Wiceprzewodniczący klubu PiS Marek Suski był gościem Radia Plus. Zapytany o zamieszki, do których doszło na terenie Kapitolu, powiedział, że "trudno się nie niepokoić, kiedy dowiadujemy się, że cztery osoby nie żyją".
- Wydawać by się mogło, że Stany Zjednoczone, taka opoka demokracji. Nawet w takiej opoce demokracji dochodzi do różnych niepokojących wydarzeń - powiedział Suski.
Prowadzący program "Sedno Sprawy" Jacek Prusinowski zapytał polityka, jaką rolę odegrał w tej sytuacji Donald Trump i czy nie jest tak, że nie potrafi oddać władzy z klasą. Marek Suski powiedział, że ustępujący prezydent USA wzywał demonstrujących do tego, aby się rozeszli, a procedura zaprzysiężenia nowego prezydenta została uruchomiona.
- Część ludzi w różnych krajach, w Polsce też, pomimo niebezpiecznych zdarzeń, mimo wszystko wychodzą na ulice i protestują. U nas też były apele, żeby nie protestować, a później te osoby okazało się, że się zaraziły, a rodziny niektórych osób nawet zmarły. Czasem apelowanie do rozsądku nie pomaga - powiedział wiceprzewodniczący klubu PiS.
Marek Suski odpowiedział także na komentarze opozycji, która odniosła się do zamieszek w USA, twierdząc, że Prawo i Sprawiedliwość, podobnie jak Trump, nie będzie umiało się pogodzić z utratą władzy.
- Już byliśmy przy władzy, opozycja ją przejęła i nie było żadnych tego rodzaju wybryków. Wybryki to są po stronie opozycji. Ataki na policje, wyzwiska, kopanie, plucie. Z ich strony jest agresja - powiedział Marek Suski.
Dopytywany o to, czy jego zdaniem będzie problem z przekazaniem władzy w Stanach Zjednoczonych, Suski stwierdził, że w USA niejednokrotnie dochodziło do różnych zamieszek.
- W swoim czasie widziałem obrazki ze Stanów Zjednoczonych, gdzie były równie drastyczne sceny, pożary, podpalenia. U nas też mieliśmy podpalenia naszych biur, wybijany szyb, wyrzucanie gnoju, podchodzenie demonstrantów pod prywatne domy. To znak czasu, jest takie rozprężenie społeczne - powiedział Marek Suski.
Amerykański Kongres zebrał się w środę 6 stycznia, aby zatwierdzić wygraną Joe Bidena w wyborach prezydenckich. Obrady zostały przerwane, bo do Kapitolu wtargnęli zwolennicy Donalda Trumpa. Do "marszu" zachęcił ich sam prezydent USA. W wyniku zamieszek zmarły cztery osoby, a 52 zostały aresztowane. W amerykańskich mediach mnożą się pytania, czy reakcja służb podczas szturmu zwolenników Donalda Trumpa była wystarczająca. Dziennikarze zastanawiają się, jak to możliwe, że nie udało się zapobiec zamieszkom i dlaczego niektórzy z funkcjonariuszy robili sobie zdjęcia z protestującymi. Pojawiają się również porównania do protestów Black Lives Matter, podczas których reakcja służb była ostrzejsza, choć protestujący nie wtargnęli do Kapitolu.