"Polki czują się odczłowieczone, bo odebrano im prawo wyboru" [WYWIAD]

Łukasz Rogojsz
- Ten bunt jest także przeciwko stereotypom związanym z płcią, przeciwko sposobowi wychowania Polek na grzeczne i posłuszne dziewczynki, przeciwko uprzedmiotowieniu kobiet w przestrzeni publicznej - o protestach kobiet mówi w rozmowie z Gazeta.pl prof. Małgorzata Fuszara, socjolożka i prawniczka.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Chodzi pani na protesty?

PROF. MAŁGORZATA FUSZARA*: Chodzę, chociaż rzadziej, niż bym chciała i rzadziej niż przed pandemią. Niestety jestem w grupie wysokiego ryzyka, więc to nieco mnie ogranicza. Ale byłam dwukrotnie na ostatnich protestach.

Jako kobieta czy badaczka?

Jedno i drugie. Z całą pewnością ten temat - prawa kobiet oraz demonstracje w obronie praw kobiet - jest mi bliski. Zawsze byłam obecna na protestach kobiecych, ale zgadza się, że jako badaczka prowadzę na takich demonstracjach obserwację uczestniczącą.

Jakie wnioski?

Niektóre z nich są już pewnie znane. Przede wszystkim - z powodu pandemii moje pokolenie zostało w dużej mierze w domach, to są protesty młodych ludzi. Ale może i dobrze się stało, bo dzięki temu młode pokolenie wreszcie poczuło, że to jest ich bunt od A do Z. Właśnie przeżywają swoje doświadczenie pokoleniowe. To dobrze, bo dotąd im tego brakowało, a już niedługo to oni będą urządzać świat.

Młodzi się przebudzili - obywatelsko, społecznie, a może nawet kulturowo - czy po prostu wściekli, że ktoś naruszył ich rzeczywistość?

Dwie kwestie, o których pan wspomniał - moment obywatelskiego przebudzenia i motywacja do działania, gdy władza naruszyła istniejącą kruchą zgodę na zastaną rzeczywistość - są ze sobą połączone. Młodzi nie odpuszczą władzy, nie wrócą do domów i nie będą żyć jak dawniej. Tu już nie można żyć jak dawniej.

Zobacz wideo Zdaniem Krzysztofa Śmiszka, PiS-owi nie zależy na wyjaśnieniu użycia gazu wobec posłanki Barbary Nowackiej

Dlaczego?

Bo władza chciała - albo nadal chce - zakwestionować i odebrać prawa tym młodym ludziom, zaprojektować im rzeczywistość wbrew ich woli. Zwłaszcza kobietom, którym odmawia się decydowania o swoim ciele. Polki czują się przez to odczłowieczone, bo odebrano im prawo wyboru. Tak było zawsze, gdy władza próbowała zaostrzyć prawo aborcyjne, począwszy od przełomu 1989 i 1990 roku, kiedy taką próbę podjęto po raz pierwszy.

Jednak są to ciągle tylko próby, bo wyrok Trybunału Konstytucyjnego nie został opublikowany. Jak można się domyślić - nie bez powodu.

Nie został opublikowany tylko dlatego, że kobiety wyszły na ulice. Z tego samego powodu nie zmieniono prawa w 2016 roku, kiedy był pierwszy "czarny protest".

Wyrok TK zostanie opublikowany?

Myślę, że będzie leżeć w szufladzie bardzo, bardzo długo, lecz nie odpowiem na pytanie, co dalej zrobi ta władza, bo tego nawet ona dzisiaj nie wie. Cechą tej władzy jest nieprzewidywalność, jest nieprzewidywalna nawet dla samej siebie. W wielu kwestiach - walki z pandemią koronawirusa, podejścia do prawa, wsparcia dla lekarzy i służb medycznych. Obecna władza miota się od jednej decyzji do drugiej. Z wielu powodów, m.in. braku spójnej polityki, niezdolności do myślenia długofalowego czy wewnętrznych tarć w koalicji, przez które niejednokrotnie cierpią interesy państwa, bo politycy Zjednoczonej Prawicy wykorzystują państwo do wyrównywania między sobą rachunków.

Dojdzie do próby podważenia kolejnych przesłanek aborcyjnych?

Takie były plany, bo już o tym wspominano, ale myślę, że teraz, wobec tak ogromnego protestu, do tego nie dojdzie.

Skoro nie ma publikacji wyroku TK, a więc także zmiany prawa, to protestujące kobiety mogą uznać, że swój cel osiągnęły. Rozejdą się do domów, a protesty wygasną.

Powrót do domów to jedno, koniec protestów - drugie. Na ulicach protestuje wiele osób, które nie tylko jeszcze nie głosowały w wyborach, lecz także z racji wieku nie są nawet uwzględniane w sondażach, którymi z reguły obejmuje się osoby powyżej 18. roku życia. Mowa o pokoleniu, które wychodziło na ulice już wcześniej, chociażby w ramach strajku klimatycznego. Oni już nieraz pokazali, że w sprawach dla siebie ważnych potrafią działać i wychodzić na ulice.

A jeśli nie doczekamy się publikacji wyroku TK i prawo aborcyjne nie zostanie zmienione, to co będzie dalej trzymać tych ludzi na ulicach?

Wyrok Trybunału był tylko jednym z powodów. Przyczyn było znacznie więcej. Chociażby sytuacja pandemii i towarzyszącego jej zamknięcia życia społeczno-kulturalnego czy ogólny bunt przeciwko sytuacji młodych ludzi w Polsce. Nie dziwi też, że na czele tego zrywu stoją kobiety, co w ostatnich latach jest coraz częstszym zjawiskiem, także w innych krajach - weźmy tylko przykład protestów na Białorusi czy Ameryki Południowej. Bardzo wyraźnie widać, że kobiety, również Polki, stają się pełnoprawnymi obywatelkami w swoim własnym przekonaniu. Zyskują kulturową i społeczną samoświadomość.

W jakim sensie? Wcześniej je nie miały?

Wychowanie, media, edukacja zawierały przekazy, że bunt kobiet, ich wchodzenie w sferę publiczną, upominanie się o swoje prawa jest niedopuszczalne, a co najmniej niewłaściwe. Dlatego ten bunt jest także przeciwko stereotypom związanym z płcią, przeciwko sposobowi wychowania Polek na grzeczne i posłuszne dziewczynki, przeciwko uprzedmiotowieniu kobiet w przestrzeni publicznej. To wszystko widać chociażby na kartonach, na których wypisywane są protestacyjne hasła, w sposobie zachowania, w ostrości języka.

Tej ostrości języka poświęcono wiele uwagi. Zdaniem części osób język jest zbyt wulgarny i zbyt agresywny, przez co zraża bezstronnych obserwatorów do protestów i protestujących. Do tego dochodziły takie zachowania jak na przykład niszczenie elewacji kościołów, wyzywanie duchownych czy zakłócanie mszy świętych. To wszystko było potrzebne?

Nie byłam przy żadnych tego rodzaju aktach. Tak się zdarzyło, że byłam na takich protestach albo w takich momentach, w których to był po prostu tłum miłych, młodych ludzi maszerujących ulicą Marszałkowską z zachowaniem dystansu fizycznego i w maseczkach, bardzo dbających o wspólne bezpieczeństwo, ze świetnymi hasłami.

Do społecznej świadomości przebiły się zwłaszcza dwa, niezbyt wyrafinowane: "wypier*****" i "je*** PiS".

Tak, ale ich sens był taki, że ta władza ma odejść.

Eufemistycznie rzecz ujmując.

Tyle że dzięki temu od razu było widać, że to jest ostry protest wywołany wieloma powodami i nawołujący rządzących do odejścia. Na sztandarach nie było napisane: "Wypier***** z tym wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego". To można było odczytać: "Wypier***** w ogóle".

To aż tak znacząca różnica?

Istotna, bo dzięki temu widzimy, że to jest bunt przeciwko rozmaitym ograniczeniom praw kobiet, które ci młodzi ludzie doskonale widzą. Od lat aktywistki, członkinie organizacji pozarządowych, akademiczki zabiegały o to, żeby zrobić coś w sprawie nierówności płacowych, zwalczania przemocy wobec kobiet, zwiększenia udziału kobiet w polityce. Politycy zawsze kiwają głowami i klaszczą, a zazwyczaj robią coś dokładnie odwrotnego. Przecież w tej chwili w rządzie mamy zaledwie jedną kobietę.

Czyli to jest bunt przeciwko stereotypowemu polskiemu tradycjonalizmowi?

O tym, że jesteśmy społeczeństwem tradycjonalistycznym, opowiada polska prawica. Natomiast ja od bardzo dawna jestem absolutnie przekonana, że polskie społeczeństwo jest znacznie bardziej progresywne niż polscy politycy. Polska prawica bez przerwy odwołuje się do wyssanych z palca opowieści o tym, że nasze społeczeństwo jest konserwatywne. Tyle że na to nie ma żadnych dowodów.

