Ruch Trzaskowskiego wchodzi do gry. "Chodzi o to, żebyśmy wreszcie zaczęli, do cholery, wygrywać wybory"

Przeszło trzy miesiące po wyborach prezydenckich rusza od dawna zapowiadany ruch obywatelski Rafała Trzaskowskiego znany dotąd jako "Nowa Solidarność". W Koalicji Obywatelskiej jest świadomość tego, że największa formacja opozycyjna swoje pięć minut przespała. Jest też jednak nadzieja, że kryzys związany z epidemią koronawirusa daje Trzaskowskiemu nieoczekiwaną drugą szansę.

Trzy miesiące później. Czyli jedną awarię kolektora w "Czajce", jedną awanturę wokół wyboru nowego szefa klubu parlamentarnego i jedno głosowanie ramię w ramię z Prawem i Sprawiedliwością nad podwyżkami dla najważniejszych urzędników w państwie. O lipcowych wyborach prezydenckich politycy Koalicji Obywatelskiej mówili, że były przegrane, ale nie były porażką. Jednak od tego czasu w polskiej polityce minęły wieki.

Czas utracony

W Platformie po wyborach prezydenckich panowało przekonanie, że do sukcesu zabrakło bardzo niewiele. Wewnątrz panowało rozgoryczenie i złość na przegraną, a zewnątrz komunikowano sukces - 10 mln zdobytych głosów i, mimo przegranej, trzeci wynik w historii wyborów prezydenckich po 1989 roku. Faktem było zaś to, że Platforma wyszła z tej elekcji, mając w rękach kapitał, który przegraną mógł przekuć w polityczny sukces.

Sam Trzaskowski w połowie września w rozmowie z Wirtualną Polską przekonywał, że gdyby kampania potrwała nieco dłużej, wynik wyborów zapewne byłby inny.

Pewne jest to, że zabrakło nam prawdziwego przygotowania, zaplecza intelektualnego, internetowego

- diagnozował.

Wszyscy ponosimy odpowiedzialność, ale sporo szans zostało zmarnowanych w przeszłości

- dodał.

W połowie lipca zapał do pracy był, mimo zmęczenia, w Koalicji Obywatelskiej duży. Wszyscy widzieli społeczne wzmożenie, o którym w licznych wypowiedziach dla mediów mówił Trzaskowski. Chciano to wykorzystać, dlatego już 17 lipca - pięć dni po drugiej turze wyborów - Trzaskowski w Gdyni zapowiedział stworzenie wielkiego ruchu obywatelskiego, który zmieni formułę działania całej Koalicji Obywatelskiej. To był początek "Nowej Solidarności".

Zobacz wideo Poseł Koalicji Obywatelskiej Sławomir Nitras zapowiada, że ruch Rafała Trzaskowskiego będzie współpracować z Szymonem Hołownią

Rzecz w tym, że później zabrakło kontynuacji. Trzaskowski zniknął z przestrzeni publicznej na niemal półtora miesiąca, a gdy wrócił, musiał zajmować się kolejną awarią w "Czajce", zamiast przygotowywać planowaną pierwotnie na 5 września inaugurację swojego ruchu.

Może odpowiedni moment przegapiliśmy, ale to dało nam też czas na refleksję, że żadnych 10 mln głosów na Rafała i Platformę nie było, bo to były głosy przeciwko temu, co działo się w Polsce w ostatnich latach

- mówi nam polityk PO znający Trzaskowskiego.

Niestety to wydarzenie bez znaczenia

- o inauguracji ruchu Trzaskowskiego mówi jeden z byłych sztabowców Platformy.

Przykryte absolutnie wszystkim, czym tylko można. Jest już za późno. Dużo osób u nas tak uważa, chociaż są też w "terenie" niepoprawni optymiści, którzy wierzą, że wciąż mamy poparcie jak w połowie lipca, tylko że entuzjazm nieco opadł

- wyjaśnia.

Jak twierdzi, "zaważyło podejście Rafała do pracy".

Na początku zrobił to, co trzeba, czyli wystartował projekt 17 lipca w Gdyni. Wtedy należało to jeszcze z tydzień czy dwa pociągnąć, zbudować temat i można było powiedzieć, że widzimy się po wakacjach. Przecież nikt nie miałby pretensji po takiej kampanii

- słyszymy.

A Rafał zapadł się pod ziemię na prawie półtora miesiąca, z kolei jak wyszedł, to dopadła go "Czajka" i było po zabawie

- dodaje z rozgoryczeniem nasz rozmówca.

Druga szansa

Wydawałoby się, że Platforma i Trzaskowski przespali swoje pięć minut, a szansa na zdyskontowanie wyborczego wyniku bezpowrotnie minęła. Polska jest dziś pogrążona w nierównej walce z epidemią koronawirusa, a zarówno społeczeństwo, jak i media bardziej interesuje liczba "łóżek covidowych" i respiratorów w szpitalach niż sympatyków, którzy zapisali się do jakiegoś ruchu obywatelskiego.

Paradoksalnie w Koalicji Obywatelskiej upatrują w tym dla siebie szansy.

Oczywiście jest poczucie, że jest późno, ale jest też narastające przekonanie, że znaleźliśmy się w momencie historii, który obnażył to, że rządzący zupełnie nie domagają z obecną sytuacją - nie mają planu i raz po raz zawodzą społeczeństwo - więc ludzie lada moment zaczną rozglądać się za czymś innym. Tu wyjście z nową ofertą jest dobrym pomysłem

- tłumaczy nam polityk Platformy.

Jak mówi, obecnej sytuacji w Polsce nie sposób porównać do niczego, co obserwowaliśmy po 2015 roku. Przed takim wyzwaniem jak druga fala epidemii koronawirusa "dobra zmiana" jeszcze nie stała. Zdaniem naszego rozmówcy, epidemia jest potencjalnie bez porównania groźniejsza dla rządzących niż dotychczasowe afery, skandale czy krytykowane reformy.

Docieramy do punktu, w którym społeczeństwo powie: jak pojawił się poważny problem i moment próby, to nawaliliście na całej linii; mamy dosyć

- mówi nasz informator. I dodaje:

Chodzi o pokazanie, że ta władza jest potwornie nieudolna, że to ekipa, która daje sobie radę tylko wtedy, gdy ma wszystko podane na srebrnej tacy

Mówi współtwórca wielu kampanii wyborczych Platformy:

Jesteśmy chwilę przed ewakuacją rządu do Rumunii. Zostały im już tylko pomysły typu zatrzymanie Giertycha czy delegalizacja aborcji, bo na COVID pomysłu nie mają żadnego

"Nowa Solidarność", czyli co?

Jaki jest pomysł na ruch Trzaskowskiego? Z tym już jest nieco gorzej. Na razie dysponujemy tylko ogólnikami, bo i trudno o coś więcej w przypadku projektu, który de facto jeszcze nie istnieje. - Chcemy wyposażyć opozycję w instrumenty, których dziś nie ma - działanie poprzez projekty, zbieranie podpisów pod inicjatywami obywatelskimi, dogłębną analizę problemów Polek i Polaków - zapowiadał na łamach Wirtualnej Polski Trzaskowski. - Ma to być forum dla wszystkich, patrząc na Polskę przez pryzmat projektów i celów, a nie przez pryzmat konkretnych ludzi piastujących funkcje - mówił jeszcze wcześniej w rozmowie z Interią poseł Cezary Tomczyk, były szef sztabu wyborczego Trzaskowskiego, a od niedawna nowy szef klubu parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej.

Wszystko to brzmi ładnie i zgrabnie, ale mało w tym treści (o niej być może Trzaskowski powie coś podczas inauguracji ruchu).

Ta wewnętrzna pustka to największy problem "Nowej Solidarności"

- przyznaje w rozmowie z Gazeta.pl socjolożka i historyczka idei dr hab. Karolina Wigura. I dodaje: - "Nowa Solidarność" ogłosiła powstanie w połowie lipca, ale uczciwie mówiąc - nie istnieje.

W samej Koalicji Obywatelskiej też trudno usłyszeć spójną wersję co do tego, czym ma być "Nowa Solidarność" i jaką wartość ma wnieść do największej formacji opozycyjnej.

"Nowa Solidarność" nie ma dawać czegoś konkretnego. Ma stanąć jako zupełnie oddzielny podmiot, który będzie się budować i z czasem zastąpi Koalicję Obywatelską

- tłumaczy nam jeden ze współpracowników Trzaskowskiego.

Jeden z byłych sztabowców Platformy:

Może nam to dać nowy potencjał ludzki. Oczywiście, że parlamentarzyści się tego boją, bo to związek zawodowy posłów i senatorów. We władzach krajowych dokonała się zmiana pokoleniowa, ale na średnim szczeblu partyjnym już nie. W parlamencie też przydałoby się trochę nowej krwi, ludzi z nową energią

Polityk z otoczenia prezydenta Warszawy:

Jest potrzebny nowy impuls, który pokazałby wiarygodność Koalicji Obywatelskiej, a nawet szerzej - całej opozycji. Pokazał, że mamy dobre pomysły i jesteśmy zdolni do ich realizacji, że nie jesteśmy zrzędzącymi dziadkami, którzy mówią tylko: zły PiS, zły PiS, zły PiS. "Nowa Solidarność" pokazałaby, że jesteśmy grupą ludzi, którzy mają doświadczenie i kompetencje, żeby w tych trudnych czasach dobrze nawigować tym okrętem

Kłótnia w rodzinie

Jednak w samej Koalicji Obywatelskiej czy nawet Platformie nastawienie do "Nowej Solidarności" jest co najmniej ambiwalentne.

Na początku w Koalicji Obywatelskiej był wielki entuzjazm do tworzenia "Nowej Solidarności", ale z czasem pojawiła się rysa na relacjach Koalicji i środowiska Rafała. Zwłaszcza w Platformie zaczęto traktować "Nową Solidarność" jako zagrożenie i konkurencję, co mocno zirytowało ludzi Rafała, którzy uznali, że jak Platforma nie chce pomagać, to niech nie pomaga, ale projekt i tak wystartuje

- zdradza nam polityk dobrze znający kulisy sprawy.

Z naszych informacji wynika, że obawy i niechęć wśród wieloletnich działaczy i polityków Platformy wywołuje groźba zastąpienia ich przez nowych ludzi, których do polityki wprowadzi Trzaskowski. Nowe kierownictwo Platformy nie ukrywa, że partii przydałby się napływ nowej krwi, a przede wszystkim nowych pomysłów i nowego spojrzenia na politykę. Tak samo myśli Trzaskowski. Z kolei sztabowcy z jego kampanii prezydenckiej w nieoficjalnych rozmowach przyznawali, że wolontariusze, którzy zgłaszali się do pomocy przy kampanii prezydenta Warszawy, wykonywali wielokrotnie lepszą pracę od niemrawych działaczy terenowych, którzy są w partii od zawsze.

Trudno się dziwić, że ci zawodowi działacze - jak z przekąsem mówią o nich nasi rozmówcy z Koalicji Obywatelskiej - poczuli się zagrożeni. Na razie ruch obywatelski Trzaskowskiego ma działać obok Platformy, stanowić jej uzupełnienie i zajmować się kwestiami, na które PO nigdy nie miała czasu albo chęci. W partii jest jednak pełna świadomość, że jeśli ruch Trzaskowskiego się rozwinie i okaże sukcesem, to albo wchłonie Platformę, albo się z nią połączy, albo przynajmniej stworzy wspólne listy wyborcze. W każdym z tych wariantów starzy partyjni wyjadacze będą mieć niezwykle ciężko o biorące miejsca na listach wyborczych. Silna "Nowa Solidarność" nie jest im więc na rękę.

Mówi polityk z otoczenia Trzaskowskiego:

Rozumiem, że część działaczy i polityków się tego obawia, ale nie podzielam tego punktu widzenia. Większość Platformy oczekuje nie tego, żeby chronić mandat jednego czy drugiego posła albo senatora, tylko tego, żebyśmy wreszcie zaczęli, do cholery, wygrywać wybory. A "Nowa Solidarność" daje na to realną szansę