Ani pół kroku wstecz. Kaczyński wydał rozkaz: idziemy na pełne zwarcie [ANALIZA]

Od kilku dni wszyscy czekali na to, jak do sprawy rozlewających się po kraju protestów przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego odniesie się Jarosław Kaczyński. Nikt nie spodziewał się chyba jednak słów, które padły z ust prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Ich realizacja może oznaczać ni mniej, ni więcej, a wojnę domową na polskich ulicach.

Polska opozycja i jej medialni suflerzy od pięciu lat mówili o końcu demokracji, faszyzmie i zamordyzmie władzy. Na dobre wyczerpali język opisu polityczno-społecznej rzeczywistości, zanim jeszcze naprawdę stało się coś, co uderzania w najwyższe tony by wymagało. Ludzie znieczulili się na grane z regularnością szwajcarskiego zegarka opozycyjne larum. Szkoda, bo dzisiaj larum, być może po raz pierwszy, naprawdę wypadałoby zagrać.

Od kilku dni wszyscy ludzie działający w polskiej polityce, opisujący i komentujący, ją czekali na stanowisko prezesa Kaczyńskiego. Na to, co powie o trwających już prawie tydzień na ulicach polskich miast i miasteczek protestach przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego, który zaostrza i tak już restrykcyjne prawo aborcyjne. Wszak jego zdanie w momentach kryzysowych dla Zjednoczonej Prawicy zawsze było wyraźnym drogowskazem, którędy obóz władzy ma podążać. Dzisiaj też nim jest. I tu należy z pełną powagę dodać: niestety. Bo to, co w swoim nieco ponad sześciominutowym wystąpieniu powiedział prezes PiS-u, po prostu mrozi krew w żyłach.

Zobacz wideo Wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego grozi potężną eskalacją niepokojów społecznych

Odsunięcie winy

W przemowie Kaczyńskiego należy wyróżnić trzy zasadnicze elementy. Pierwszy to odsunięcie odpowiedzialności, czy też winy, za niepokoje społeczne od partii rządzącej.

Ten wyrok jest całkowicie zgodny z konstytucją, co więcej w świetle konstytucji innego wyroku w tej sprawie być nie mogło

- oznajmił wicepremier. Faktycznie, znając linię orzeczniczą Trybunału w minionych trzech dekadach, należało się spodziewać takiego właśnie wyroku, zwłaszcza patrząc na ultrakonserwatywny skład sędziowski, który ów wyrok wydał. Nie ma tutaj zaskoczenia.

Prezes PiS-u zapomina jednak o dwóch kluczowych kwestiach. Po pierwsze o tym, kto wniosek do Trybunału złożył, a złożyła go Zjednoczona Prawica. Po drugie, w jakim momencie doszło do jego rozpatrzenia i wydania wyroku - pod "osłoną" pustoszącej państwo epidemii koronawirusa i w chwili, gdy władza państwowa kompletnie straciła kontrolę nad trwającym kryzysem. Nie oszukujmy się, że była to autonomiczna decyzja Trybunału, bo to, że nie była, w nieoficjalnych rozmowach przyznają to nawet politycy opcji rządzącej.

Mamy ciężkie stadium epidemii COVID-u. Mamy stan, w którym wszelkiego rodzaju zgromadzenia powyżej pięciu osób są zakazane. Mamy stan, w którym te demonstracje będą z całą pewnością kosztowały życie wielu ludzi

- kontynuował swój wywód Kaczyński.

Ci, którzy do nich wzywają i w nich uczestniczą, sprowadzają niebezpieczeństwo powszechne, dopuszczają się poważnego przestępstwa

- dodał, zaznaczając jednocześnie, że władze państwowe mają nie tyle prawo, co obowiązek przeciwstawienia się takim zachowaniom.

To już uderzenie wyprzedzające ze strony prezesa PiS-u. Istnieje ryzyko, że wielotysięczne marsze i demonstracje za tydzień do półtora wywindują i tak już bardzo wysokie dzienne liczby zakażeń na niespotykany dotąd poziom. Ale znów: protesty odbywają się nie dlatego, że Polki i Polacy nagle zaczęli gardzić zdrowiem i życiem swoim oraz swoich bliskich. Odbywają się dlatego, że zobaczyli, jak pod osłoną epidemii władza odbiera im prawo do decydowania o sobie, chcąc jednocześnie odwrócić uwagę od swojej porażki na froncie walki z epidemią.

Na ratunek Kościołowi

Drugim kluczowym elementem w przemówieniu Kaczyńskiego był Kościół i konieczność jego obrony przed protestującymi. Rzeczywiście, protestujący niejednokrotnie brali na cel kościoły i parafie - czy to niszcząc elewacje budynków, czy przeszkadzając w odprawianiu nabożeństw, czy wyzywając duchownych. Takie działanie było głupie, absolutnie niepotrzebne i szkodliwe dla samych protestujących oraz idei, o które walczą. Dlaczego? Bo chociaż te wyrazy frustracji i złości były wymierzone w instytucję Kościoła i jego hierarchów - angażując się mocno w krajową politykę po stronie opcji rządzącej, wielu kościelnych hierarchów przyłożyło ręce do sytuacji, którą mamy teraz w kraju - to zostały odebrane i przedstawione jako atak na samych wiernych i katolicyzm jako religię. To z kolei dało "dobrej zmianie" możliwość zaprzęgnięcia do pracy prorządowej propagandy i przedstawienia protestujących jako agresorów chcących zniszczyć polski Kościół.

Musimy ich bronić za każdą cenę

- mówił o kościołach Kaczyński.

Wzywam wszystkich członków Prawa i Sprawiedliwości i wszystkich, którzy nas wspierają, do tego, by wzięli udział w obronie Kościoła, w obronie tego, co dzisiaj jest atakowane i jest atakowane nieprzypadkowo

- zachęcał.

Zdaniem Kaczyńskiego na ulicach polskich miast, miasteczek i wsi obserwujemy "wydarzenie w historii Polski, przynajmniej w tej skali, całkowicie nowe".

Wydarzenie fatalne, bo Kościół może być różnie oceniany, ale Polska zapewnia pełną wolność religijną. Na demonstracjach widzimy nihilizm, niebywałą wręcz wulgarność, co pokazuje niedobrą stronę części naszego społeczeństwa. Na wezwanie dorosłych w demonstracjach uczestniczą dzieci. Trzeba się temu przeciwstawiać

- stanowczo podkreślił polityk.

Zagranie na wojnę kulturową czy nawet religijną, to dla prezesa Kaczyńskiego ostatnia deska ratunku, której "dobra zmiana" może się złapać w obliczu coraz liczniejszych i bardziej odczuwalnych dla władzy protestów. Lider PiS-u wezwał więc do obrony chrześcijaństwa, polskiego Kościoła i polskiej tradycji. Nie mogąc poradzić sobie z wywołanym przez siebie problemem na płaszczyźnie politycznej, przeniósł go na płaszczyzny społeczną i kulturową. Płaszczyzny - dodajmy - znacznie dla PiS-u wygodniejsze, choć jednocześnie znacznie kosztowniejsze zarówno dla społeczeństwa, jak i państwa.

Mamy więc powrót do dawno zapomnianych kart polskiej historii. Kart, na których Polska była "przedmurzem chrześcijaństwa" chlubiącym się statusem niemalże narodu wybranego przez Boga. Kładąc nacisk na obronę Kościoła, Kaczyński nie tylko odwołuje się do najtrwalszego dla polskiego społeczeństwa spoiwa kulturowego, ale także - a być może przede wszystkim - do najważniejszego dla elektoratu Zjednoczonej Prawicy symbolu. Apel o obronę Kościoła pozwala wprowadzić Kaczyńskiemu polaryzację "my" kontra "oni", "dobro" kontra "zło", "prawdziwi Polacy" kontra "inni", która w minionych pięciu latach zawsze przynosiła PiS-owi korzyści w sporach kulturowych.

Obca agentura

Na odezwie do narodu w intencji obrony Kościoła katolickiego Kaczyński jednak nie poprzestał. Poszedł o krok dalej. Bardzo duży krok. W swojej przemowie nakreślił scenariusz śmiertelnego zagrożenia dla polskiej tradycji, historii, kultury i wreszcie - całego narodu.

Ten atak jest atakiem, który ma zniszczyć Polskę, ma doprowadzić do triumfu sił, których władza w gruncie rzeczy zakończy historię narodu polskiego tak, jak dotąd go żeśmy postrzegali

- alarmował.

Dziś jest czas, w którym musimy umieć powiedzieć "Nie" temu wszystkiemu, co może nas zniszczyć, ale to zależy od nas, państwa, jego aparatu, ale przede wszystkim zależy od nas, od naszej determinacji, odwagi

- przekonywał w miniorędziu wicepremier i szef Komitetu Rady Ministrów ds. Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Obronnych. Nie zabrakło też ulubionej figury prezesa Kaczyńskiego, a więc nieokreślonego zewnętrznego wroga czyhającego na Polskę i sposobiącego się do ataku. Wszak prezes stwierdził, że w "bardzo często w tych atakach widać pewne elementy przygotowania, być może nawet wyszkolenia", niemal wprost oskarżając demonstrujące Polki i Polaków o agenturalność i działanie na rzecz obcych mocarstw.

Totalne zwarcie

Słowa Kaczyńskiego napawają trwogą. W sytuacji, gdy społeczne emocje sięgają absolutnie najwyższych rejestrów, on dał wprost zielone światło do maksymalnej eskalacji już trwającego konfliktu. Mobilizacja ma być maksymalna - służb porządkowych, władz państwowych, wyborców Zjednoczonej Prawicy i każdego "prawdziwego Polaka". Pod broń zostali wezwani absolutnie wszyscy. Pedał gazu został właśnie wgnieciony w podłogę.

Tu nie chodzi już o zmarginalizowanie stanowiącej polityczną konkurencję Konfederacji, odwrócenie uwagi od szalejącej epidemii i kolejnych porażek rządu czy próbę posklejania mocno popękanego w ostatnich tygodniach obozu władzy. To gra o wszystko. Być albo nie być obecnej władzy. Przy braku pomysłu na wycofanie się z mocno zagmatwanej sytuacji prawno-politycznej, Kaczyński postawił na rozwiązanie siłowe. Złamanie oporu drugiej strony, zastraszenie jej. Totalne zwarcie, z którego cało wyjść może tylko jedna strona.

Rzecz w tym, że protestujące i broniące swoich praw Polki są pod ścianą i targają nimi potężne emocje. Wiedzą, że jeśli teraz odpuszczą, ich sytuacja w kolejnych latach będzie się już wyłącznie pogarszać. Kaczyński, powołując pod broń pospolite ruszenie, mówi protestującym: sprawdzam. Być może licząc, że druga strona ustąpi. Jak dziwnie by to nie zabrzmiało, taki blef Kaczyńskiego byłby scenariuszem optymistycznym. Ten pesymistyczny zakłada bowiem trwanie przez rządzących za wszelką cenę przy swoich decyzjach, wywindowanie wzajemnej nienawiści na poziom, z którego nie będzie już powrotu i, co za tym idzie, realną groźbę wojny domowej na ulicach polskich miast.

W ostatnich dniach obawialiśmy się ogłoszenia powtórnego lockdownu państwa. Po wystąpieniu Kaczyńskiego nie można wykluczyć, że zamiast lockdownu zostanie ogłoszony stan wyjątkowy, który pozwoliłby w majestacie prawa rozwiązać problem antyrządowych protestów. - Obrońmy Polskę! - apelował na nagraniu prezes PiS-u. Pozostaje mieć nadzieję, że w Zjednoczonej Prawicy są jeszcze ludzie, którzy obronią ją przed samym Kaczyńskim.