Jednym z dowodów jest fakt, że jako społeczeństwo nie chcemy liberalizacji prawa aborcyjnego, tylko utrzymania status quo, które naruszyło wyrok Trybunału Konstytucyjnego.

Badania prowadzone w długich okresach, a więc od lat 90. do dzisiaj, pokazują, że postawy się zmieniały - np. spadało poparcie dla terminacji ciąży z powodu ciężkiej sytuacji materialnej czy życiowej kobiety. Ale też pokazują, że są to postawy niezależne np. od płci, a związane przede wszystkim z częstością uczestniczenia w praktykach religijnych. Wraz z laicyzacją społeczeństwa, zwłaszcza młodego pokolenia, łatwo przewidzieć, że będzie także zwiększać się udział osób nastawionych bardziej liberalnie do praw reprodukcyjnych.

Dobrze, spójrzmy na badania. Pierwsze to Kantar dla "Gazety Wyborczej". Pytanie brzmiało: "Aborcja w Polsce powinna być...". Odpowiedź "Legalna w określonych przypadkach" wybrało 62 proc., "Dostępna na żądanie, do dwunastego tygodnia ciąży" wskazało 22 proc. badanych, a 11 proc. wybrało odpowiedź "Zakazana".

Ale co to znaczy "legalna w określonych przypadkach"? Określonych, czyli jakich?

Określonych prawnie w ustawie.

Czy na pewno w pytaniu zostało opisane, w jakich przypadkach aborcja jest dzisiaj w Polsce dozwolona? Bo jeżeli odpowiedź brzmiała wyłącznie "legalna w określonych przypadkach", to respondentowi nic nie mówi. "Określone przypadki" równie dobrze mogą oznaczać aborcję do dwunastego tygodnia ciąży.

Dobrze, to drugie badanie - IBRiS dla Wirtualnej Polski. Tu odpowiedzi były już bardziej doprecyzowane. Pytanie brzmiało: "Dostęp do aborcji w Polsce powinien zostać...". Odpowiedzi: pozostać bez zmian - 51,6 proc.; ułatwiony w sytuacjach innych niż wymienione w ustawie - 32,4 proc.; ograniczony - 12,2 proc.; nie wiem/trudno powiedzieć - 3,8 proc.

Nie mam tych badań przed sobą, ale znów zapytam, czy respondentowi dokładnie wytłumaczono, co znaczy odpowiedź: "Pozostać bez zmian". Ze wszystkich badań socjologiczno-prawnych wiemy, że jeżeli zapytamy respondenta, czy ma być tak, jak jest w prawie, czy inaczej, to ogromna większość ludzi mówi, że powinno zostać tak, jak jest w prawie. Ludzie w znakomitej większości nie znają prawa, więc nie potrafią udzielić miarodajnej odpowiedzi na pytanie, czy ma być tak jak w prawie, czy inaczej. Dlatego jeżeli w tym badaniu nie doprecyzowano, w jakich przypadkach aborcja jest dzisiaj w Polsce dozwolona - mowa o sytuacji, gdy zajdzie jedna z trzech przesłanek ustawowych - to takie pytanie nic nam nie mówi, w ogóle nie jest wskaźnikowe. Boję się, że nie zostało to dopowiedziane, bo zadanie takiego pytania trwałoby bardzo długo, a zadaje się je przez telefon i z tego powodu rzadko odczytuje się tak długie pytania.

Możemy przyjąć, że ankieterzy nie doprecyzowali pytań, ale możemy też przyjąć, że jednak to zrobili. Szanse są pół na pół, a takich informacji redakcje opisujące wyniki badania niemal nigdy nie podają. Jest też inna opcja: może polskiemu społeczeństwu po prostu pasował aborcyjny status quo?

Niczego bym na tych wynikach z przeszłości nie budowała, ponieważ ci 15-, 16- czy 17-latkowie, którzy teraz wychodzą na ulice, z racji zbyt młodego wieku w ogóle nie są o to w cytowanych badaniach pytani. Jedno wiadomo na pewno - zwolenników liberalizacji prawa aborcyjnego od wielu lat w Polsce jest kilkakrotnie więcej niż zwolenników jego zaostrzenia. A rządzący od 2015 roku to ignorują i stąd przede wszystkim ten ogromny, po raz drugi już widoczny na ulicach bunt.

