będziemy operować wyłącznie na gruncie polskiego prawa, zapominając o europejskim. Przypomnijmy, że z powodu kłopotów z egzekwowaniem przepisów związanych z prywatnością, z czym nie radziły sobie państwa narodowe, w ramach Unii przyjęto RODO, które również było odpowiedzią na działania gigantów technologicznych. Zorientowano się bowiem, że tego typu przepisy najskuteczniej uda się wyegzekwować właśnie na poziomie europejskim.

Na co jeszcze zwróciłby pan uwagę w ministerialnym projekcie? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że operujemy tu na zarysie.

W slajdach zaprezentowanych przez ministerstwo wspomniano o możliwości odwołania się od decyzji danego portalu do Rady Wolności Słowa, a jej rozstrzygnięcie można z kolei zaskarżyć przed sądem administracyjnym. Pytanie, czy teraz pójdzie za tym jakaś reforma postępowania przed tymi sądami. 

Zwracam uwagę, że w ustawie z 2001 r. o dostępie do informacji publicznej po dziś dzień widnieje przepis, zgodnie z którym sąd podejmuje rozstrzygnięcie w terminie 30 dni od otrzymania akt sprawy. To, z powodu obłożenia samych sądów, właściwie nigdy się nie zdarza. Nie należy się więc spodziewać, że w przypadku ustawy wolnościowej wyroki będą zapadać szybciej. 

Całkiem spore kompetencje zyska powołana przez Sejm Rada Wolności Słowa. Świadczy o tym fakt, że jeszcze w grudniu resort mówił o Sądzie Ochrony Wolności Słowa

Tak naprawdę kluczowe jest to, kto zasiądzie w Radzie i jakie treści będą przez nią analizowane. Jej członków będą wybierani większością 3/5 głosów. To pewnie ma sprawić - przynajmniej w założeniu - że jej będą oni reprezentować szeroką paletę poglądów i stanowisk. Należy jednak pamiętać, że Rada - zapewne nieco wbrew oczekiwaniom ministra Ziobry - będzie zajmować nie tylko stricte ideologicznymi treściami, ale również tym, że ktoś opublikował zdjęcie nagiej piersi czy komentarz, który w pośredni sposób dotknął inną osobę, ale na poziomie ogólnym jest neutralny. 

Dotąd to sądy decydowały o tym, co można uznać za treść nielegalną. To, czy obrazek, na którym widnieje Maryja z tęczową aureolą, obraża uczucia religijne, oceniał sędzia. Ze wstępnych założeń ustawy wynika, że w przypadku internetu będzie teraz rozstrzygać o tym Rada, a więc tak naprawdę urzędnicy.

Wspomniał pan o skutecznym egzekwowaniu zapisów tej ustawy, gdy wejdzie już ona w życie. Czy można jednak być tego pewnym, biorąc pod uwagę nie tylko kontekst unijny, ale i to że o wycofaniu się Polski z pomysłu podatku cyfrowego dla wielkich firm poinformował w Warszawie nie kto inny jak wiceprezydent USA Mike Pence? 

Być może sytuacja będzie nieco inna, gdy do Warszawy przyleci Kamala Harris, bo obecne władze, z racji na dotychczasowe sympatie, mogą nie liczyć się z nią tak, jak z Pence'em. Nie ulega jednak wątpliwości, że w "starciu" z USA czy Chinami, czyli państwami, które posiadają największe ośrodki technologiczne, Polska jest nieco bezradna. Realpolitic jest taka, że ograniczenie działalności firm amerykańskich na polskim poletku może skutkować konsekwencjami np. dla naszego przemysłu czy kształtu umów handlowych. A Unia Europejska jest jednak na tyle dużym rynkiem, że może być dla USA równym partnerem w negocjacjach np. nad ewentualnym podatkiem cyfrowym. 

Mam natomiast wrażenie, że paradoksalnie to giganci technologiczni, bardziej niż niektóre rządy, chcieliby wprowadzenia jakiejś formy odgórnych regulacji, które zdjęłyby z nich część odpowiedzialności i krytyki. Coraz częściej muszą oni bowiem podejmować decyzje w okolicznościach, w których nigdy wcześniej się nie znaleźli. Kto mógł przewidzieć, że urzędujący prezydent USA będzie nawoływał de facto do powstania przeciw instytucjom demokratycznym? Trudno się do tego przygotować i każde podjęte wtedy kroki - wracając do blokady konta Trumpa na Twitterze - ostatecznie i tak zostałyby ocenione negatywnie.