Dyplomacja made in Poland. Jesteśmy samotną, biało-czerwoną wyspą na wzburzonym morzu [ANALIZA]

Przegrana Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich i wejście na wojenną ścieżkę z Unią Europejską z powodu powiązania unijnych funduszy z praworządnością, to dwa wielkie gwoździe do trumny polskiej polityki zagranicznej. Trumny, do której złożyliśmy samych siebie na własne życzenie.

W sportowo-celebryckim światku od lat krąży pewna anegdota o Trumpie. Dotyczy pamiętnej dla kibiców pięściarstwa nocy 4 października 1997 roku. W Atlantic City Andrzej Gołota, jeden z najsłynniejszych polskich bokserów w historii, walczył o mistrzostwo świata wagi ciężkiej z ówczesnym czempionem Lennoxem Lewisem. Brytyjczyk był zdecydowanym faworytem tamtego starcia. Trump oglądał pojedynek z wysokości trybun. Miliarder zapytany przez jednego z relacjonujących galę dziennikarzy, czy w swoim stylu obstawił wynik walki, zaprzeczył. Kiedy Gołota został zdemolowany w zaledwie 95 sekund, Trump był w ciężkim szoku. Już po walce okazało się, że na wygraną Polaka postawił okrągły milion dolarów.

Dlaczego historyjka sprzed ponad dwóch dekad ma znaczenie w kontekście stanu polskiej dyplomacji A.D. 2020? Bo podobnie jak Trump w 1997 roku, tak my w ostatnich latach źle obstawiliśmy. Zamiast zadbać o polskie interesy, grając na kilku fortepianach i mając gwarancję przynajmniej częściowego zwrotu naszego wkładu, wszystko, co mieliśmy, postawiliśmy na jedną kartę - Trumpa. Jego wyborcza przegrana z Joe Bidenem jest dla dyplomacji Zjednoczonej Prawicy porównywalnym szokiem jak dla Trumpa klęska Gołoty z Lewisem w 1997 roku. Podobnie jak Trump wówczas, tak my teraz zostajemy z pustymi rękami.

Zobacz wideo O tym, jak mogą wyglądać relacje polskich władz z Joe Bidenem mówi były prezydent Bronisław Komorowski

Gratulacje, których nie było

Symptomatyczna dla położenia polskiej dyplomacji była sekwencja zdarzeń po tym, gdy amerykańskie media - także te sympatyzujące z Partią Republikańską jak Fox News - ogłosiły, zgodnie z wyborczym obyczajem, wygraną Bidena nad Trumpem. Prorządowe i publiczne media zaczęły ile sił szukać argumentów za tym, że gra wcale nie jest jeszcze skończona, że są jeszcze protesty sądowe, że wyjaśnienia wymagają fałszerstwa wyborcze, o których - co ważne: bez przedstawienia choćby cienia dowodów - mówił już od nocy wyborczej sztab Trumpa.

Gdyby jednak na tym się skończyło, można byłoby przymknąć oko. Niestety na szczeblu oficjalnym było jeszcze gorzej. Nie chodzi nawet o to, że prezydent Andrzej Duda nie wysłał depeszy gratulacyjnej do Bidena, poprzestając na zaledwie jednym tweecie. Chodzi o to, że treść tego tweeta była w najlepszym razie mocno osobliwa: "Gratulacje dla Joe Bidena za udaną kampanię prezydencką. W oczekiwaniu na nominację Kolegium Elektorów, Polska jest zdeterminowana, aby utrzymać wysoki poziom i wysoką jakość polsko-amerykańskiego partnerstwa strategicznego dla jeszcze silniejszego sojuszu".

Nie składając oficjalnych gratulacji politykowi Demokratów, polski prezydent ustawił się w jednym szeregu z takimi głowami państw jak Władimir Putin czy Kim Dzong Un. I nie, tego typu zwłoka nie jest niczym naturalnym ani wskazanym. Po 1989 roku żaden polski prezydent nie czekał z depeszą gratulacyjną do nominacji Kolegium Elektorów. Co więcej, tylko Aleksander Kwaśniewski w 2000 roku z oficjalnymi gratulacjami wstrzymał się ponad miesiąc od dnia wyborów w Stanach Zjednoczonych. Dla porównania, w 2016 roku prezydent Duda pogratulował Trumpowi już nazajutrz po głosowaniu.