Założenie, że wszyscy ci nastolatkowie opowiedzieliby się za liberalizacją aborcji, jest z socjologicznego punktu widzenia nieuprawnione. Nie wiemy tego.

Oczywiście, że nie wiemy, a na pewno nie możemy powiedzieć "wszyscy są za" albo "wszyscy są przeciw". Być może większość młodzieży jest za liberalizacją, a być może nie. Być może są, ale gdy dorosną, to zmienią poglądy. To wszystko jest sprawa otwarta. Niemniej te badania dotyczące aborcji, które mamy w mediach, nie są miarodajne dla istotnej części tej grupy, którą od ponad miesięca widzimy na ulicach polskich miast, bo to jest w dużej części młodzież poniżej 18. roku życia, a ta - jeszcze raz powtarzam - nie jest włączana do większości sondaży opinii publicznej.

Zastanawiałam się też nad tym, czy są jakieś przesunięcia w preferencjach politycznych, bo często spotykam się ze stwierdzeniem, że mimo protestów w sprawie aborcji Lewica nie zyskuje poparcia. Ale znów, kogo my o to pytamy, bo przecież w dużej mierze nie tych ludzi na ulicach. Mam hipotezę, że przed następnymi wyborami parlamentarnymi musi pojawić się jakaś nowa siła polityczna, jeśli ci młodzi ludzie mają w ogóle do tych wyborów pójść. Przecież oni w pewnym sensie odrzucają całą obecną scenę polityczną.

Lewicy nie rośnie, ale partii Szymona Hołowni już tak.

Tylko kiedy ci młodzi przyjrzą się dokładnie Hołowni, to zapewne zaczną szukać jeszcze czegoś innego. Być może z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet wyłoni się jakaś siła polityczna. To wszystko dopiero się okaże.

"Marta Lempart jest Lechem Wałęsą dzisiejszych czasów" - stwierdziła nie tak dawno w TVN24 filozofka prof. Magdalena Środa. Brzmi jak namaszczenie.

Marta Lempart nie jest Lechem Wałęsą. Zresztą tu w ogóle nie chodzi o Martę Lempart ani żadną inną liderkę protestów. Ten ruch protestacyjny ma charakter oddolny, a jego największą siłą jest to, że dotarł także do wsi i małych miasteczek. Ten bunt zdobył bastiony PiS-u i polskiego Kościoła. Protestujących połączyła wspólna dla wszystkich sprawa, a nie to, że jedna czy druga działaczka wezwała ich do wyjścia na ulice. Młode pokolenie właśnie przechodzi przyspieszoną lekcję wychowania obywatelskiego.

To są jeszcze protesty czy już rewolucja - społeczna, obywatelska, może kulturowa?

Mówi się, że istnieje tzw. tożsamość buntu i my teraz z całą pewnością tę tożsamość buntu młodych widzimy na ulicach. Widzimy zbuntowane kobiety, które budują swoją tożsamość na nieakceptowaniu opresyjnego prawa i narzuconych stereotypów kobiecości.

Na gniewie, który wydaje się kluczową emocją tych protestów i ich głównym motorem napędowym?

Gniew stanowi ważny element tożsamości buntu, jednak sama tożsamość buntu nie wystarczy, żeby odnieść sukces. Każdy ruch protestacyjny dochodzi do momentu, w którym - zakładając, że ten ruch ma się dalej rozwijać - musi nastąpić przejście od tożsamości buntu do tzw. tożsamości projektu. Otwartym pytaniem jest, czy ta tożsamość w tym momencie powstaje i czy będzie charakterystyczna dla całego tego pokolenia, czy chociażby dla jakiejś jego istotnej grupy.

Co miałoby być tym projektem?

To, co protestujący starają się w tym momencie zbudować.

Czyli co? Pytam, bo liderki Ogólnopolskiego Strajku Kobiet (OSK) mówią wprost, że celem protestów jest obalenie rządu Mateusza Morawieckiego.

To jest jeszcze tożsamość buntu. Postulat obalenia rządu to nie jest projekt.

Projektem jest tych 13 postulatów OSK, wśród których poza sprawą aborcji znalazły się także m.in. kwestie klimatyczne, 10 proc. PKB na ochronę zdrowia czy naprawa edukacji?

Tak, to jest droga do tożsamości projektu, czyli przejścia od ulicznego buntu do oficjalnej polityki.

Zinstytucjonalizowanie buntu?

Raczej przejście na inny typ działalności.

