Aborcyjny efekt domina. Jak PiS znalazo si midzy motem a kowadem [ANALIZA]

Wyrok Trybunau Konstytucyjnego zaostrzajcy prawo antyaborcyjne mia pozwoli Zjednoczonej Prawicy upiec kilka pieczeni przy jednym ogniu. Tymczasem wywoa lawin, ktrej spoeczne, polityczne i kulturowe konsekwencje mog cakowicie zmieni obraz wspczesnej Polski. Z perspektywy rzdzcych sytuacja wydaje si by jedn z tych, z ktrych nie ma ju odwrotu.

"Nie zapominajcie, że wystarczy kryzys polityczny, gospodarczy albo religijny, żeby prawa kobiet na nowo były kwestionowane. Musicie być czujne przez całe życie". Ta myśl Simone de Beauvoir - francuskiej feministki, filozofki i pisarki, jednej z ikon drugiej fali feminizmu - stała się w ostatnim tygodniu jednym z najważniejszych drogowskazów dla polskich kobiet.

Francuska feministka nie przewidziała, że do zakwestionowania praw kobiet może doprowadzić też kryzys epidemiczny. Dopiero jego pochodnymi są w tym przypadku kryzysy polityczny i gospodarczy. Nie zmienia to faktu, że moment na odebranie kobietom prawa do decydowania o swoim ciele i zdrowiu jest najgorszy z możliwych.

Po pierwsze dlatego, że w sytuacji bezprecedensowego kryzysu państwa i sytuacji epidemicznej zagrażającej każdemu z nas, rządzący dali zielone światło do wszczęcia największego konfliktu społecznego w ostatnich latach. I tak, zamiast wspólnie walczyć o siebie nawzajem w obliczu panoszącej się zarazy, (znów) walczymy sami ze sobą mimo tej zarazy.

Druga kwestia dotyczy konsekwencji stricte społecznych i politycznych. "Dobra zmiana" po 2015 roku kilkukrotnie szantażowała kobiety, grożąc ograniczeniem ich praw. Po raz pierwszy słowa zostały wprowadzone w czyn. Efekt jest bardzo groźny - państwo odebrało kobietom poczucie bezpieczeństwa i prawo do decydowania o sobie. Co za tym idzie, kobiety nie mają w tej sytuacji nic do stracenia. Nie cofną się, nie mogą się cofnąć. Jeśli przejdą do porządku dziennego nad tą sytuacją, ich położenie w kolejnych latach będzie się już wyłącznie pogarszać. To zaś oznacza - co zgodnie zadeklarowały już obie strony - wojnę. Wojnę w czasie epidemii.

Zobacz wideo Czy jest ryzyko, że kobiece protesty wylądują w szufladzie „antyPiS”?

Wszystkie motywy Kaczyńskiego

Cała sytuacja wydaje się z gruntu absurdalna. Po co wszczynać ogólnonarodowy konflikt w sytuacji powszechnego zagrożenia zdrowia i życia? Przecież wymyka się to racjonalnej argumentacji. Jednak polska polityka od dawna się jej wymyka. A rządzący mieli swoje powody - niestety mowa o partykularnych, partyjnych interesach - żeby dopuścić do tego, co się stało, a potem jeszcze eskalować ten spór słowami Jarosława Kaczyńskiego.

Celem podstawowym było odwrócenie uwagi od szalejącej epidemii koronawirusa. Rzd do drugiej fali zachorowań po prostu się nie przygotował. Działa doraźnie, do tego z opóźnieniem, pudruje rzeczywistość, bo już nic więcej po prostu nie zostało. Sondaże poparcia dla Zjednoczonej Prawicy topnieją - pisaliśmy o tym niedawno na Gazeta.pl - a niezadowolenie społeczne z postawy rządu Mateusza Morawieckiego wobec epidemii wzrasta. Podobnie jak strach Polaków przed rozlewającą się po kraju zarazą.

Co wobec tego można zrobić, żeby ratować sytuację? Zagrać mocną kartą światopoglądową, bo przecież na konfliktach kulturowych Zjednoczona Prawica po 2015 roku wyłącznie zyskiwała. To dzięki takiemu sporowi - wówczas chodziło o prawa osób LGBT - zafundowała opozycji zaskakującą klęskę w ostatnich eurowyborach.

Teraz - jak można wywnioskować z rozmów na offie z politykami Zjednoczonej Prawicy - podstawowym celem było sklejenie mocno popękanego wewnętrznie obozu Zjednoczonej Prawicy. Od wielu tygodni rządzący przeżywali wyłącznie kolejne wstrząsy. Zaczęło się od towarzyszącej rekonstrukcji rządu wojny pomiędzy koalicjantami, potem „Piątka dla zwierząt” rozbiła jedność samego PiS-u i podważyła przywództwo Jarosława Kaczyńskiego, wreszcie przeciwko Nowogrodzkiej zbuntowali się przedsiębiorcy i rolnicy. Nie tylko działacze i politycy, ale też elektorat zaczął wątpić w wytyczony przez wodza kierunek.

Jak najlepiej zjednoczyć podzieloną grupę? Dając jej wyrazistego, wspólnego wroga. Tym wrogiem mieli być zwolennicy aborcji. Rzecz w tym, że numer z wojną kulturową, który dobrze działał w czasach prosperity, zupełnie nie sprawdził się w dobie epidemicznego chaosu. Za sprawą wyroku Trybunału Konstytucyjnego i będących jego efektem masowych, ogólnokrajowych protestów, "dobra zmiana" spadła z deszczu pod rynnę. Jakby tego było mało, potem - za sprawą swojego konfrontacyjnego wystąpienia - do tego pożaru dwa wielkie kanistry z benzyną dorzucił sam Kaczyński.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nikt nie zatrzymał Julii Przyłębskiej przed wydaniem wyroku ws. aborcji. Na Nowogrodzkiej liczyli, że twarde stanowisko w obronie nienarodzonych pozwoli spacyfikować, przynajmniej na jakiś czas, obierającą coraz ostrzejszą światopoglądowo linię Solidarn Polsk. Z drugiej strony, PiS chciało udowodnić swoim twardym wyborcom, że jest prawdziwie ideową prawicą. Jednocześnie wytrącić oręż z rąk Konfederacji i zmarginalizować jedyną konkurencję po prawej stronie sceny politycznej.

Piętrzące się kłopoty

Powodów tego, że PiS zdecydowało się na ostre zwarcie jest wiele, ale wszystkie sprowadzają się do jednej konkluzji. A mianowicie to, co było efektowną i efektywną strategią w czasach społeczno-gospodarczego prosperity, okazało się strategią zupełnie nietrafioną w dobie chaosu, niepewności i strachu. W takim położeniu wyborcy - bez znaczenia na poglądy polityczne - oczekują od władzy odpowiedzialności, skuteczności i zapewnienia bezpieczeństwa. Tymczasem dostali zamiast tego polityczny cynizm, realizację partykularnych interesów i skrajną lekkomyślność.

Trudno dziwić się więc sondażom z ostatnich dni. Pokazują, że szarża w sprawie zaostrzenia prawa aborcyjnego może Zjednoczoną Prawicę słono kosztować. W sondażu Kantara przeprowadzonym 26 i 27 października, a więc cztery i pięć dni po wyroku Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji, rządzący uzyskali zaledwie 26 proc. głosów. To najmniej od czasu wygrania wyborów parlamentarnych jesienią 2015 roku. Przeliczając ten wynik na mandaty (przy równomiernym rozłożeniu głosów niezdecydowanych na wszystkie partie), Zjednoczona Prawica wprowadziłaby do Sejmu zaledwie 153 posłów. Dla porównania, będąca w tym badaniu tuż za plecami "dobrej zmiany" (24 proc.) Koalicja Obywatelska 140, a Polska 2050 Szymona Hołowni - 100 (przy 18 proc. poparcia). W Sejmie znalazłyby się jeszcze Lewica i Konfederacja, które zdobyły po 8 proc. głosów i mogłyby liczyć na 33 mandaty. Oznacza to ni mniej, nie więcej, że w takim scenariuszu nawet sojusz z Konfederacją nie uchroniłby Zjednoczonej Prawicy przed utratą władzy.

Pozostałe sondaże przeprowadzone po 22 października również nie napawają PiS optymizmem, o czym dopiero co pisaliśmy na Gazeta.pl. W sondażu IBRiS-u dla Wirtualnej Polski (przeprowadzony 30 października) Zjednoczona Prawica ma 29 proc. To badanie warto rozpatrywać w kontekście dwóch wcześniejszych październikowych sondaży pracowni dla tej redakcji. Na początku miesiąca Zjednoczona Prawica miała 41,6, a w połowie miesiąca 36,1 proc. głosów. Oznacza to, że w ledwie cztery tygodnie rządzący stracili aż 12,6 pkt proc. A to przecież wcale nie musi być koniec.

Najnowsze dostępne badanie - United Surveys dla "Dziennika Gazety Prawnej" i RMF FM (przeprowadzone 31 października) - także nie daje powodów do zadowolenia. Nowogrodzka ma w nim ledwie 30,9 proc. głosów, podczas gdy w poprzednim sondażu United Surveys dla tych dwóch redakcji (przeprowadzony 18 i 19 września) wynik był na poziomie 40,5 proc. Wniosek nasuwa się sam: "dobra zmiana" traci poparcie i tracie je skokowo, a nie stopniowo.

Sondaże to jednak tylko część prawdy o trudnym położeniu, w którym PiS znalazło się na własne życzenie. Innym problemem jest liczba polityczno-społecznych frontów, na których rządzący muszą w tej chwili walczyć. W sytuacji, gdy już samo starcie z epidemią koronawirusa wystarczyłoby jako gigantyczne wyzwanie. A przecież Nowogrodzka jest równocześnie ostro skonfliktowana z rolnikami ("Piątka dla zwierząt"), przedsiębiorcami (selektywny lockdown niektórych gałęzi gospodarki), a nawet "Solidarnością" (spór o kształt Rady Dialogu Społecznego). Do tego dochodzi jeszcze kryzys gospodarczy, który zaraz odczujemy z pełną siłą, ponieważ kończą się rządowe programowy osłonowe, a gospodarcza recesja na scenie politycznej zawsze w pierwszej kolejności uderza w rządzących. W tym kontekście rozwścieczenie kobiet - pamiętajmy, że to kobiecy "Czarny protest" z 2016 roku był dotąd największym obywatelskim zrywem przeciwko obecnej władzy - a więc przeszło 50 proc. elektoratu, zakrawa na autosabotaż.

Powrót łatki "partii obciachu"

Już patrząc krótkoterminowo widać, że Nowogrodzka z awantury o aborcję ma znacznie więcej politycznych strat niż zysków (o ile jakieś korzyści w ogóle można wskazać). Ostro traci w sondażach, ryzykuje kolejne podziały w już popękanej partii (i koalicji), mocno osłabł autorytet nieomylnego wodza, z kolei ludzie na wielotysięcznych protestach oznaczają poważne ryzyko pogłębienia epidemii (a już z jej dotychczasową skalą rząd radził sobie słabo).

Jednak również długoterminowo sytuacja nie wygląda dla Zjednoczonej Prawicy dobrze. Na ulicach polskich miast, miasteczek i wsi protestując przede wszystkim młodzi ludzie - licealiści, studenci, młodzi dorośli. Zwłaszcza ta pierwsza grupa jest tutaj ważna. Dopiero co PiS starało się obrać kurs na centrum i za pomocą proekologicznej "Piątki dla zwierząt" zacząć pracować nad pozyskanie roczników, które po raz pierwszy pójdą do wyborów w 2023 roku.

To roczniki 2002-05. Przekładając na język polityki: nawet 1,4-1,5 mln głosów (szacunki oparte o dane Głównego Urzędu Statystycznego). Zważywszy, że to wśród młodych wszystkie partie miały największe rezerwy, inne grupy wiekowe są dość trwale podzielone między największe ugrupowania, a różnica między kandydatami Zjednoczonej Prawicy i Koalicji Obywatelskiej w drugiej turze wyborów prezydenckich wyniosła tylko nieco ponad 400 tys. głosów, widać, jak ważna jest ta rozgrywka.

Zwłaszcza z perspektywy rządzących. Ich kluczowego elektoratu, czyli seniorów, z naturalnych powodów będzie z biegiem czasu ubywać. Natomiast starzejący się wyborcy opozycji raczej nie zrobią nagle wolty o 180 stopni i nie przejdą na stronę "dobrej zmiany". Polskie społeczeństwo się starzeje, więc młodych z czasem będzie coraz mniej, ale w 2023 roku to właśnie oni mogą zdecydować, kto będzie rządzić krajem przez kolejne cztery lata.

Jest też wątek, który od początku wybuchu antyrządowych protestów był poruszany zaskakująco rzadko. Zjednoczona Prawica rozwścieczyła młodych, a to oni nadają kurs nowym trendom społecznym i kulturowym. To oni rządzą w internecie, na odbicie którego z rąk Platformy Obywatelskiej prawicy tak długo i mozolnie pracowała. Co ważniejsze, to młode pokolenie decyduje, co jest aktualnie cool, a co – żeby nie użyć mocniejszych słów - passé. Dzisiaj passé jest PiS i Jarosław Kaczyński. Wystarczy spojrzeć na robiące furorę na protestach transparenty, zalew internetowych memów o "dobrej zmianie" czy zaangażowanie ludzi kultury po stronie protestujących. A to tylko kilka przykładów z brzegu. Wniosek jest jednak oczywisty: rządzący z hukiem i całkowicie na własne życzenie odbili łatkę "partii obciachu" i raczej nieprędko znów się z nią rozstaną.

Społeczny efekt domina

Sytuacja, którą samo sobie zgotowało PiS może mieć też bardzo poważne skutki społeczne i społeczno-prawne. Jeśli wyrok Trybunału Konstytucyjnego wejdzie w życie, ograniczenie prawa do aborcji najmocniej uderzy w kobiety ze wsi i małych miast oraz te o niskim kapitale kulturowym, społecznym i ekonomicznym. Nieco uogólniając: PiS uderza znacznie mocniej w swoje własne wyborczynie niż w Polki głosujące na inne partie. To też mogło mieć wpływ na włączenie się do antyrządowych protestów polskiej prowincji. Prawda jest bowiem taka, że Polki zamożne, wykształcone i z dużych miast na zabieg aborcyjny wyjadą do Czech, Niemiec czy któregoś z krajów skandynawskich. Mają do tego stosowną wiedzę, kontakty i środki finansowe. Zwłaszcza, że w wielu europejskich krajach oficjalnie bądź nieoficjalnie zaoferowano już pomoc Polkom, które będą szukać lekarza gotowego dokonać przerwania ich ciąży. Przeprowadzenie aborcji zagranicą to koszt - w zależności od kraju, wybranej metody zabiegu i momentu przerwania ciąży - od tysiąca do około 4 tys. zł.

Fikcją i życzeniowym myśleniem jest, że po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w Polsce co roku dokonywanych będzie mniej aborcji. Oficjalnie jest ich wykonywanych około tysiąca rocznie, ale to kropla w morzu rzeczywistych danych. Faktem jest natomiast, że po zaostrzeniu obowiązującego prawa rozkwitnie aborcyjna turystyka - już dzisiaj inicjatywa "Aborcja Bez Granic" oferuje Polkom pomoc w tym zakresie - i co gorsza: podziemie aborcyjne. Zamiast w szpitalach i lekarskich gabinetach przez lekarzy i w asyście wykwalifikowanego personelu, ciąże będą przerywane często w szemranych miejscach, bez należytej opieki nad pacjentkami i bez żadnego nadzoru. Życie i zdrowie kobiet znów będzie zagrożone. Można się łudzić, że nakazy i zakazy podporządkują Polki władzy, ale rzeczywistość jest taka, że zdeterminowana kobieta zawsze znajdzie sposób na usunięcie ciąży. Kwestią pozostaje jedynie ryzyko, które w tym celu podejmie. Ryzyko, dodajmy, zupełnie niepotrzebne w trzeciej dekadzie XXI wieku.

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego rozpalił również debatę o tym, co dzieje się w Polsce z chorymi i niepełnosprawnymi dziećmi - a także z ich rodzicami i rodzinami - kiedy jednak przyjdą na świat. Chodzi o pomoc państwa w opiece i utrzymaniu takich dzieci. Opozycja ostro krytykowała rządzących, że ci domagają się od Polek heroizmu i rodzenia nawet ciężko chorych dzieci, a potem zostawiają je samym sobie. Dostało im się zwłaszcza za fiasko programu "Za życiem" - dobrze opisane na początku listopada na łamach "Dziennika Gazety Prawnej" - który miał na wielu płaszczyznach pomagać zarówno rodzinom wychowującym niepełnosprawne dzieci, jak i dorosłym niepełnosprawnym Polakom. Założonego celu nigdy nie zrealizował. Zdaniem ekspertów powodem jego niewydolności jest fakt, że powstał pod presją czasu i jako odpowiedź na "Czarny protest" w 2016 roku. Zabrakło zarówno konsultacji społecznych i środowiskowych, jak również wspólnej strategii rządu i samorządów.

Mało kto zdaje sobie dzisiaj sprawę, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest ciosem także w Kościół katolicki i szeroko rozumiane środowisko konserwatywne. I jednym, i drugim przyprawia bowiem gombrowiczowską gębę. W tym wypadku: prawicowych fundamentalistów i prześladowców kobiet. Mimo, że spora część środowiska konserwatywnego zdystansowała się nie tylko od wyroku TK, ale także od późniejszego stanowiska Zjednoczonej Prawicy w tej sprawie. Obecna sytuacja jest jednak szczególnie groźna dla Kościoła katolickiego, który jako instytucja cieszy się coraz mniejszym poparciem i zaufaniem społeczeństwa. Otwartym pytaniem jest, czy zaangażowanie się Kościoła w wojnę aborcyjną - chociażby wypowiedziami abp. Stanisława Gądeckiego i abp. Marka Jędraszewskiego - nie spowoduje przyspieszonego odpływu wiernych i laicyzacji społeczeństwa.

Zresztą nie tylko stosunek Polaków do Kościoła może ulec zmianie w efekcie wyroku TK. Zanegowanie "kompromisu aborcyjnego" i zaostrzenie prawa w tym zakresie, to wychylenie obyczajowego wahadła mocno w prawą stronę. Sukces prawicy jest tu krótkoterminowy, bo wahadło raz wychylone w jedną stronę, prędzej czy później z tą samą mocą wychyli się w stronę przeciwną.Mówiąc wprost: jak absurdalnie by to dzisiaj brzmiało, to nie kto inny jak właśnie Zjednoczona Prawica położyła arcyważną pierwszą cegiełkę do legalizacji aborcji w Polsce w przyszłości.

"Kompromis aborcyjny" nikomu w pełni nie pasował, wszyscy na niego narzekali, ale też nikogo w oczywisty sposób nie krzywdził. Przez niemal trzy dekady udawało nam się z nim funkcjonować. Teraz prawo ma być zaostrzone, ale to wcale nie sprawi, że społeczeństwo o aborcji zapomni. Ludzka psychika zawsze najbardziej pożąda tego, co nieosiągalne i zakazane. Stąd już w kilka dni po wyroku Trybunału Konstytucyjnego zobaczyliśmy w sondażach, że poparcie dla liberalizacji prawa aborcyjnego jest dwu- czy nawet trzykrotnie wyższe niż dla jego zaostrzenia. Jak pisaliśmy niedawno na Gazeta.pl, 22 proc. Polaków chce dostępności aborcji na żądanie (Kantar dla "Gazety Wyborczej"), a 32,4 domaga się liberalizacji obowiązujących przepisów (IBRiS dla Wirtualnej Polski). Dla porównania, we wspomnianych dwóch badaniach zwolennicy zaostrzenia prawa aborcyjnego to odpowiednio 11 i 12,2 proc.

Wypatrywanie ratunku

Na Nowogrodzkiej ze wszystkich skutków wyroku Trybunału Konstytucyjnego zdano sobie sprawę post factum. Tak naprawdę dopiero po wystąpieniu prezesa Kaczyńskiego z 27 października, w którym wzywał członków, sympatyków i wyborców PiS-u, by dali odpór protestującym na ulicach polskich miast i miasteczek kobietom. To wtedy nastąpiła największa eskalacja konfliktu między protestującymi a rządem.

W tekście Jacka Gądka z 30 października politycy PiS nie ukrywali swojego zawodu kursem obranym przez prezesa Kaczyńskiego. "Prezes się przeliczył. Same straty. Jest źle", "Zakiwał się na śmierć" czy "Katastrofa" - to tylko niektóre z krążących po Zjednoczonej Prawicy opinii na temat sytuacji, w jakiej znalazła się "dobra zmiana".

Problem jest też w tym, że nie bardzo jest jak z tej sytuacji wyjść. Prezes PiS-u ustępować nie zamierza. Protestujący także, mówią już otwarcie, że chcą ustąpienia rządu. Drogą odwrotu dla obozu władzy mogłaby być inicjatywa ustawodawcza prezydenta Andrzeja Dudy, który złożył projekt ustawy doprecyzowujący prawnie tzw. wady letalne płodu, które uprawniałyby kobietę do poddania się zabiegowi aborcyjnemu. Jest jednak mały szkopuł: w PiS-ie nie ma większości do przeforsowania tej ustawy. To dlatego zaplanowane na 4 i 5 listopada posiedzenie Sejmu zostało przełożone o dwa tygodnie.

Nowogrodzka liczy, że podobnie jak to bywało w przypadku poprzednich antyrządowych protestów, także tym razem uda się przeczekać kryzys i odbudować poparcie. Pomóc ma w tym pogarszająca się sytuacja epidemiczna i nieuchronnie zbliżający się ponowny lockdown kraju. Jak jednak mówił w wywiadzie dla Gazeta.pl filozof dr Tomasz Markiewka, wiara rządzących w to, że lockdown wybawi ich z kłopotów, może okazać się bardzo złudna.

Każdy lockdown kiedyś dobiega końca, a problemy, strach i frustracja kobiet nie znikną w magiczny sposób

- uważa dr Markiewka. I podkreśla:

Kobiety znów wyjdą na ulice, bo nadal nie będą mieć poczucia bezpieczeństwa w swoim codziennym życiu. Trzeba zrozumieć, że tu nie chodzi o jakąś abstrakcyjną ideę, o którą można pobić się przez tydzień, a potem zapomnieć, bo przecież życie codzienne toczy się dalej, podsuwając coraz to nowe problemy. Tu chodzi właśnie o to życie codzienne i codzienne poczucie bezpieczeństwa. Polki o tym nie zapomną, bo i nie sposób o tym zapomnieć.

Jeśli tak się stanie, w Zjednoczonej Prawicy będą gorzko żałować, że nie posłuchali słów śp. Lecha Kaczyńskiego z marca 2007 roku.

Jeżeli chodzi o sprawy związane z aborcją, to uważam, że osiągnięty 15 czy 14 lat temu kompromis jest kompromisem, którego nie wolno naruszać. Powtarzam: nie wolno naruszać!

- apelował ówczesny prezydent.