Klient Waszyngtonu

Tyle że Trump to dla Zjednoczonej Prawicy zupełnie inna historia niż Biden. Nie ma przypadku, że to właśnie z ekscentrycznym miliarderem-politykiem Nowogrodzka dogadywała się najlepiej i to na niego postawiła w swojej polityce zagranicznej w 100 proc. Trump rozumie PiS, a PiS rozumie Trumpa. To ta sama szkoła uprawiania polityki - rządy twardej ręki, populistyczny język przyciągający wyborców, budzące krytykę i sprzeciw reformy, demokracja nieliberalna (akurat Trump miał z tym znacznie trudniej od PiS-u, ponieważ skuteczny opór postawiły mu instytucje amerykańskiej demokracji).

Na Trumpa byliśmy też niejako skazani ze względu na pogarszające się z roku na rok relacje z Unią Europejską. Niemal od początku rządów "dobrej zmiany" toczyliśmy z Brukselą boje o praworządność i kolejne reformy polskiego wymiaru sprawiedliwości. Wreszcie Unia była na potrzeby partyjnej propagandy przedstawiana jako zagraniczny ciemiężyciel, który chce narzucić nam swoje zasady gry i pozbawić nas suwerenności tak, jak w historii Polski nieraz już bywało. Trump podobnie jak Nowogrodzka nie lubił Unii, uważał ją za zagrożenie (zwłaszcza gospodarcze) dla Stanów Zjednoczonych, zależało mu na jej jak największym osłabieniu (m.in. od początku do końca mocno wspierał brexit). W tym wymiarze Zjednoczona Prawica i Trump byli dla siebie stworzeni.

Stany Zjednoczone były też jednak i są kluczowym, strategicznym sojusznikiem Polski. Niezależnie od tego, czy w naszym kraju rządzi lewica, liberałowie czy prawica. To w dużej mierze dzięki Stanom Zjednoczonym w 1999 roku weszliśmy do NATO. Pod tym względem Zjednoczona Prawica utrzymała kurs poprzednich ekip, tyle że zdecydowanie mocniej docisnęła pedał gazu i zrezygnowała z jakichkolwiek alternatyw. Z biegiem czasu Waszyngton z kluczowego sojusznika stał się de facto jedynym naszym sojusznikiem (przynajmniej strona polska była przekonana o sile tego sojuszu).

Amerykańska administracja była też szansą na długoterminowe zapewnienie bezpieczeństwa militarnego Polsce. W domyśle: chroniącego nas przed ewentualną rosyjską agresją. Wiążące się ze sobą wątki obronności i antyrosyjskości od momentu przejęcia władzy są w politycznej retoryce Zjednoczonej Prawicy kluczowe. Bliski sojusz z Trumpem pozwalał ogrywać to medialnie i politycznie, a koniec końców udało się nawet zwiększyć obecność wojsk amerykańskich na polskich ziemiach (choć wysokie koszty tej obecności w całości pokryje strona polska).

Zawsze jest jednak pytanie o cenę. Tę polityczną już znamy - na arenie międzynarodowej całkowicie uzależniliśmy się od administracji Trumpa. Była też jednak cena stricte ekonomiczna. Trump nawet jako prezydent nie wyzbył się cech rasowego biznesmena. W Polsce widział klienta będącego pod ścianą, któremu można wcisnąć niemalże wszystko - od śmigłowców i myśliwców, przez wcale nie tani skroplony gaz, na technologiach nuklearnych kończąc - i w dowolnej cenie, a ów klient i tak będzie się z tego cieszyć. Dla Trumpa Polska była przede wszystkim świetnym biznesem. Dla Polski Trump był już biznesem znacznie gorszym.

Niesforne dziecko UE

Nasza zależność od administracji Trumpa i słaba pozycja negocjacyjna w rozmowach z Amerykanami wynikały przede wszystkim z tego, że spaliliśmy za sobą wszelkie inne mosty. Zwłaszcza ten najważniejszy - z Unią Europejską. Ale nie mogło być inaczej, bo Bruksela stała - ba! wciąż stoi - na drodze do pełnej realizacji kluczowych dla Zjednoczonej Prawicy reform. Zwłaszcza tych w obszarze wymiaru sprawiedliwości. To z Unią polski rząd musiał toczyć polityczno-prawne batalie o Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy czy Krajową Radę Sądownictwa. Zostaliśmy pierwszym w historii Wspólnoty państwem członkowskim, przeciwko któremu uruchomiono procedurę z art. 7. Traktatu o Unii Europejskiej nazywaną na brukselskich salonach "opcją atomową".

Z Unią kłóciliśmy się również o uchodźców z Bliskiego Wschodu, którymi nasi rządzący przez kilka lat straszyli Polaków, chociaż tych uchodźców w Polsce nie było i nie ma. "Dobra zmiana" już na początku swoich rządów obsadziła Unię w roli "czarnego luda", który chce Polsce narzucać zgniłą zachodnią aksjologię, moralność i obyczaje, rugować w naszym kraju tradycję chrześcijańską i ograniczać polityczną suwerenność. Na użytek polityki wewnętrznej było to bardzo przydatne, bo "syndrom oblężonej twierdzy" pozwalał nieustannie mobilizować własnych wyborców i "przykrywać" realne problemy państwa i władzy. Jednak w Europie trafiliśmy do oślej ławki, w której siedzimy razem z Węgrami.

Nasze batalie z Brukselą i przedstawianie jej jako złowrogiej obcej siły nie przeszkadzało nam jednak czerpać z Unii finansowo pełnymi garściami. Bilans przeszło szesnastu lat Polski we Wspólnocie to zysk netto rzędu rzędu około 600 mld zł. Jeszcze więcej Polska ma otrzymać w ramach perspektywy budżetowej na lata 2021-27 i Europejskiego Instrumentu na rzecz Odbudowy. Tu mowa łącznie o kwocie aż 776 mld zł. W nowym unijnym budżecie nasz kraj miałby być największym beneficjentem polityki spójności UE (ok. 300 mld zł).

To były trudne, ale bardzo dobre rozmowy, takie które skutkują dobrymi szansami rozwojowymi dla Polski, ale także dobrym planem odbudowy dla całej Europy. Te 750 mld zł, czy jak niektórzy liczą w cenach bieżących grubo ponad, bo 770 mld zł, to na najbliższych kilka lat ogromny zastrzyk finansowy

- nie krył satysfakcji w lipcu tego roku premier Mateusz Morawiecki.

Rzecz w tym, że Polska chce przyjęcie tego budżetu... zablokować. Powodem jest powiązanie transferu środków unijnych z przestrzeganiem zasad praworządności. "Mechanizm warunkowości", bo tak nazywany jest on w Brukseli, został stworzony właśnie po to, żeby Komisja Europejska wreszcie zyskała realne, a nie tylko polityczne, narzędzie nacisku na kraje łamiące fundamentalne wartości Wspólnoty. Takie jak Polska i Węgry. Co oczywiste, Polska na takie rozwiązanie nie zamierza się zgodzić i grozi zawetowaniem budżetu, jednocześnie wykorzystując całą sytuację do celów polityki krajowej i mobilizowaniu swoich zwolenników.

Będzie weto. Jeśli groźby i szantaże będą utrzymane, to my będziemy twardo bronili żywotnego interesu Polski. Weto. Non possumus. I tak będziemy działać wobec każdego, kto będzie stosował wobec nas jakieś wymuszenia

- zapewnił w połowie października w wywiadzie dla "Gazety Polskiej" prezes PiS-u Jarosław Kaczyński.

Na wojnie ze światem

Zbyt daleko posunięta relacja zależności ze Stanami Zjednoczonymi czy ciągłe konflikty z Unią Europejską, to jednak tylko część obrazu polskiej polityki zagranicznej za rządów "dobrej zmiany". Kluczowa, ale nie cała. Jeśli bowiem spojrzeć głębiej, na relacje poszczególnymi państwami czy nawet regionami świata, sytuacja również nie napawa optymizmem. Znów: w dużej mierze na własne życzenie.

Jeszcze w 2015 roku, na początku prezydentury Andrzeja Dudy, wydawało się, że Chiny będą odgrywać jedną z kluczowych ról w geopolitycznej układance Polski na kolejne lata. Lądowy szlak handlowy pomiędzy Chinami i Europą miał biec przez Polskę, dzięki czemu nasz kraj miał istotnie zyskać gospodarczo. Przywódcy obu państw podkreślali specjalne relacje między naszymi krajami i wagę dwustronnej współpracy.

Ogromnie się cieszę, że w ciągu pierwszych czterech miesięcy sprawowania przeze mnie urzędu prezydenta Rzeczypospolitej mogę odwiedzić wielkie mocarstwo, jakim są Chiny

- mówił podczas wizyty w Państwie Środka prezydent Duda.

Mam wielkie nadzieje na to, że strategiczne partnerstwo między Polską a Chinami, jakie zostało zawarte w 2011 roku, będzie teraz kontynuowane

- dodał.

Nowy Jedwabny Szlak wciąż nie powstał - aktualnie ambitne plany mocno pokrzyżowała pandemia koronawirusa - a wydarzenia kolejnych lat mocno ochłodziły relacje polsko-chińskie. Warszawa wybrała stronę Stanów Zjednoczonych w wypowiedzianej Pekinowi przez Donalda Trumpa wojnie handlowej. To między innymi dlatego w pracach nad rozwojem sieci 5G w Polsce zdecydowaliśmy się na współpracę z Amerykanami, a nie z Chińczykami. Gwoździem do trumny naszych relacji z Chinami był skandal dyplomatyczno-szpiegowski z początku 2019 roku. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymała wówczas w Warszawie dwie osoby podejrzane o szpiegostwo na rzecz Chin. Jedną z nich był Weijing W. - jeden z dyrektorów polskiego oddziału chińskiego giganta technologicznego Huawei.

Ślepe podążanie za Amerykanami kosztowało nas również poprawne relacje z państwami Bliskiego Wschodu. Na początku 2019 roku na życzenie Amerykanów zorganizowaliśmy w Warszawie tzw. konferencję bliskowschodnią, której wydźwięk był jednoznacznie antyirański i proizraelski. Żeby chociaż naprawiło to nasze relacje z Izraelem, które za rządów Zjednoczonej Prawicy są po prostu złe, o ile nie fatalne (antysemityzm w polskiej debacie publicznej, spory o mienie bezspadkowe, ustawa o IPN), ale nic takiego się nie stało.

Wręcz przeciwnie, zdaniem "The Jerusalem Post" Benjamin Netanjahu goszcząc w Warszawie stwierdził, że "naród polski współpracował z nazistowskim reżimem w zabijaniu Żydów w ramach Holokaustu".

Polacy współpracowali z nazistami i nie znam nikogo, kto zostałby pozwany za tego typu twierdzenie

- podkreślił izraelski premier. Zorganizowaliśmy więc wydarzenie, którego ze względu na kontrowersyjny charakter organizować nikt nie chciał, nie zyskaliśmy na tym nic i jeszcze dano nam w twarz w naszym własnym domu. Dyplomatyczny sukces od A do Z.

Na naszym, europejskim podwórku rząd Zjednoczonej Prawicy próbował zacieśnić relacje z Wielką Brytanią, czego efektem miała być przeciwwaga w Unii dla osi Berlin - Paryż. Nigdy nie dowiemy się, czy polsko-brytyjski tandem tą przeciwwagą mógł być, bo Londyn w międzyczasie opuścił Unię Europejską.

Polskę postawiło to w trudnej sytuacji, bo Zjednoczona Prawica nigdy nie chciała utrzymywać zażyłych stosunków z Niemcami, którą dotąd były naszym głównym partnerem w UE. W narracji "dobrej zmiany" Niemcy traktowały nas z wyższością, wysługiwały się nami i zarabiały na nas pieniądze, a rząd PO-PSL przystawał na to w zamian za kurtuazyjne klepanie po plecach. Za czasów Zjednoczonej Prawicy Niemcy zostali sprowadzeni do roli historycznego wroga (reparacje wojenne), niszczącego chrześcijańskie korzenie Europy adwokata bliskowschodnich uchodźców (spór o migrantów) czy polityczno-kulturowego okupanta (spór o praworządność).

Między Wyszehradem a Trójmorzem

Każdy rząd ma prawo do prowadzenia własnej polityki zagranicznej, ale na samym końcu jest rozliczany z efektów, bo te w i polityce, i w dyplomacji oddzielają graczy poważnych od niepoważnych. Problemem rządu Zjednoczonej Prawicy w obszarze dyplomacji jest to, że tych efektów jest niewiele, a na pewno mniej, niż mogłoby być, gdybyś sprawnie wykorzystywali potencjał naszego kraju i dyplomatyczny kapitał gromadzony po 1989 roku.

Umówmy się, że wykorzystywaniem naszych historycznych i geopolitycznych możliwości nie jest Grupa Wyszehradzka, którą niczym tarczą od kilku lat zasłania się rząd Mateusza Morawieckiego. Od dawna wiadomo, że formuła V4 działa od wielkiego dzwonu, kiedy wszystkie cztery państwa są pod ścianą i chwilowo faktycznie mają wspólne interesy. W przeciwnym razie każdy członek Grupy Wyszehradzkiej woli grać na siebie, nawet kosztem partnerów z V4, a to oznacza nieprzewidywalność. Najgorszy możliwy budulec w polityce zagranicznej.

Po brexicie zaczęliśmy natomiast szukać nowego sposobu na odnalezienie się w Unii Europejskiej i ugruntowanie swojej pozycji, która ze względu na coraz częstsze i coraz ostrzejsze konflikty z Brukselą, słabła z miesiąca na miesiąc. Remedium na nasze problemy miało być powołane jeszcze w 2015 roku Trójmorze - międzynarodowa inicjatywa gospodarczo-polityczna zrzeszająca dwanaście unijnych państw leżących pomiędzy Morzem Bałtyckim, Morzem Czarnym i Morzem Adriatyckim.

Poza współpracą gospodarczą, nieformalnym celem Trójmorza było (wciąż jest?) stworzenie przeciwwagi dla Francji i Niemiec, czy szerzej państw bogatego Zachodu, w ramach Unii Europejskiej. Miał być to silny sojusz państw Europy Środkowo-Wschodniej, pozwalający forsować w UE interesy członków inicjatywy.

To w praktyce jedna trzecia Unii Europejskiej. Nasza współpraca ma trzy główne impulsy: modernizacyjny, integracyjny i zjednoczeniowy

- mówił w lipcu 2017 roku podczas szczytu Trójmorza w Warszawie prezydent Andrzej Duda.

Inicjatywie Trójmorza mocno kibicował Donald Trump - amerykański prezydent był specjalnym gościem przywołanego powyżej szczytu Trójmorza w Warszawie - który od początku swojej kadencji grał na osłabienie Unii Europejskiej. Postbrexitowa rzeczywistość w Unii Europejskiej, a ostatnio także pandemia koronawirusa boleśnie zweryfikowały ambitne cele i plany Trójmorza. O żadnej "Unii w Unii" nie ma mowy. Zwłaszcza, że w Trójmorzu wodzów jest niemal tylu co Indian. Z dwunastu zaangażowanych w przedsięwzięcie państw, do roli lidera projektu pretenduje nie tylko Polska, ale także Austria, Chorwacja i Węgry. To sprzyja napięciom i nieporozumieniom, na pewno zaś nie rzuceniu politycznego wyzwania państwom tzw. starej Unii.

Gdzie więc jesteśmy po pięciu latach dyplomacji spod znaku "dobrej zmiany", kilkadziesiąt dni przed zmianą warty w Białym Domu i w samym środku burzliwego sporu o unijny budżetu na lata 2021-27? Otóż jesteśmy kompletnie w lesie. Po przegranej Trumpa, w którym rządzący ulokowali wszystkie swoje nadzieje, i przy więcej niż zauważalnym konflikcie wartości z Bidenem, zostaliśmy z Wyszehradem i Trójmorzem jak Himilsbach z angielskim. Mamy na świecie trzy państwa mające lub aspirujące do statusu supermocarstwa - Stany Zjednoczone, Chiny i Rosję. Jedno z nich jest dla nas realnym zagrożeniem (Rosja), z drugim mamy "ciche dni" (Chiny), a trzecie od stycznia będzie dla nas wielką niewiadomą (Stany Zjednoczone). Nie jest to położenie, którego inni mogliby nam zazdrościć.

Co więcej, jeśli zawetujemy budżet UE i powiązany z nim Instrument Odbudowy, to nie tylko (jeszcze bardziej) pogorszymy swoje relacje z Brukselą, ale tym razem podpadniemy też każdemu z 24, a może nawet 25 (nie wiadomo, jak zachowa się Słowenia), partnerów z UE z osobna. Żaden z nich nie rozumie bowiem, jak można oprotestowywać przestrzeganie praworządności, do czego zobowiązaliśmy się podpisując unijne traktaty, jednocześnie wyciągając rękę po unijne pieniądze. Wreszcie każde z tych 24-25 państw, wskutek spowodowanego pandemią koronawirusa kryzysu gospodarczego, wyczekuje pieniędzy z tzw. funduszu odbudowy jak kania dżdżu. Każde chce jak najszybciej zacząć odbudowę swojej gospodarki. Jeśli nie dostaną tych funduszy - tak będzie w przypadku zawetowania budżetu - ich pretensje i złość skupią się na krajach, które ów budżet zawetują. A ponieważ w Unii prędzej czy później zawsze nadarza się okazja do rewanżu, możemy być pewni, że tego gniewu w niedalekiej przyszłości doświadczymy.

Amerykański pisarz Tom Clancy, autor kultowych powieści sensacyjnych, zwykł mawiać: "Dyplomacja nie musi być przyjemna, ważne by była skuteczna". Problem z polską dyplomacją jest taki, że przyjemna nie jest od dawna, ale swojej skuteczności nie zwiększyła przez to ani na jotę.