Nowy minister rolnictwa i konflikt z rolnikami. Kaczyński gra va banque. "U większości posłów i senatorów jest obawa"

Łukasz Rogojsz
Zrobienie Grzegorza Pudy nowym ministrem rolnictwa to wyraźny sygnał, że Jarosław Kaczyński ani myśli odpuszczać w sprawie "Piątki dla zwierząt". Cena za osiągnięcie tego celu może okazać się bardzo wysoka. W klubie parlamentarnym Prawa i Sprawiedliwości jest tego świadomość.

- To ustawa pomiędzy dobrem a złem, zachowaniem humanitaryzmu a działaniem na rzecz biznesu - tak o "Piątce dla zwierząt" tuż przed swoim wejściem do rządu Puda mówił na antenie Radia Wnet. I dodał: - Garstka osób kosztem zwierząt zarabiała bardzo duże pieniądze, miliony złotych w biznesie, który polegał na mordowaniu i obdzieraniu zwierząt ze skóry.

Nic dziwnego, że jego ministerialna nominacja wywołała lawinę komentarzy przeciwników "Piątki". Komentarzy zdecydowanie nieprzychylnych.

Zobacz wideo W nowym rządzie Mateusza Morawieckiego Jarosław Kaczyński będzie łagodzić konflikty premiera ze Zbigniewem Ziobrą
Niech Pan Bóg trzyma w opiece wszystkich rolników

- grzmiała była posłanka Samoobrony Renata Beger. - To już nie będzie Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, tylko "zwijania wsi" - stwierdziła w programie "To się liczy" serwisu Money.pl. Jej zdaniem, w PiS-ie nie było odpowiedniego polityka do zastąpienia dotychczasowego szefa resortu rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego.

Rolnicy tego PiS-owi nie zapomną. A to rolnicy wybrali PiS w poprzednich wyborach

- podkreśliła.

To będzie minister rolnictwa, który zostanie wypier***** ze swojego stanowiska w ciągu miesiąca

- nie przebierał w słowach Michał Kołodziejczak, lider Agro Unii, która przewodzi rolniczym protestom przeciwko "Piątce".

Ja mu daję miesiąc czasu. Tyle potrzebujemy, żeby go usunąć ze stanowiska. Ja się cieszę, że on zostanie ministrem rolnictwa, bo on jest gwarantem zjednoczenia się polskich rolników i to jest super. To jest zły człowiek po prostu

- odgrażał się Kołodziejczak.

Swoje trzy grosze pod adresem Pudy dorzucił również prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz.

To policzek wymierzony w polską wieś. Rolnicy dostają ministra, który forsował embargo na polskie rolnictwo. To niesamowite. Odbieram to jaką prowokację

- przyznał w rozmowie z "Wprost". Ludowcy nie ustają w krytyce obozu rządzącego z powodu "Piątki", która ich zdaniem doprowadzi do katastrofy rolników.

Zwrot o 180 stopni

Faktycznie zmiana na stanowisku ministra rolnictwa w kontekście "Piątki" jest symboliczna. Puda to poseł-sprawozdawca dokumentu będącego oczkiem w głowie prezesa Kaczyńskiego.

Sprawozdawcą "Piątki" był nie dlatego, że jest jakimś wielkim przyjacielem zwierząt, tylko dlatego, że jest zootechnikiem i miał adekwatną do tego wiedzę

- zaznacza jednak nasz rozmówca dobrze zorientowany w sytuacji Zjednoczonej Prawicy.

Z kolei Ardanowski był jednym z największych przeciwników ustawy zakazującej hodowli zwierząt futerkowych i uboju rytualnego. "Zdaniem rolników PiS zdradza wieś, przestaje być jej obrońcą, a deklaracje składane przez najważniejszych polityków przed wyborami były tylko hasłami propagandowymi i elementem walki o elektorat wiejski. Straty wizerunkowe Prawa i Sprawiedliwości będą trwałe i bardzo trudne do odwrócenia, niemożliwe do zrekompensowania jakimikolwiek środkami przed następnymi wyborami" - dosadnie recenzował "ustawę futrzarską" w swoim liście otwartym do polityków PiS-u.

Ardanowski był przez rolników uważany za "swojego człowieka", który bronił ich przed pomysłem Kaczyńskiego. Puda jest natomiast traktowany jako ten, który ma wprowadzać pomysł w życie i nie dopuścić, żeby coś poszło nie pomyśli Nowogrodzkiej. Dla protestujących rolników to dobitny dowód tego, jak rozłożone są dzisiaj akcenty w obozie rządzącym. Ten rozkład akcentów bardzo im się nie podoba.

Dla Kaczyńskiego priorytety są jednak inne. Pierwszy to wprowadzenie w życie ustawy, którą chciał przeforsować od dobrych kilku lat, ale zawsze coś stawało mu na drodze. Czy to sprzeciw rolników, czy środowiska Radia Maryja, czy konieczność ugłaskania twardego elektoratu przed kolejnymi kampaniami wyborczymi. Drugim priorytetem jest niedopuszczenie do buntu w partii i dalszych przejawów niesubordynacji. Cytowany powyżej list otwarty ministra Ardanowskiego był tylko częścią problemu. Znacznie groźniejsze dla prezesa było to, że przeciwko "jego" ustawie zagłosowało aż 38 posłów Zjednoczonej Prawicy (w tym cały klub Solidarnej Polski), mimo że Kaczyński zarządził dyscyplinę głosowania dla wszystkich polityków PiS-u.

Autorski projekt premiera

Projekt "minister Puda" nie jest jednak osobistą koncepcją prezesa Kaczyńskiego. 

To autorski pomysł KPRM. Puda to człowiek z zaplecza premiera Morawieckiego

- słyszymy od jednego ze współpracowników szefa rządu. Był w gronie kilku wiceministrów, których KPRM i sam premier wysoko oceniali za ich pracę, to z tego grona wybrano nowego szefa resortu rolnictwa.

Kolejny polityk PiS-u podaje nam inną wersję niespodziewanego politycznego awansu Pudy:

W partii krążą słuchy, że jest związany z Krzysztofem Czabańskim i to stąd wziął się przy ustawie o ochronie zwierząt. Później jego aktywność w pracach nad tą ustawą pomogła mu uzyskać ministerialną nominację, która dla większości z nas była zaskoczeniem

38-letni Puda w 2006 roku ukończył Akademię Rolniczą w Krakowie z tytułem magistra-inżyniera z zakresu zootechniki. W wielkiej polityce jest od stosunkowo niedawna. Posłem został w 2015 roku, a cztery lata później uzyskał reelekcję. Wcześniej przez ponad osiem lat sprawował mandat miejskiego radnego w Bielsku-Białej. Pracował także jako kierownik marketingu w prywatnym przedsiębiorstwie i koordynator w starostwie powiatowym. Przed objęciem fotelu ministra rolnictwa Puda najpierw był wiceministrem (w randze sekretarza stanu) inwestycji i rozwoju, a od listopada 2019 roku pełnił funkcję wiceministra (również w randzie sekretarza stanu) funduszy i polityki regionalnej.

Mówi polityk znający kulisy ministerialnej nominacji Pudy: - To optymalny wybór, bo w najbliższym czasie lwia część zadań stojących przed ministrem rolnictwa będzie związana z projektowaniem wydatkowania środków europejskich na wspólną politykę rolną. Dlatego potrzebowaliśmy człowieka, który bardzo płynnie porusza się w sprawach europejskich, ale też zna się na rolnictwie. Puda jako zootechnik, ale też ekspert od funduszy unijnych, pasuje idealnie.

Właśnie zawalczenie o jak najwyższe dopłaty dla rolników i sukcesy w ramach wspólnej polityki rolnej to kluczowe zadanie stojące przed Pudą w kolejnych latach. PiS zaryzykowało i postawiło na obeznanego z brukselskimi salonami technokratę. Teraz liczy, że dzięki jego sukcesom w Brukseli, uda mu się też ugłaskać rolników, którzy dzisiaj mają do PiS-u sporo pretensji z powodu "Piątki dla zwierząt".

- Oczywiście, że dzisiaj niespecjalnie podoba się rolnikom, ale teraz zacznie na tej politycznej szachownicy przesuwać się w zupełnie innych butach niż dotąd - zapowiada polityk PiS-u z Kancelarii Premiera. I dodaje:

Puda nie jest gospodarzem z krwi i kości, ale będzie w stanie przestawić europejskie na nasze. Dlatego wybraliśmy jego, a nie kolejnego twardogłowego rolnika

Wojna o utrzymanie wsi

Rzecz w tym, że na wsi taki wybór może się nie spodobać. Podczas antyrządowych protestów spowodowanych "Piątką dla zwierząt" demonstranci dawali jasno do zrozumienia, że Ardanowski to ich człowiek. Puda dla rolników to wielka niewiadoma i ktoś z zewnątrz. Na jego korzyść nie przemawia też to, że rolnictwem do tej pory się nie zajmował.

Prof. Piotr Nowak, kierownik Zakładu Socjologii Struktur Społecznych Instytutu Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, uważa, że zmiana Ardanowskiego na Pudę ma potencjał, żeby zaszkodzić PiS-owi w elektoracie wiejskim. - W rodzinach rolniczych może to wywołać poczucie, że PiS przestało się liczyć z interesami rolników. W regionach zdominowanych przez rodziny robotniczo-rolnicze ta zmiana będzie odebrana jako instrumentalne traktowanie rolnictwa - tłumaczy w rozmowie z Gazeta.pl.

Dlaczego to ważne? Nasz rozmówca zaznacza, że "patrząc historycznie, polska wieś i rolnicy zawsze czuli się wykorzystywani i zdradzani". - Mieli poczucie, że państwo nie dba o interesy wsi. Ta postawa ma długa historię sięgającą co najmniej czasów II RP. Wzmocniło się to później w okresie PRL i szczególnie po 1989 roku. W ostatnich latach wieś uwierzyła bardziej PiS-owi, więc teraz może odnieść wrażenie, że wracają dawne demony, a władze pozbawiają wieś głosu i reprezentantów - wyjaśnia prof. Nowak.

Kryzys - okaże się, czy tymczasowy, czy długotrwały - w relacjach Zjednoczonej Prawicy z elektoratem wiejskim chcą wykorzystać PSL i Konfederacja. Ludowcy od pięciu lat tracili na rzecz PiS-u wpływy na wsi (o tym dlaczego, pisaliśmy swego czasu na Gazeta.pl). Z kolei Konfederacja wykorzystuje każdą okazję do uderzenia w swoją bezpośrednią konkurencję na prawicy. W tym wypadku przedstawia się jako adwokat polskich przedsiębiorców ciemiężonych ich zdaniem przez rząd premiera Morawieckiego.

Zauważyliśmy, że pierwszy raz od pięciu lat mamy na wsi wiatr w żagle. Atmosfera na polskiej wsi jest dziś zupełnie inna niż jeszcze niedawno. Także rozmowy mieszkańców wsi z politykami PSL są zupełnie inne

- przekonuje w rozmowie z Gazeta.pl Dariusz Klimczak, poseł i wiceprezes PSL. - Nie twierdzę, że to od razu będzie wielki przełom, bo jedna fatalna ustawa wszystkiego nie zmieni, ale ewidentnie na polskiej wsi coś pękło. Ci ludzie są zdziwieni, że partia, na którą od lat oddawali swoje głosy, nagle bezceremonialnie ich oszukała - zaznacza.

Z naszych informacji wynika jednak, że Kancelaria Premiera prowadziła i prowadzi badania, dzięki którym na bieżąco monitoruje wywołaną "Piątką" sytuację i nastroje na prowincji. - W Polsce jest 1,2 mln gospodarstw wiejskich, a tylko 100 tys. z nich to duże przedsiębiorstwa rolne. Cała reszta żyje z dnia na dzień, produkuje głównie na własne potrzeby, a ich dochody pochodzą z innych źródeł (np. pracy na etacie). Kosztów "Piątki" nie poniesie żaden "mały" rolnik - zapewnia nas jeden ze współpracowników premiera Morawieckiego.

Jak mówi, dzisiaj przeciwko PiS-owi występują ci sami ludzi, którzy burzyli się, gdy PiS uchwaliło pamiętną ustawę o obrocie ziemią. Dokument mocno ograniczał handel prywatną ziemią i wywołał sprzeciw m.in. wielkoobszarowych rolników. Wówczas PSL również mocno krytykowało rząd za utrudnianie życia rolnikom.

W rządzie nie obawiają się jednak, że awantura wokół "Piątki" da ludowcom szansę odrodzenia się na prowincji. Nasi rozmówcy przyznają, że po słabym wyniku Władysława Kosiniaka-Kamysza w wyborach prezydenckich (2,36 proc.) PSL "jest dzisiaj na politycznym dnie, pozbawione znaczenia”, a "na wsi straciło wszystko; to się traci raz na zawsze". Co więcej - słyszymy w otoczeniu premiera - prezes ludowców ma obawiać się o swoją pozycję w partii, której chce go pozbawić marszałek Adam Struzik, z kolei partyjne doły ludowców naciskają na koalicję z PiS-em.

Dlatego prędzej dojdzie do koalicji PSL z PiS-em, niż PiS na rzecz PSL cokolwiek na wsi straci

- przekonuje nasze źródło. I zaznacza:

Mamy to wszystko przebadane i policzone. Przez jakiś czas będzie trochę krzyku i zamieszania, ale koniec końców nie stracimy niczego na wsi. Dla PiS-u nie ma tam po prostu alternatywy

Takiej pewności nie ma prof. Nowak, który uważa, że obecna sytuacja stwarza spore możliwości zarówno PSL, jak i Konfederacji. Jego zdaniem, PSL ma wreszcie szansę odciąć się od dziedzictwa ośmiu lat rządów z Platformą Obywatelską i odzyskać wizerunek partii konserwatywnej, która wspiera polską wieś i polskich rolników. Zwłaszcza, jeśli w kwestiach światopoglądowych, takich jak LGBT, będzie prezentować wyraziście konserwatywne stanowisko. Dzięki temu mogłoby odzyskać część albo nawet i całość tego, co straciło na rzecz PiS-u w ostatnich latach. Z kolei Konfederacja - tłumaczy dalej prof. Nowak - może uwieść rolniczych przedsiębiorców, dla których jako najbardziej wolnorynkowa partia w Sejmie i nieobarczona błędami przeszłości, ma największą wiarygodność. - Dużą rolę odegrają tu media związane z Kościołem i to, jak będą przedstawiać tę sytuację właśnie odbiorcom ze wsi - zwraca uwagę socjolog.

Mówi dobrze poinformowany polityk PiS-u:

Co do PSL nie ma wielkiego strachu. Co innego z Konfederacją, która mocno wstawia się za przedsiębiorcami. U większości posłów i senatorów jest obawa, że może dojść do odpływu wyborców właśnie do Konfederacji i że będzie to odpływ stały. Większość klubu parlamentarnego uważa, że będzie problem i to poważny
Więcej o: