Cztery twarze covidowej plajty rządu. To będzie sądna jesień dla "dobrej zmiany" [ANALIZA]

Ani afery i skandale, ani kontrowersyjne i mocno krytykowane reformy, ani opozycja nie były w stanie zatopić Zjednoczonej Prawicy. Sztuki tej może dokonać epidemia koronawirusa, jeśli rząd Mateusza Morawieckiego błyskawicznie nie odzyska kontroli nad sytuacją w kraju i nie pokaże Polakom, że mogą zawierzyć mu swoje zdrowie i życie.

- Przez najbliższe kilkanaście dni, myślimy że do 15 października, będziemy mieli podobną liczbę zakażonych, później spodziewamy się subtelnego spadku, potem będziemy mieli znowu niewielki wzrost w okolicy Bożego Narodzenia - zapewniał 30 września na antenie RMF FM Główny Inspektor Sanitarny prof. Jarosław Pinkas.

30 września mieliśmy 1552 potwierdzone nowe dobowe przypadki zakażenia koronawirusem w całym kraju. Zmarło 30 osób. 15 i 16 października. Liczba zakażonych wskazuje odpowiednio 8099 i 7705 nowych przypadków, a 223 kolejne osoby straciły życie w walce z COVID-19.

Powiedzieć, że prognoza GIS się nie sprawdziła, to nic nie powiedzieć. Tak znaczny wzrost dziennej liczby zakażonych na przestrzeni raptem dwóch tygodni to dla rządu prawdziwe trzęsienie ziemi. Kryzys, w jakim znalazł się nie tylko gabinet Mateusza Morawieckiego, ale wraz z nim całe państwo ma cztery kluczowe oblicza.

Zobacz wideo Europoseł Bartosz Arłukowicz nie zostawia suchej nitki na wicepremierze Jacku Sasinie za jego wypowiedź o lekarzach

Komunikacyjny chaos

W ostatnich kilkunastu dniach w oczy rzuca się przede wszystkim kompletna niezborność komunikacyjna obozu władzy w temacie szalejącej epidemii koronawirusa. Mamy gigantyczny kryzys ochrony zdrowia, zagrożone jest zdrowie i życie milionów Polaków, państwo znalazło się na krawędzi wydolności, a komunikacja kryzysowa rządu nie istnieje.

Zamiast tego po rozmaitych mediach chodzą kolejni przedstawiciele obozu władzy i wygadują tam rzeczy, od których włos jeży się na głowie. Nie szukajmy daleko. Tylko ten tydzień.

Łukasz Schreiber, Przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów, o coraz większej liczbie zgonów spowodowanych koronawirusem wśród nauczycieli:

Natomiast łącząc się w bólu z rodzinami ofiar, oczywiście jest to ogromna tragedia, ale pamiętajmy też, że pedagodzy giną np. w wypadkach samochodowych. (…) Nie ma dowodów na to, że taki, a nie inny zawód wpłynął na to, że doszło do ich śmierci

Jacek Sasin, wicepremier i Minister Aktywów Państwowych, o tym, czy rząd zmarnował kilka ostatnich miesięcy, żeby przygotować się do jesiennej fali zachorowań:

Tym problemem jest chociażby zaangażowanie personelu medycznego, lekarzy. Niestety, występuje taki problem jak brak woli części środowiska lekarskiego. Chcę to podkreślić wyraźnie - części. Oczywiście bardzo wielu lekarzy, pielęgniarek, personelu medycznego z wielkim poświęceniem wykonuje swoje obowiązki, ale część tych obowiązków wykonywać nie chce. (…) Naturalny, ludzki strach, ale on w środowisku lekarskim nie powinien występować

Stanisław Karczewski, wicemarszałek Senatu, o tym, co może pomóc w walce z epidemią koronawirusa:

Zachęcam do jedzenia owoców, zachęcam do aktywności fizycznej, do podnoszenia odporności. (…) Proponuję jabłka. Są niezwykle zdrowe. Dwa jabłka, to będzie wystarczające. To myślę 20-30 dkg

Do tego należy dodać zaprzeczanie sobie nawzajem przez prominentnych polityków rządu. Weźmy kluczowe w obecnej sytuacji Ministerstwo Zdrowia. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu wiceminister Waldemar Kraska zapewniał w Radiowej "Trójce", że "pandemia koronawirusa jest pod kontrolą", a kilkadziesiąt godzin później jego przełożony, minister Adam Niedzielski, przyznał w TVN24: "Nie mamy wszystkiego pod kontrolą, bo skala rozwoju epidemii była zaskoczeniem. Nie spodziewałem się tak dużej eskalacji z dnia na dzień".

Jeśli dodamy do tego słynną już lipcową wypowiedź premiera Morawieckiego z Tomaszowa Lubelskiego - "Cieszę się, że coraz mniej obawiamy się tego wirusa, tej epidemii. To jest dobre podejście, bo on jest w odwrocie. Już teraz nie trzeba się go bać. Trzeba pójść na wybory tłumnie 12 lipca. Wszyscy, zwłaszcza seniorzy, nie obawiajmy się, idźmy na wybory" - obraz komunikacyjnej katastrofy rządu dopełnia się.

W każdej innej sytuacji można byłoby powiedzieć, że to po prostu skrajnie nieprofesjonalne i rząd zapłaci za to wysoką polityczną cenę. Tutaj mówimy jednak o przybierającej niespotykane dotąd w Polsce rozmiary epidemii. Słowa polityków rządu i całego obozu władzy mają dużo większy ciężar gatunkowy, bo zależy od nich życie i zdrowie Polaków. Prowadząc taką politykę komunikacyjną jak dotychczas, nie możemy się dziwić, że lawinowo rośnie liczba covidosceptyków przekonanych, że epidemia jest wymysłem władz czy antymaseczkowców negujących rygory sanitarne, które mają pomóc w opanowaniu skali zachorowań.

Tu znów wracamy do zasad komunikacji kryzysowej. Jedna z fundamentalnych brzmi: powinien być jeden ośrodek komunikacyjny, bo to daje poczucie spójności. Z kolei jej brak rodzi problemy z poczuciem bezpieczeństwa, pojawiają się obawy, że krajem steruje pięciu kapitanów, a każdy żegluje w innym kierunku. Teraz w obozie władzy mamy nieskoordynowaną komunikację ws. epidemii

- mówił przed parom dniami w rozmowie z Gazeta.pl dr Olgierd Annusewicz z Uniwersytetu Warszawskiego.

Dzisiaj każdy mówi to, co chce i efektem jest chaos. Przy braku spójności przekazu mamy idealne podglebie do tego, żeby przeciwnicy polityczni ponownie używali argumentum ad hominem - jego kluczowym celem i skutkiem jest obniżenie wiarygodność osoby, wobec której jest on stosowany

- dodał politolog i ekspert od marketingu politycznego.

Zdrowie wysiada

Znacznie dotkliwsze konsekwencje niesie ze sobą jednak to, co dzieje się w obszarze zdrowia. A dzieje się jak najgorzej. Notujemy kolejne rekordy dobowych zakażeń - co gorsza, wzrosty mają charakter wykładniczy, tzn. podwajamy liczbę dobowych zakażeń z tygodnia na tydzień - jest też coraz więcej zgonów spowodowanych zachorowaniem na COVID-19. Liczba testów na koronawirusa, respiratorów i "łóżek covidowych" kurczy się w zastraszającym tempie. Brakuje personelu, zwłaszcza wyspecjalizowanego (m.in. anestezjolodzy i pielęgniarki anestezjologiczne), do opieki nad pacjentami.

W rozmowie z Money.pl dyrektor Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie Marcin Jędrychowski odniósł się do wyliczeń serwisu zakładających, że pod koniec tego miesiąca może zabraknąć respiratorów dla pacjentów chorych na COVID-19. Jego zdaniem, kryzys może przyjść znacznie szybciej, a mianowicie wówczas, gdy zabraknie personelu medycznego do obsługi tych maszyn.

Patrząc na przykład województwa małopolskiego, to myślę, że tak

- odparł, zapytany, czy możemy już mówić o "drugiej Lombardii" (ten region Włoch został najdotkliwiej spustoszony przez epidemię koronawirusa wiosną tego roku).

Śmiertelność będzie wzrastała. To będzie naturalną konsekwencją ograniczonych zasobów, jakimi dysponujemy. Nie ma się co oszukiwać, że jeśli chodzi o wąskie gardło, jakimi są intensywne terapie, w którymś momencie będą podejmowane racjonalne decyzje, że ratujemy 30-, 40- czy 50-latka, a niestety osoba, która jest w wieku podeszłym i jest obciążona dodatkowymi chorobami (…), to takie intensywne leczenie nie będzie wdrażane

- podkreślił Jędrychowski.

Zlikwidowanie szpitali jednoimiennych (obecnie już przywracanych jako szpitale koordynacyjne) poskutkowało z kolei rozprzestrzenieniem się epidemii po placówkach medycznych wszystkich szczebli. Czyli tym, co było zmorą wiosennej fali zachorowań, A musimy pamiętać, że skala epidemii w Polsce wiosną była wielokrotnie mniejsza niż obecnie. Niemniej znów medycy z pierwszej linii frontu trafiają masowo na kwarantanny lub zakażają się koronawirusem (podobnie zresztą jak pacjenci, także ci "niecovidowi"). Wyłączane są kolejne oddziały szpitalne, a nawet całe placówki, co dodatkowo osłabia siły polskiej służby zdrowia w starciu z COVID-19.

Wreszcie "niecovidowa" ochrona zdrowia zaczyna płacić słoną cenę za epidemię. Jak podkreślają medycy, po prostu stanęła w miejscu. Z jednej strony dlatego, że wszystkie siły są przekierowywane do walki z rozlewającym się po kraju koronawirusem. Z drugiej dlatego, że obawiający się epidemii ludzie omijają gabinety lekarskie, odwołują wizyty, nie diagnozują się i wstrzymują leczenie. Widać to zwłaszcza na przykładzie onkologii, w której wiosną tego roku liczba wydawanych kart Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego (DiLO) spadła, wedle różnych szacunków, od 25 do nawet 40 proc.

To może być jeszcze większa tragedia dla społeczeństwa niż tragedia wynikająca z COVID-19. Nie możemy czekać, bo liczba zachorowań z dnia na dzień rośnie. Za chwilę może dojść do tragedii dla wszystkich innych chorych ze względu na brak możliwości przyjęcia i udzielenia pomocy

- o kryzysie "niecovidowej" służby zdrowia mówił we "Wstajesz i wiesz" w TVN24 prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

W efekcie na rząd premiera Morawieckiego od wielu dni spadają gromy. Środowisko medyczne, opozycja i komentatorzy mówią wprost: rząd przespał ostatnie pół roku, zamiast przygotowywać się do jesiennego kryzysu zajmował się kampanią wyborczą, a później rozliczeniami w obozie Zjednoczonej Prawicy. W prosty i dosadny sposób zaniedbania rządu podsumował w ostatnich dniach Jakub Kosikowski, były przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL, który wymienił aż 20 kwestii, w których rząd powinien był zadziałać znacznie lepiej. Jego głos nie jest odosobniony. W środowisku medycznym panuje przekonanie, że rząd kompletnie nie przygotował państwa na arcytrudną pod względem epidemicznym jesień.

Patrząc na obecną sytuację epidemiczną, odnosi się wrażenie, że niewiele zrobiono, żeby Polska była na to gotowa

- oceniła jeszcze na początku października w rozmowie z Gazeta.pl epidemiolożka prof. Maria Gańczak z Katedry Chorób Zakaźnych Collegium Medicum Uniwersytetu Zielonogórskiego.

Rząd jest nastawiony na gaszenie pożarów, a nie podejmuje działań, żeby las nie zapłonął

- przyznała wiceprezydentka Europejskiej Sekcji Kontroli Zakażeń.

Ekonomiczny młot i kowadło

Dla rządu obecna sytuacja jest wyjątkowo niewygodna z jeszcze jednego powodu. Wszelkie przesłanki medyczne i epidemiologiczne nakazywałyby wprowadzić ponowny lockdown państwa. Wszak sytuacja epidemiczna jest wielokrotnie gorsza niż wiosną tego roku, gdy gabinet premiera Morawieckiego na taki ruch się zdecydował. Ponadto coraz więcej europejskich państw decyduje się na całkowity lub częściowy lockdown - m.in. Czechy, Hiszpania czy Francja - tracąc kontrolę nad przebiegiem jesiennej fali zachorowań.

Zdaniem epidemiologów wiosenny lockdown pomógł Polsce przejść względnie suchą stopą przez wiosenną falę koronawirusa, która spustoszyła zachodnią i południową Europę. Rzecz w tym, że cena tego kroku była olbrzymia. Polska gospodarka wpadła w pierwszą od 30 lat recesję, setki tysięcy Polaków straciły pracę albo musiały pogodzić się z redukcją wynagrodzeń, zapanowała ogromna niepewność zatrudnienia. Branże eventowa, gastronomiczna, hotelarska czy turystyczna do dzisiaj nie odbudowały się po rozległych stratach finansowych poniesionych wiosną i latem.

Dla rządu jest to arcytrudne położenie. Musi zarazem myśleć o utrzymaniu gospodarki na powierzchni, a jednocześnie o zminimalizowaniu dewastujących państwo skutków epidemii. Jeśli skoncentruje się wyłącznie na gospodarce, w pewnym momencie państwo i tak stanie, upadając pod naporem ciężaru fali zachorowań i plajty systemu ochrony zdrowia. Jeśli zaś rząd zbyt mocno przykręci śrubę gospodarce, to może i liczba zakażeń oraz zgonów spadnie, ale po kolejnym ciosie polska gospodarka już się nie podniesie i rozwojowo cofniemy się o 20-30 lat.

We wszystkich krajach wszystkie rządy zapewniają, że nie będzie drugiego lockdownu, bo wiadomo jak to wyglądałoby w sytuacji, gdyby był ten lockdown. Byłoby to tak, że gospodarka byłaby po prostu martwa, jak mówił jeden z noblistów z 2018 roku

- tłumaczył niespełna tydzień temu w "Studiu Biznes" Gazeta.pl analityk rynku finansowego Piotr Kuczyński.

Premier Morawiecki i jego otoczenie długo starali się skłaniać raczej w stronę gospodarki. Wszak m.in. na skutek recesji i kilku wersji "Tarczy Antykryzysowej" w znowelizowanym projekcie budżetu na 2021 rok zapisano deficyt na rekordowym poziomie 109,3 mld zł. Lwia część tej sumy to efekt lockdownu i późniejszym programów pomocowych dla firm i przedsiębiorców. Na drugi lockdown Polski po prostu nie stać. Być może zatrzymalibyśmy rozwój epidemii, ale później nie byłoby już do czego wracać. Problem rządu polega na tym, że ciężko będzie obronić takie stanowisko, jeśli system ochrony zdrowia upadnie pod naporem liczby chorych, a Polacy na ulicach swoich miast będą oglądać sceny rodem z Bergamo, które wiosną chwytały za serce ludzi na całym świecie.

Polityczne rozliczenie

Epidemiczna niedola rządu to przedwczesny świąteczny prezent dla opozycji. Ta zgodnie punktuje rządzących, że zamiast szykować się na jesienną falę zachorowań zajmowali się wewnętrznymi konfliktami w Zjednoczonej Prawicy i trwającą wiele tygodni polityczną telenowelą o rekonstrukcji rządu. Wszystko po to - oceniają politycy opozycji - żeby uciec od niewygodnych pytań o stan ochrony zdrowia i epidemicznych wyzwań, którym rząd nie stawił czoła.

To jest grupa ignorantów zupełnie, w mojej ocenie - niedouczonych ludzi, którzy rządzą Polską. Przeprowadzają nas przez bardzo ciężkiej pandemii, a właściwie nie przeprowadzają, tylko stoją z boku

- irytował się w "Porannej Rozmowie Gazeta.pl" Bartosz Arłukowicz, europoseł Koalicji Obywatelskiej i były minister zdrowia.

Swoją szansę w epidemii koronawirusa dostrzegła też atakująca Zjednoczoną Prawicę z prawej flanki Konfederacja. Konfederaci punktują rządzących przede wszystkim za ograniczanie swobód obywatelskich, wprowadzanie nakazów bez podstawy prawnej i dolegliwości, jakich epidemia przysparza biznesowi.

Przy okazji chorowania rujnujemy gospodarkę, bankrutujemy firmy, zamykamy działalności, doprowadzamy ludzi do skrajnych sytuacji zdrowotnych i psychicznych

- przekonywał niedawno w TVN24 poseł Artur Dziambor.

Recepta Konfederacji? Brak obowiązku noszenia maseczek, wypuszczenie ludzi z kwarantanny i nabycie zbiorowej odporności na koronawirusa poprzez masowe przechorowanie choroby. Jego zdaniem, miażdżąca większość zakażonych przechodzi chorobę bezobjawowo albo lekko, więc nie ma sensu płacić za to tak wysokiej ceny.

Mamy te wszystkie ograniczenia i codziennie czytamy, że zarażonych mamy 4,5 tys., zmarłych 40-50 osób. Niestety, ludzie umierają, jest mi przykro z tego powodu, jest mi z tym źle

- podkreślił poseł Konfederacji.

Dla Zjednoczonej Prawicy nadchodzące tygodnie i miesiące będą więc sądne. Jeśli z jednej strony kolejne obostrzenia uderzą w i tak mocno już poobijaną gospodarkę, a z drugiej system ochrony zdrowia padnie pod naporem koronawirusa, rządzący nie będą mieli czego się złapać. Gospodarczo-zdrowotny kryzys wyjdzie poza ramy plemiennego polsko-polskiego konfliktu. Zjednoczona Prawica zapłaci wówczas słony rachunek za zmarnowane ostatnie miesiące i przedkładanie polityki nad zwalczanie epidemii.

Jak mówił w rozmowie z Gazeta.pl politolog dr Olgierd Annusewicz:

Ludzie idą za władzą wyłącznie pod warunkiem, że ta władza daje sobie radę. Jeśli władza ma problem i nie ogarnia rzeczywistości, to ludzie szukają kogoś innego, choćby największego populisty, byle dał im nadzieję. Dzisiaj głównym celem premiera Morawieckiego powinno być pokazanie, że kontroluje rzeczywistość i faktycznie podejmuje takie decyzje, na które w obecnej sytuacji z powodów ekonomicznych i prawno-organizacyjnych można sobie pozwolić