Może potrzebni są tutaj politycy opozycji, żeby stali się w przestrzeni publicznej adwokatami przynajmniej części postulatów protestujących?

Postulaty tego ruchu kształtuje nowe pokolenie. Pokolenie, które w dużej części nie ufa obecnym partiom i politykom, więc nie wiem, czy chciałoby być przez nich reprezentowane. Nie wpychajmy ich na siłę w objęcia opozycji, bo mogą sobie tego wcale nie życzyć. Oni sami wypracowują teraz swoje wartości i postulaty. Sprawdzają, z kim chcą współdziałać i rozmawiać.

Nie jest tak, że im dłużej te protesty trwają, tym bardziej stają się typowymi protestami anty-PiS, a nie protestami o prawa kobiet, którymi były na początku? Nie obawia się pani, że w pewnym momencie będą o wszystkim i o niczym?

Nie uważam, że tak będzie. Po prostu ten ruch z protestu dotyczącego praw reprodukcyjnych przekształcił się w bunt antysystemowy, chociaż postulaty kobiece wciąż są w nim bardzo ważne. Na naszych oczach dokonuje się proces przekształcania tego ruchu, dzisiaj jest on znacznie bardziej podobny do takich ruchów jak Podemos, Żółte Kamizelki czy Occupy Wall Street.

Ale głównym motorem działań jest już niechęć do rządu i dążenie do jego odwołania, a nie sprzeciw wobec zaostrzenia prawa aborcyjnego.

Nie zapominajmy, że ograniczenie praw reprodukcyjnych kobiet było tylko zapalnikiem tych protestów. Nierówności dotyczące płci nawarstwiały się od wielu lat. Liberalny feminizm zawiódł w tym sensie, że zdaniem młodych za mało osiągnął, został zignorowany, nie doprowadził do pełnego zrównania praw - ani w wyrównaniu płac, ani udziale kobiet w polityce, ani w zwalczeniu przemocy wobec kobiet, ani w obecności kobiet w zarządach i radach nadzorczych firm. Na wszystko była zgoda, ale kończyło się na deklaracjach i powierzchownych zmianach. Dlatego obecny protest wygląda tak, jak wygląda. To wyraz frustracji i gniewu. Społeczeństwo, zwłaszcza młode pokolenie, ma dosyć udawania naiwności i tego, że nie wie, co się dzieje w ich kraju.

Tu już nie chodzi o przywrócenie status quo sprzed wyroku TK, tylko o wyraźną liberalizację naszego życia społecznego?

Bez dwóch zdań. Stwierdzenie protestujących kobiet, że "trzeba było nas nie wku*****" pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, że wyrok Trybunału spowodował wyjście ludzi na ulice. Po drugie, że to była ta kropla, która przelała czarę goryczy. I jak już przeleje tę czarę, to z tej czary wypływa absolutnie wszystko, a nie tylko to, czego dotyczyła ta jedna kropla.

W niedalekiej przyszłości czeka nas wychylenie obyczajowego wahadła w lewą stronę?

Sztywne trzymanie się podziału na lewicę i prawicę dzisiaj nie ma już sensu. Przecież w Wielkiej Brytanii małżeństwa jednopłciowe zalegalizowała Partia Konserwatywna. Dlatego tutaj mamy do czynienia z próbą wywalczenia, wobec sprzeciwiających się temu polityków, większej sfery wolności i równości rozmaitych grup w Polsce. Powoływanie się przy tym przez rządzących na konserwatyzm i katolicyzm jest próbą uzasadnienia swoich własnych interesów i własnej społecznej głuchoty odwoływaniem się do pustych słów. To naiwne myślenie życzeniowe, że jak w Polsce powie się ludziom, że coś jest wartością prawicową i katolicką, to 38 milionów Polaków pokiwa głowami i będzie się bało sprzeciwić.

Bo jest coś na rzeczy. To konserwatywno-katolicka prawica wygrała sześcioro ostatnich wyborów, mając na sztandarach m.in. straszenie uchodźcami, szczucie na społeczność LGBT i fałszywie pojętą obronę wartości chrześcijańskich. Gdybyśmy naprawdę byli społeczeństwem progresywnym, to nie byłoby możliwe.

