"Jest deal z Niemcami i Węgrami". To stare rozporządzenie, ale w nowym "opakowaniu"

Jacek Gądek
Rozporządzenie UE o "pieniądzach za praworządność" ma wejść w życie bez zmian, ale dołączona będzie do niego deklaracja, jak ma ono być stosowane - tak wygląda porozumienie, które wynegocjowali premier Mateusz Morawiecki, premier Węgier Viktor Orban i kanclerz Niemiec Angela Merkel. Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry takie rozwiązanie głośno odrzucała.

Zobacz nagranie. Adam Bielan: Być może porozumienie zostanie ogłoszone przed szczytem:

Zobacz wideo

- Jest deal z Niemcami i Węgrami - mówi ważny polityk obozu rządzącego. Teraz konieczne, aby zaakceptowały go rządy wszystkich pozostałych państw Unii Europejskiej.

Pozostawienie rozporządzenia "pieniądze za praworządność" bez żadnej korekty, ale "opakowanie" go w deklarację, jak należy je stosować, to spełnienie słów triumfującego dziś wicepremiera Jarosława Gowina. Nawet jeśli w PiS - to słowa jednego z polityków z Nowogrodzkiej - rozmowy Gowina z kilkoma komisarzami UE nazywane są w PiS nieco pogardliwie "wycieczką do Brukseli".

Ale z drugiej strony taka forma dealu była publicznie i głośno odrzucana przez Zbigniewa Ziobrę z Solidarną Polską jako rezygnacja z suwerenności. Ponadto w samym PiS są politycy, zwłaszcza wokół Beaty Szydło, czyli np. były szef MSZ, a dziś europoseł Witold Waszczykowski, którzy podzielali jastrzębią narrację Ziobry. Słowa Waszczykowskiego, że "jeśli to prawda [o opisanym wyżej porozumieniu], to przegraliśmy polską suwerenność", są na to najlepszym dowodem.

Także premier Mateusz Morawiecki w głośnym wystąpieniu w Sejmie był jastrzębiem. Przestrzegał wówczas, że "przyjęcie już dzisiaj takiego rozporządzenia, które mogłoby być w dowolny sposób interpretowane przez iluś biurokratów z Brukseli" groziłoby finalnie "rozpadem Unii Europejskiej". Teraz kluczowe okazują się słowa "już dzisiaj" (był wtedy 18 listopada), bo wówczas rozporządzenie "pieniądze za praworządność" nie było jeszcze opatrzone żadną deklaracją czy też instrukcją obsługi.

"Opakowanie" rozporządzenia w rodzaj instrukcji, która sama nie jest jednak źródłem prawa, ma w narracji PiS i samego premiera dawać gwarancje, że rozporządzenie nie będzie stosowane w dowolny sposób. Niemniej faktem jest, że w trakcie negocjacji polski rząd zgodził się na identycznie brzmiące rozporządzenie, choć "opakowane". Według ziobrystów wszelkie deklaracje są jedynie świstkiem papieru, który nie będzie miał żadnego znaczenia.

Wedle naszych informacji wczoraj - w czasie spotkania Viktora Orbana z Mateuszem Morawieckim, Jarosławem Kaczyńskim, Jarosławem Gowinem i Zbigniewem Ziobrą - położono na stole projekt porozumienia, jaki wynegocjowano z niemiecką prezydencją: akceptację rozporządzenia i deklarację interpretującą. Kłopotem jest stanowisko Ziobry, dla którego deal z Niemcami jest klęską, choć publicznie nie zabrał on głosu w tej sprawie.

O ile w Porozumieniu jest satysfakcja i radość, że kompromis w UE jest na wyciągnięcie ręki, to w Solidarnej Polsce zaskoczenie, że rząd przystał na rozporządzenie w niezmienionej formie i - po drugie - że zrobił to tak szybko.

Z kolei Jarosław Kaczyński, mimo zapowiedzi twardego weta w głośnym wywiadzie dla "Gazety Polskiej", akceptuje wynegocjowany przez Morawieckiego i jego ludzi porozumienie z niemiecką prezydencją - wszak bez jego, choćby niechętnej, aprobaty żadne porozumienie nie mogłoby być zawarte.

Wedle naszych informacji w negocjacjach bardzo dużą wagę miał aspekt czysto wyborczy. Dla Viktora Orbana kluczowe było to, aby możliwe było praktyczne odsunięcie stosowania rozporządzenia na czas po wyborach na Węgrzech - te mają się odbyć w 2022 r. Ten cel Orban zrealizuje, bo wedle kalkulacji negocjatorów rozporządzenie, choć w życie wejdzie od razu, to po zaskarżeniu go do Trybunału Sprawiedliwości i ok. dwuletnim postępowaniu zdąży się już odbyć elekcja na Węgrzech.

W Polsce wybory mają się odbyć na jesieni 2023 r. - A wtedy rozporządzenie będzie już stosowane - mówi nasz rozmówca z obozu rządzącego. I dodaje, że pod tym względem "deal jest dobry, ale dla Orbana".

Dla Gowina rozstrzygnięcie jest fantastyczną informacją i dowodem na jego sprawczość. Pod paroma względami. Po pierwsze: sam zabiegał o rozwiązanie w postaci akceptacji rozporządzenia, ale opatrzonego deklaracją interpretacyjną. Po drugie: jako ministrowi rozwoju zależy w szczególności na gospodarce, a ponad 200-miliardowy Fundusz Odbudowy i nowy budżet UE będą motorami napędowymi polskiej gospodarki przy wydobywaniu się z kryzysu gospodarczego. I po trzecie: rozporządzenie "pieniądze za praworządność" będzie straszakiem na polski rząd - głównie Ziobrę - by nie przeorywać wymiaru sprawiedliwości w dotychczasowy sposób, wszak Gowin ma bardzo krytyczną ocenę reform ordynowanych przez Ziobrę, a żyrowanych przez Kaczyńskiego.

Dla Ziobry i całej Solidarnej Polski moment jest krytyczny, bo przychodzi powiedzieć "sprawdzam" własnym zapowiedziom, że absolutnie nie ma zgody na dotychczas proponowane rozporządzenie "pieniądze za praworządność". A przecież Morawiecki już się na to zgodził, choć za cenę dołączenia deklaracji interpretacyjnej. Wedle ziobrystów Morawiecki poniósł więc sromotną klęskę i sprzedał polską suwerenność, akceptując to rozporządzenie.

Dziś Jarosławowi Kaczyńskiemu łatwiej się porozumieć z kanclerz Niemiec Angelą Merkel niż ze Zbigniewem Ziobrą z Solidarnej Polski. - Teraz to my musimy się dogadać między sobą - uśmiecha się jeden z ważnych polityków Zjednoczonej Prawicy, gdy mówi o spięciach w obozie rządzącym.

PiS wywiera presję na Ziobrze, by nie podważał wynegocjowanego w UE porozumienia, korzystając z autorytetu, jakim zwłaszcza w środowisku SP i najtwardszych prawicowych wyborców cieszy się Viktor Orban. A premier Węgier ten deal akceptuje. W PiS można usłyszeć, że Ziobrze trudno będzie oskarżać Orbana o sprzedanie Węgrów tak lekko, jak Morawieckiego o handlowanie suwerennością Polski.

Więcej o: