"Nie można być miękiszonem". Dyskusja o wyjściu Polski z Unii to oswajanie polexitu [ANALIZA]

Przedkładając prymat polityki krajowej, a zwłaszcza partyjnej, nad dyplomację i długofalową rację stanu, rozpoczęliśmy bardzo niebezpieczną grę o przyszłość Polski w Europie. Grę, którą w podobnych okolicznościach nie tak dawno z hukiem przegrała Wielka Brytania.

Mniej więcej 750 mld zł - tyle w latach 2021-27 Polska ma dostać w ramach nowego unijnego budżetu oraz Instrumentu Odbudowy i Rozwoju, którego celem jest wsparcie dla gospodarek państw członkowskich w dobie kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa.

Mowa o około 4 proc. PKB do wydania każdego roku już po uwzględnieniu naszej składki do budżetu

- ocenił to niedawno w rozmowie z Gazeta.pl dr Maciej Bukowski, ekonomista i prezes think-tanku WiseEuropa. Znaczenie tych pieniędzy jest w obecnej sytuacji nie do przecenienia. Również dla Polski.

Żeby zastąpić gigantyczne środki UE, musielibyśmy albo bardzo drastycznie podnieść Polakom podatki, albo bardzo mocno obniżyć transfery socjalne (także te, które wprowadził rząd Zjednoczonej Prawicy). Albo jedno, albo drugie

- analizował dr Bukowski.

Nie dziwi zatem, że po wynegocjowaniu tak hojnego dla Warszawy budżetu - sprzeciwiali mu się m.in. unijni "płatnicy netto" tacy jak Holandia czy Dania - premier Mateusz Morawiecki nie krył zadowolenia.

To były trudne, ale bardzo dobre rozmowy, takie które skutkują dobrymi szansami rozwojowymi dla Polski, ale także dobrym planem odbudowy dla całej Europy. Te 750 mld zł, czy jak niektórzy liczą w cenach bieżących grubo ponad, bo 770 mld zł, to na najbliższych kilka lat ogromny zastrzyk finansowy

- zapewniał w lipcu po powrocie z unijnego szczytu.

Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Szkopuł tkwi w tym, że nowy budżet unijny i tzw. fundusz odbudowy mają być powiązane z przestrzeganiem praworządności. To narzędzie dla unijnych instytucji do szybkiego i skutecznego dyscyplinowania państw, które podważają ustalenia traktatowe UE. W brukselskich kuluarach narzędzie to jest zwane "mechanizmem warunkowości" i nikt nie ukrywa, że zostało zaprojektowane przede wszystkim z myślą o Polsce i Węgrzech.

Zobacz wideo Co tak naprawdę oznaczałby polexit? Jego konsekwencje dla Polski byłyby tragiczne

Gra w miękiszona

Tu dochodzimy do naszego polskiego podwórka politycznego. "Mechanizm warunkowości" otworzył puszkę Pandory w obozie Zjednoczonej Prawicy. Dla Solidarnej Polski był doskonałą okazją do przesunięcia całego obozu politycznego mocno na prawo, przejęcia kontroli nad narracją rządzących (narzucenie narracji mocno antyunijnej) i zdobycia uznania w oczach radykalnego, prawicowego elektoratu (rzecz nie do przecenienia w kontekście ew. samodzielnej przyszłości partii Zbigniewa Ziobry). Dodatkową korzyścią była możliwość pognębienia i osłabienia premiera Morawieckiego, z którym Ziobro od lat toczy krwawe boje w ramach Zjednoczonej Prawicy.

O ile dla Solidarnej Polski bój o unijny budżet i praworządność były wymarzoną okazją, do zamanifestowania swojej podmiotowości, o tyle dla Prawa i Sprawiedliwości było to kolejne ogniwo w długim łańcuchu poważnych problemów, nękających "dobrą zmianę" tej jesieni. Jarosław Kaczyński próbował nawet ataku wyprzedzającego wobec ziobrystów. W połowie października w wywiadzie dla "Gazety Polskiej" prezes PiS-u zapewnił:

Będzie weto. Jeśli groźby i szantaże będą utrzymane, to my będziemy twardo bronili żywotnego interesu Polski. Weto. Non possumus. I tak będziemy działać wobec każdego, kto będzie stosował wobec nas jakieś wymuszenia

Muskuły prężył też szef rządu, który już w listopadzie z sejmowej mównicy odgrażał się w stronę Unii:

Jeśli nasi partnerzy nie zrozumieją, że nie zgadzamy się na nierówne traktowanie państw i kij w ręku, który może być wykorzystany przeciw nam, bo komuś nie podoba się nasza władza, to tego weta użyjemy. Już powiedzieliśmy, że się nie zgadzamy. (…) To jest gra o suwerenność, o autonomiczność, o niezawisłość, samostanowienie

Było już jednak za późno, bo antyunijną narrację przejęli ziobryści i to oni wypozycjonowali się jako obrońcy polskiej "niezależności" i polskiego interesu narodowego. Idealną puentą tego procesu była konferencja prasowa sprzed kilku dni, na które minister sprawiedliwości-prokurator generalny łajał szefa rządu:

To są negocjacje. W negocjacjach nie można być, za przeproszeniem, miękiszonem. Trzeba być twardym, trzeba potrafić dbać o interesy własnego kraju - Polski. My mówimy o Polsce. Premier Holandii ma prawo myśleć o interesach Holandii, ale Polska i polski premier ma dbać o interesy Polski

Oswajanie bestii

W całej tej historii jedną kwestią jest to, że nasz rząd jest gotowy zablokować nadspodziewanie korzystny dla Polski budżet. Wbrew bajaniom polityków Zjednoczonej Prawicy, w prowizorium budżetowym - zostanie przyjęte, jeśli kraje unijne nie osiągną kompromisu ws. budżetu - wcale nie otrzymamy 23 proc. więcej środków, niż przypadłoby nam w normalnym budżecie.

Ta kalkulacja zakłada, że dostalibyśmy proporcjonalnie część środków z poprzedniego budżetu UE w ramach wszystkich jej filarów - od Wspólnej Polityki Rolnej po Politykę Spójności. To wątpliwe założenie

- tłumaczył na łamach Gazeta.pl dr Maciej Bukowski. I dodał:

Wypłacane byłoby pewnie wsparcie dla rolników oraz projekty już realizowane. Środków na nowe jednak by nie było. Czyli przykładowo miasta mogłyby się pożegnać z zakupem autobusów i tramwajów, gminy wiejskie z remontem dróg czy szkół, firmy z subsydiami na nowe maszyny, a naukowcy z konkursami Horyzont2020

Drugą sprawą jest fakt, że powodem naszego weta okazuje się konieczność przestrzegania reguł, na które zgadzało się każde państwo członkowskie w momencie akcesji do Unii. Polska i Węgry również. Dziwnym trafem 25 z 27 państw UE nie obawia się, że kwestia praworządności zostanie instrumentalnie wykorzystana przeciwko nim - o tym, że jest to niemożliwe mówiła w rozmowie z Gazeta.pl ekspertka od prawa europejskiego prof. Justyna Łacny - i że powiązanie transferu środków unijnych z praworządnością pozbawi je suwerenności.

Poza tym, po raz kolejny polska polityka zagraniczna i długofalowa racja stanu Polski stają się zakładnikiem nie tyle polityki krajowej, co wewnątrzkoalicyjnych konfliktów Zjednoczonej Prawicy. W ramach tej wewnątrzprawicowej wojenki na niespotykaną dotąd skalę uruchomiona została bardzo niebezpieczna, patrząc długoterminowo, antyunijna retoryka.

Na fali politycznego wzburzenia doszło nawet do tego, że na okładce najnowszego tygodnika "Do Rzeczy" czytamy: "Unii trzeba powiedzieć: dość. Polexit - mamy prawo o tym rozmawiać". Rzecz bez precedensu, bo do tej pory żadne poważne medium w Polsce nie poważyło się postawić znaku zapytania przy wartości polskiego członkostwa w Unii.

Trzeba sobie zadać w takich sytuacjach pytanie, kto taką debatę rozpoczyna i po co. Jaki jest jej cel w sytuacji, w której mamy rekordowe poparcie wśród społeczeństwa polskiego dla Unii Europejskiej, bo mówimy o 86 proc.

- zastanawiała się w "Porannej Rozmowie Gazeta.pl" prof. Katarzyna Pisarska, politolożka oraz założyciela i dyrektorka Europejskiej Akademii Dyplomacji.

Nie przekonują przy tym argumenty obrońców wspomnianej okładki i zawartej na niej tezy - że wolność słowa, że racjonalna ocena sytuacji, że dyskusja to jeszcze nic zdrożnego i nikomu nic się od niej nie stanie. Zupełnie nie o to chodzi. Problemem jest to, że na naszych oczach rozpoczęło się pełnowymiarowe oswajanie polexitu, normalizowanie go i nadawanie mu - o ironio! - statusu żywotnej kwestii w polskiej debacie publicznej.

Nagle polexit stanął w jednym szeregu z prawem aborcyjnym, reformą wymiaru sprawiedliwości, wiekiem emerytalnym, naprawą systemu ochrony zdrowia, poprawą jakości edukacji czy koniecznością dbania o środowisko naturalne. Słowem: z rzeczami, o których bez skrępowania rozmawiamy i o które nawet kłócimy się od wielu lat.

Nigdy nie powinien stanąć z nimi w jednym szeregu. I nie, nie chodzi o tłumienie wolności słowa czy odbieranie prawa do dyskusji. Chodzi o ponadpartyjną i historyczną świadomość wagi naszego członkostwa w Unii. Przed dwiema dekadami nie było co do tego cienia wątpliwości, niezależnie od tego, czy ktoś był z prawicy, z centrum, czy z lewicy. Wejście do NATO i UE było dla Polaków i polskiej klasy politycznej geopolitycznym wybawieniem i środkiem do zapewnienia bezpieczeństwa i pomyślności na kolejne pokolenia. Nic w tej materii się nie zmieniło, bo dzisiejszy świat jest znacznie niebezpieczniejszy od tego z maja 2004 roku.

Stawianie znaku zapytania przy osiągniętym wówczas konsensusie jest nie tylko głupie, ale przede wszystkim nieodpowiedzialne i niebezpieczne. Zwłaszcza, że dokonuje się tego w imię partykularnych partyjnych interesów jednego czy drugiego koalicjanta z obozu rządzącego. Może najwyższy czas zadać sobie pytanie, czy dobre samopoczucie pana Ziobry albo pana Kaczyńskiego warte jest narażania, choćby teoretycznego, interesu 38 mln Polaków? Jeśli na fali wojny polsko-polskiej i szalejących partykularyzmów partyjnych zmieciemy z powierzchni ziemi jeden z ostatnich (a kto wie, może w ogóle ostatni?) aksjomat polskiej racji stanu, to z czym zostaniemy? Czy naprawdę jesteśmy narodem, który dusi się w czasie pokoju i prosperity, aż nie ściągnie na swoją głowę (czasami z własnej winy) potężnych problemów?

Mamy sytuację, w której świat jest w wielkim kryzysie. Ten kryzys jest związany nie tylko z panującą pandemią, ze spowodowanym tą pandemią kryzysem gospodarczym, który będzie z nami zapewne jeszcze długo, ale również z tym, że zmienia się układ sił na świecie

- tłumaczyła w "Porannej Rozmowie Gazeta.pl" prof. Pisarska.

Wróciła tzw. wielka geopolityka. Widzimy też bardzo duże osłabienie Zachodu jako jednolitego bloku. Mamy duże tąpnięcia w zakresie "dowożenia" zasad demokratycznych w wielu krajach i ta demokracja wydaje się być słaba. W tej sytuacji rozpoczynanie rozmowy na temat de facto zmiany geopolitycznego położenia Polski trzeba bardzo wyraźnie oceniać jako niebezpieczne

- podkreśliła.

W ślad za Brytanią

Zainicjowanie debaty o korzyściach i wadach polexitu w naturalny sposób przywołuje na myśl przypadek Wielkiej Brytanii, która przecież też zaczynała swój rozwód z Unią niewinnie - od dyskusji, od pytań, od publikacji prasowych. Tyle że na Wyspach jako pierwsze temat brexitu podniosły tabloidy. Zrozumiałe - kwestia wybitnie kontrowersyjna, polaryzująca, gwarantująca dobrą sprzedaż i cytowania. Dopiero potem dołączyły do tego pozostałe, bardziej opiniotwórcze, media. U nas wygląda to dokładnie odwrotnie - dyskusję o wyjściu Polski z Unii Europejskiej otworzył tytuł z segmentu "tygodnik opinii".

Rzecz w tym, że na Wyspach Brytyjskich debata o opuszczeniu Wspólnoty trwała dobre trzy dekady, zanim ostatecznie zmaterializowała się w postaci brexitowego referendum. Czy u nas będzie to trwać równie długo, czy może jako raczkująca demokracja zafundujemy sobie wersję instant? Trudno dziś przesądzać. Ostrzeżeniem dla nas powinno jednak być to, że finalnie Brytyjczycy zafundowali sobie brexit na własną prośbę, próbując rozgrywać konflikty z krajowego podwórka z pomocą narzędzi, których do tego celu nigdy nie powinni tykać. Premier David Cameron liczył, że rozpisując referendum brexitowe spacyfikuje frakcję eurosceptyków w szeregach Partii Konserwatywnej. Tymczasem przeszedł do historii brytyjskiej polityki jako szef rządu, który skierował państwo ku unijnym drzwiom. Brzmi znajomo?

Na całe szczęście, są też jednak uwarunkowania, które wyraźnie różnią przypadek brytyjski od polskiego. Brytyjczycy wchodzili do UE jako dawne imperium kolonialne, zdjęci z piedestału władcy świata. Unia była dla nich substytutem dawnej wielkości, małżeństwem z rozsądku, a nie z wielkiej miłości. W tym kontekście Wielka Brytania była zawsze wyspą nie tylko z geograficznego, ale także geopolitycznego punktu widzenia. Niby wewnątrz Unii, a jednak trochę z boku. Zawsze ze świadomością, że nawet bez Brukseli mogłaby sobie w życiu poradzić.

Dla Polski perspektywa była zupełnie inna. Po pół wieku komunizmu, Unia i NATO były nadrzędnymi celami strategicznymi dla młodego polskiej demokracji. Gwarancją z dawien dawna wyczekiwanego bezpieczeństwa - tego militarnego, tego gospodarczego i tego cywilizacyjnego. Unia stanowiła z jednej strony niepowtarzalną okazję do gospodarczego i cywilizacyjnego rozwoju, nadrobienia straconego przed laty "Planu Marshalla", a z drugiej - kulturową bramą do społeczności Zachodu.

Zdaniem prof. Katarzyny Pisarskiej, polexit byłby dla polski geopolityczną katastrofą.

Dla nas jest to wyjście z Zachodu. Zostaje nam niestety tylko Wschód. Tu nie będzie żadnej strefy buforowej

- przekonywała w rozmowie z Gazeta.pl. Brytyjczycy byli w zupełnie innym położeniu.

Dla Wielkiej Brytanii nie (było to wyjście z Zachodu - przyp. red.), ponieważ Wielka Brytania jest twórcą tego Zachodu, to jest zupełnie inna sytuacja

- dodała.

Akcesja do Unii była dla polskiego społeczeństwa jak spełnienie największego marzenia. Zresztą po szesnastu latach członkostwa nadal widać to w sondażach dotyczących naszej obecności w Unii. Zwolennikami członkostwa we Wspólnocie jest 87 proc. Polaków; przeciwnego zdania jest 8 proc. społeczeństwa. Takie wyniki pokazują zarówno badanie CBOS-u z maja/czerwca tego roku, jak i dopiero co przeprowadzony sondaż Kantara dla "Faktów" TVN i TVN24. Gdyby dzisiaj rozpisać referendum na temat wyjścia Polski z Unii, zwolennicy polexitu ponieśliby sromotną klęskę, przegrywając w stosunku 11:81 (IBRiS dla "Rzeczpospolitej").

Jednak fakt, że co dziesiąty Polak już dzisiaj poważnie myśli o opuszczeniu Unii, powinien dawać naszej klasie politycznej do myślenia i być czerwoną lampką ostrzegawczą. Na razie polexiterzy są w zdecydowanej mniejszości, ale tak samo było przecież swego czasu z brexiterami. Obecna perspektywa budżetowa jest zapewne ostatnią, w której Polska otrzyma tak pokaźne środki z Brukseli. Nieuchronnie zbliża się dzień, w którym do unijnej kasy zaczniemy więcej wpłacać, niż wyciągać.

To będzie kolejny argument w rękach polexiterów za tym, że należy Unię opuścić, skoro "wzięliśmy, co było do wzięcia, a teraz nie dość, że musimy do tego interesu dopłacać, to jeszcze mówią nam, jak mamy żyć". Dzisiejsza dyskusja o polexicie nie jest przecież niebezpieczna tu i teraz (znów: pokazują to dobitnie sondaże). Podobnie jak w przypadku Wielkiej Brytanii, to bomba z opóźnionym zapłonem, która wybuchnąć może za kilka czy kilkanaście lat.

A ryzyko tego wybuchu jest duże i realne. Zwłaszcza znając nasze doświadczenia historyczne i mając świadomość przekornego charakteru polskiego społeczeństwa. Jako naród jesteśmy jak ten niesforny 7-latek, któremu rodzice z troską powtarzają, żeby nie dotykał rozgrzanego palnika kuchenki, bo się poparzy. Im bardziej ostrzegają, tym pewniejsze, że gdy tylko spuszczą go z oczu, położy na palniku rękę, żeby po chwili zawyć z bólu.