Inna odpowiedź jest taka, że liczyły się przede wszystkim wypłaty i wsparcie socjalne, a to akurat może być bliskie wielu buntującym się młodym, gdyż tradycyjnie było przecież częścią lewicowych programów. Takie wartości i postawy, o których pan mówi, są bliskie przede wszystkim starszej części społeczeństwa i ludziom mieszkającym na wsi oraz w małych miejscowościach. Jak popatrzymy na wyniki ostatnich wyborów prezydenckich, widać jak na dłoni, że poparcie dla prawicy ogranicza się przede wszystkim do ludzi starszych i małych miejscowości, a kluczem do sukcesu jest po prostu maksymalna mobilizacja tych środowisk. Tylko to się niedługo zmieni, już się zmienia.

A może prawda jest taka, że polski "normals" - ten mityczny wyborca centrum, często stroniący od polityki - jest po prostu bardziej konserwatywny niż progresywny?

Mityczny wyborca centrum jest z pewnością bardziej progresywny, niż chciałaby w to wierzyć polska prawica, która jest znacznie bardziej na prawo od niego.

Co będzie z samym prawem aborcyjnym po naruszeniu "kompromisu" z 1993 roku? Zjednoczona Prawica, paradoksalnie, położyła pierwszą cegiełkę do jego liberalizacji w przyszłości?

Liberalizacja prawa aborcyjnego w Polsce to wyłącznie kwestia czasu. Ta zmiana przyjdzie. Natomiast nie widzę żadnej możliwości zmiany i liberalizacji prawa aborcyjnego przy obecnym układzie parlamentarnym.

Nawet gdyby dzisiejsza opozycja przejęła władzę?

Na razie mówimy o tym układzie, który jest, a w nim opozycja jest w opozycji.

Wierzy pani, że po ewentualnym przejęciu władzy Platforma Obywatelska zliberalizowałaby prawo aborcyjne? W sprawach obyczajowych to zawsze była partia status quo i patrzenia na sondaże poparcia.

Myślę, że czeka nas gruntowna przebudowa polskiej sceny politycznej. Ujmuję to w tradycyjnych kategoriach politologicznych - to będzie zmiana lewicowa, prorównościowa, socjalna, nakierowana na prawa i wolności obywatelskie. Przypuszczam też, że zmiany tej dokonają siły polityczne, które w najbliższym czasie dopiero się wyłonią.

Jaki jest horyzont czasowy tej zmiany? Najbliższe wybory parlamentarne?

Myślę, że za trzy lata ta zmiana będzie już widoczna na polskiej scenie politycznej. Wtedy wielu z tych młodych ludzi, którzy dziś wychodzą na ulice, uzyska prawo głosu, a my zobaczymy tego efekty.

Co z samymi protestami? Ile jeszcze potrwają? W nowym roku sprawa rozejdzie się po kościach, czy jednak kobiety dalej będą walczyć o swoje prawa?

Sprawa nie rozejdzie się po kościach, ale jak długo będą trwać protesty uliczne - to trudno określić. One z całą pewnością w końcu zaczną wygasać, bo nie można bez końca wychodzić na ulice. Natomiast protesty uliczne to tylko zewnętrzny wyraz zmiany. Bardzo ważny dla tego pokolenia o tyle, że ono właśnie się policzyło. Wkurzeni i zbuntowani młodzi ludzie zobaczyli, że nie są w tym poczuciu sami, tylko że jest ich mnóstwo. To bardzo ważne, bo da młodym poczucie siły i sprawczości. Nawet jeśli protesty zejdą z ulic, na co liczą politycy Zjednoczonej Prawicy, to nie znaczy, że ich sens oraz przekonania i nastawienie młodych ludzi ulegną zmianie.

Zjednoczona Prawica nie odzyska już tego, co straciła przez te protesty?

Moim zdaniem nie. Trzeba nie mieć absolutnie żadnej orientacji w społeczeństwie, którym się rządzi, żeby zrobić coś takiego w takim momencie. Zjednoczona Prawica straciła kontakt z rzeczywistością, nie rozumie tego, co się wokół niej dzieje, nie wie, jakie są i jak się zmieniają nastroje społeczne. Zupełnie się pogubili.

*Małgorzata Fuszara - socjolożka i prawniczka; profesorka nauk humanistycznych; wykładowczyni w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego; specjalizuje się w socjologii polityki, socjologii prawa, gender studies oraz socjologii mniejszości etnicznych, kulturowych i społecznych; wieloletnia wiceprezeska Kongresu Kobiet; w latach 2014-15 pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania; autorka licznych artykułów naukowych i książek poświęconych równouprawnieniu kobiet i mężczyzn oraz obecności kobiet w życiu publicznym

Więcej o: