PiS zrobiło milowy krok na drodze do uczynienia z Polski kraju postkatolickiego

Po trzech latach Trybunał Konstytucyjny orzekł, że aborcja ze względu na wady płodu jest niezgodna z konstytucją. Zaostrzenie ustawy to koniec utrzymującego się przez 23 lata tzw. "kompromisu aborcyjnego". Ale jest to też milowy krok, jaki wykonało Prawo i Sprawiedliwość razem z TK na drodze do uczynienia z Polski kraju postkatolickiego - takiego jak Irlandia.

Zobacz nagranie. Trybunał Konstytucyjny orzekł ws. aborcji z powodu wad płodu. "Zapis niezgodny z konstytucją": 

Zobacz wideo

W połowie roku Jarosław Kaczyński mówił w TV Trwam, że "bardzo by chciał, żeby ta aborcja eugeniczna została co najmniej ograniczona do takich wypadków skrajnych". Wcześniej (w 2017 r.) przekonywał, że "PiS w żadnym wypadku nie wycofuje się z dążenia do zakazu aborcji z powodu choroby dziecka". Teraz TK orzekł zakaz aborcji (bez ograniczania się do "skrajnych przypadków"), jeśli istnieje "duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu".

Prezes PiS mówiąc o aborcji, zdradzał ignorancję, bo przekonywał, że "chore dzieci z zespołem Downa to jest ogromna większość legalnych aborcji w Polsce". To nieprawda. Statystyki Ministerstwa Zdrowia za 2019 r. mówią, że sam zespół Downa jest powodem aborcji w 25 proc., a w połączeniu z jeszcze inną wadą somatyczną to kolejne 15 proc., a więc nie jest to w żadnym razie "ogromna większość".

Aborcja zawsze rozsadzała PiS

Plany zmiany ustawy antyaborcyjnej w Sejmie rozsadzały obóz PiS od środka od lat. W 2007 r. próba zmiany konstytucji w taki sposób, by wpisać do niej, że "godność człowieka, przynależna jest od chwili poczęcia" (co by eliminowało aborcję) zakończyło się odejściem części posłów PiS pod wodzą marszałka Marka Jurka. Zmiany w ustawie - dokonane rękami Trybunału Konstytucyjnego - partii już nie rozsadzają.

Niemniej, każde zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej jest ryzykiem dla PiS. Jak bardzo wpłynie to na poparcie społeczne dla partii? Tąpnięcia dziś trudno się spodziewać, choć wahnięcia są możliwe. Z jednej strony bowiem skala legalnych aborcji w Polsce to rząd 1000 zabiegów (1110 w 2019 r.), ale już lęk "a co, jeśli to moje dziecko miałoby być nieuleczalnie chore?" jest powszechny. Zatem wręcz każda z kobiet, każda para i każda rodzina będą odczuwać na swojej skórze skutki zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. A za każdym przypadkiem kryjącym się pod liczbą zabiegów kryją się ludzkie tragedie.

Po zaostrzeniu ustawy każdy dramatyczny przypadek, do którego dojdzie przez restrykcyjne prawo, może stać się przyczyną społecznego buntu. Spójrzmy na Irlandię, gdzie takich przypadków było wiele. Bardzo głośna była historia 31-letniej Savity Halappanavar. Lekarze orzekli, że w 17. tygodniu ciąży jej płód umiera, ale odmówili wykonania aborcji i nakazali czekać do samoistnego poronienia. Kilka dni później kobieta zmarła na sepsę wywołaną poronieniem. Takie historie zmieniają państwa. Dziś - niegdyś katolicka - Irlandia jest jednym z najbardziej liberalnych obyczajowo państw.

Przez wyrok TK Polska zrobiła duży krok na drodze, by za kilka, kilkanaście lat stać się drugą Irlandią. Czyli krajem postkatolickim. Bo choć teraz za sprawą PiS i TK wahadło odbiło skrajnie w prawo, to naturalne będzie - choć odłożone w czasie - odbicie mocno w lewo. Stan utrzymującej się od 1997 r. równowagi wynikającej z tzw. "kompromisu aborcyjnego" to już historia. W Polsce odwrócenie wyroku TK najprostsze wydaje się poprzez referendum konstytucyjne. Tak jak w Irlandii.

Legalna aborcja - fakty

W 2019 r. legalnych aborcji wykonano w 2019 r. w Polsce to 1110. Niemal wszystkie z powodu wad płodu. W 33 przypadkach - z powodu zagrożenia życia matki, a w trzech kolejnych - bo ciąża mogła być wynikiem przestępstwa.

Te liczby to oczywiście teoria, bo skala podziemia aborcyjnego w Polsce szacowana jest nawet na 100 tys. zabiegów rocznie, a wyjazdy Polek za granicę w celu przerwania ciąży są normą. Jak to często bywa, restrykcyjne prawo antyaborcyjne, a także ograniczony dostęp do badań prenatalnych sprawiają, że cierpią na tym pary, a zwłaszcza kobiety. Bo najpierw od diagnozy, a potem od aborcji są odcięte, a po urodzeniu niepełnosprawnego dziecka państwo niewiele im pomaga, mimo że PiS szumnie wprowadzało "ustawę za życiem". De facto więc, państwo PiS skazuje najbardziej dotknięte przez los rodziny na los jeszcze trudniejszy.

Zaraz po ogłoszeniu wyroku TK PiS zapowiedziało... rozszerzenie "za życiem". Dla przypomnienia: ustawą nazwaną "za życiem" PiS starało się w 2016 r. odpowiedzieć "czarne protesty". Czy ten program jednak działa? Tu cytat z niedawnej odpowiedzi ministerstwa rodziny: "Na tym etapie trudno dokonać pełnej oceny wprowadzonych rozwiązań i sformułować bardziej wiążące wnioski". Czyli nie działa. Rzeczniczka partii obiecała, że "żadna kobieta i dziecko nie pozostaną bez pomocy". Ale to tylko słowa.

Epidemia przygasza protesty

Wyrok wydał TK, w którym zasiadają sędziowie wybrani zgodnie z prawem, ale i "dublerzy", których status jest wątpliwy. Można zatem podważać orzeczenie ws. ustawy antyaborcyjnej. Mimo tego jednak prawo antyaborcyjne i jego stosowanie wraz z publikacją się zmieni na jedno z najbardziej restrykcyjnych w Europie.

Gdyby nie epidemia, to sprawa wyroku TK byłaby pierwszym i najważniejszym tematem w mediach i dyskusjach publicystycznych. Owszem, protesty uliczne wybuchły już w chwilę po tym, jak prezeska TK Julia Przyłębska odczytała orzeczenie. Niemniej epidemia ogranicza społeczne emocje i erupcję bunt - ten przeniesie się zapewne w sporej mierze do mediów społecznościowych.

Dziś emocje ludzi ogniskują się na obawie o swoje zdrowie i pracę. Zatem skala "czarnych protestów", których w 2016 r. realnie wystraszył się Jarosław Kaczyński, jest trudna do powtórzenia. Nie przez brak woli, ale zagrożenie epidemiczne.

Wyrok teraz to sabotaż państwa

Wyrok ws. aborcji zapadł w momencie największego kryzysu epidemicznego. Ten fakt jest zwyczajnie nieuczciwy i szkodliwy tak dla państwa jak i obywateli. Świadczy to albo o cynizmie, albo o głupocie osób, które stoją za takim terminem ogłaszania wyroku. Dlaczego? Bo wojna o aborcję w czasie, gdy państwo mierzy się z największym kryzysem zdrowotnym i gospodarczym po 1989 r., zakrawa na sabotowanie własnego państwa.

Z kolei - nawet jeśli ograniczone - protesty uliczne będą potęgować zagrożenie epidemiczne.

Sprawy obyczajowe nie szkodziły PiS-owi

Sprawy światopoglądowe generalnie wywołują emocje. Wokół in vitro, jego finansowania, też były ogromne. Mimo powszechnego poparcia społecznego dla tej metody, PiS i tak szybko skasowało jej finansowanie (choć już nie tknęło ustawy). Ucierpiały na tym zwłaszcza osoby najbiedniejsze, ale istotnego wpływu na notowania PiS to nie miało, choć niepłodność dotyka ok.1,5 miliona polskich par, a w praktyce też i ich rodzin.

Słowem: tematy takie jak aborcja czy in vitro budzą ogromne emocje, ale nie wpływały dotąd negatywnie na notowania PiS i Andrzeja Dudy. Zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej jest jednak najmocniejszym tematem spośród tych obyczajowych. Jeśli jakikolwiek temat obyczajowy może zaszkodzić PiS-owi, to właśnie zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej.

Co mówią sondaże?

Teoretycznie - patrząc na sondaże - grunt do buntu społecznego ws. zakazu aborcji jest sprzyjający. Badanie IBRIS dla "Rzeczpospolitej" pokazało, że Polacy - aż 70,3 proc. - nie chcą zakazu aborcji w przypadku wad płodu. W samym elektoracie PiS aż 42 proc. osób jest przeciw takiemu zaostrzeniu, a 37 proc. opowiada się za eliminacją takiej aborcji. I inna liczba: tylko 27 proc. "wierzących i regularnie praktykujących" jest za takim zaostrzeniem, a 54 proc. przeciw.

Słowem: wyborcy PiS są podzieleni niemal 50/50 ws. zakazu aborcji ze względu na wady płodu. PiS może zatem tracić elektorat centroprawicy. Ten elektorat, który wiary w PiS nie wyznaje, ale 500+ docenia.

Zabrzmi to cynicznie, ale poprzez wyrok Trybunału Konstytucyjnego PiS zaskarbiło sobie ogromną wdzięczność hierarchii kościelnej. Biskupi, ale i szeregowi księżą będą cenić partię rządzącą i TK za niemal zupełnie zdelegalizowanie aborcji. To jest realny uzysk polityczny.

Paliwo dla opozycji

Dla PiS potencjalna utrata umiarkowanych wyborców to pierwsze ryzyko. Ale zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej to perspektywa mobilizowania się wyborców po stronie opozycji. To wizja politycznego aktywizowania się ludzi, którzy politycznie i wyborczo byli bierni, zwyczajnie nie chodzili na wybory.

Argument opozycji, że oto PiS zamachuje się nie tyle na prawo do aborcji, co od pięciu lat robi zamach na wolność, może teraz bardzo łatwo trafić do ludzi i ich przekonać. Politycy obozu prawicy doskonale wiedzą, że Polacy są czuli na punkcie wolności.