O. Oszajca: Zaryzykowałbym zamknięcie cmentarzy. Komunia? Tylko do ręki, bo ludzie oblizują mi palce

- Epidemia ukazała nam słabości katolicyzmu, innych wyznań chrześcijańskich i religii również. Pamiętam wiosnę i potworne oburzenie niektórych katolików na ograniczenia w odprawianiu nabożeństw. Mimo to jednak dziś zaryzykowałbym zamknięcie cmentarzy - mówi o. Wacław Oszajca, jezuita.

Zobacz nagranie. Jak wygląda codzienna praca medyków? 

Zobacz wideo

Jacek Gądek: A ojciec to na groby chodzi 1 listopada?

O. Wacław Oszajca: Kilka razy byłem na Powązkach. Choć zawsze starałem się wówczas unikać tłumów, to mi nie wychodziło.

Dlaczego? 

Od cmentarza oczekuję czegoś innego. Wolę pójść, gdy nie ma ludzi. Mogę wtedy przy grobie moich braci jezuitów stanąć, powspominać i polecić ich Bogu. A poza tym, to nie mam szczególnego nabożeństwa do cmentarzy i nie szukam tam moich zmarłych. Pamiętam bowiem słowa z Biblii, aby nie szukać żywego pośród umarłych. Zmarli dla mnie - w to wierzę - dalej żyją, więc szukam ich blisko siebie.

Najbardziej przyziemne pytanie: iść na cmentarz w czasie epidemii?

Epidemia ukazała nam słabości katolicyzmu, innych wyznań chrześcijańskich i religii również. Pamiętam wiosnę i potworne oburzenie niektórych katolików na ograniczenia w odprawianiu nabożeństw. Mimo to jednak dziś zaryzykowałbym zamknięcie cmentarzy. Nic złego by się nie stało, gdybyśmy je zamknęli albo choć wpuszczali tylko ograniczoną liczbę odwiedzających je ludzi, bo przecież zagrożenie teraz jest o wiele większe niż na wiosnę. Jak wielkie byłoby oburzenie na to? Nie wiem.

W miastach nie ma sposobu, by uniknąć tłoku na cmentarzach, ale w małych społecznościach, wiejskich parafiach, można przy dobrej woli ludzi stworzyć bezpieczne warunki do wizyt na cmentarzu. Prawda?

Racja. W małych miejscowościach jest to możliwe i byłoby skuteczne. Na warszawskich Powązkach tłum zawsze będzie, ale już w Jastrzębiej Górze, gdzie teraz mieszkam, jest dużo przestrzeni.

Zostało zawarte porozumienie między rządem a Episkopatem. Cmentarze mają być otwarte, ale duchowni będą apelować do ludzi, aby rozłożyć swoje wizyty na cmentarzach na różne dni. To jest złoty środek czy półśrodek? 

Chciałbym się mylić, ale nie wierzę w skuteczność takich zachęt. Tak jak trudno jest przekonać ludzi do tego, aby nie przyjmowali komunii do ust, ale na rękę, tak też będzie i z kolejnymi apelami.

Mamy teraz 14 zarażonych biskupów. Próba tłumaczenia tego stanu jest taka, że biskupi są szczególnie narażeni, bo pracują z ludźmi. Widzimy jednak zdjęcia z posiedzenia Episkopatu, gdzie siedzą bez maseczek, tuż obok siebie. Może by pomyśleli o własnej odpowiedzialności? 

Dam przykład. Skoro dziś cały czas dopuszczane jest przyjmowanie komunii do ust, to znaczy, że jesteśmy winni zarażania ludzi. Sam, choć nie wiem, jak bym się starał, to ludzie i tak oblizują mi palce. Tymi zaślinionymi palcami mam podawać komunię kolejnym ludziom? Robię więc tak, że dezynfekuję wtedy ręce, ale to jest przecież półśrodek. Same zachęty biskupów, by przyjmować komunię do ręki, nie wystarczają. Episkopat powinien zdobyć się na odwagę i podjąć jasne decyzje, nawet jeśli kogoś zrażą one do Kościoła. Biskupi powinni bardziej się liczyć z argumentami lekarzy. Brak zdecydowania powoduje, że już mamy społeczności, które propagują bzdurne i ośmieszające Kościół przekonania, jakoby komunia przyjmowana na rękę miała być profanacją.

Biskupów jest w Polsce około 150. Dlaczego hierarchowie nie dają dobrego przykładu?

Trzeba ich zapytać. Sam myślę, że oni i wielu innych ludzi, grzeszy naiwnym przekonanie, że nas to nie dotyczy, bo obracamy się w sferze sacrum, więc mielibyśmy być dodatkowo chronieni przed działaniem praw przyrody.

A to woda święcona nie zabija wirusa?

Słabo jest z właściwościami dezynfekcyjnymi wody święconej. Niektórzy kaznodzieje opowiadają też, że koronawirus to kara za grzechy. Jeśliby taka kara spada na biskupów, to kto nagrzeszył najbardziej?

Odsetek biskupów (19 zachorowało, jeden niestety zmarł), którzy się zarazili, jest dużo większy niż odsetek zakażonych w ogóle Polaków.

Radziłbym zatem ostrożność przy przypisywaniu jakimś zjawiskom przymiotu, że są one karą albo innym działaniem Boga.

Głos biskupów ws. epidemii nie jest wystarczająco głośny?

Nie jest. Nie ma jasnych decyzji, a już dawno powinien obowiązywać zakaz przyjmowania komunii do ust - powinna być wyłącznie na rękę. Teraz to jest dobra rada, sugestia, a każdy biskup w swojej diecezji i tak mówi, co chce. Powinniśmy też wyciągać konsekwencje, jeśli się nie przestrzega obostrzeń.

A może polskie podejście do wspominania zmarłych wręcz uniemożliwia zamkniecie cmentarzy, co z punktu widzenia epidemiologicznego byłoby racjonalne?

Kult zmarłych, który obserwuję w Polsce, jest przerostem formy nad treścią. Patrzę na te wszystkie potężne pomniki i ich kiczowatość - na ich "piękno", które polega na drogim kamieniu i fikuśnej formie. Obserwuję sposób myślenia o cmentarzu.

Jaki?

Na miły Bóg, my księża mówimy na kazaniach, że odprowadzamy zmarłego na "miejsce wiecznego spoczynku" - że cmentarz jest miejscem "wiecznego spoczynku". Ja dziękuję, poszukam sobie lepszego. Na cmentarzu nic, tylko zwłoki, spoczywają. Skoro tak mówimy, to sami - my księża - kierujemy ludzi ku nadmiernemu czczeniu pamięci o zmarłych właśnie na tych cmentarzach. 

Ciężko zapracowaliśmy na to, że cmentarze stały się quasi-religijnym miejscem.

Nigdzie nie ma więcej krzyży, więc może to jest miejsce religijne?

Same krzyże tu nie wystarczą.

Ma ojciec dobrą radę dla osób, którzy poczytują sobie za obowiązek odwiedzenie grobów swoich najbliższych i czynią to każdego roku właśnie 1 listopada?

Zamiast pchać się w tłum, może wieczorem - a takie tradycje u nas też są - lepiej poszukać albumów, starych zdjęć. Powspominać dziadków, babki - pozwolić im, by byli blisko nas. Do tego nie trzeba być człowiekiem wierzącym. Na cmentarz można pójść w inny dzień niż zawsze i pobyć przy grobie, ale ze świadomością, że jest on tylko pamiątką.

Można sięgnąć też do innej tradycji. Sam pamiętam, że kiedyś przed cmentarzem siedziały "dziady" - ludzie ubodzy. Zbierali datki, a nawet specjalnie na ten dzień wypiekano dla nich chleb. Modlili się za zmarłych. Nie trzeba długo szukać współczesnych "dziadów" - bezdomnych czy też ludzi, którzy wpadli w nałogi. Zgodnie z polską i katolicką tradycją możemy im pomóc. Jest wiele sposobów, by bardziej skoncentrować się nie na śmierci, ale na życiu.