Nowy Ziobro prezesa, "przystawki" z tarczą, wymuszony powrót Kaczyńskiego [REKONSTRUKCJA W PIGUŁCE]

Zjednoczona Prawica ustaliła skład zrekonstruowanego rządu. Na razie jest on znany nieoficjalnie, ale wiele wskazuje, że zbliżamy się do końca trwającej od miesięcy rekonstrukcyjnej telenoweli. Co powinniśmy o niej wiedzieć po długich tygodniach przepychanek, negocjacji oraz medialnych analiz i spekulacji? O tym poniżej.

Po pierwsze: nie tylko o rząd chodzi

Pytanie o cel rekonstrukcji jest fundamentalne. Nie chodzi bowiem tylko o polityczne odbicie, narzucenie nowej narracji czy przejęcie inicjatywy po kilku trudnych tygodniach. Ani nawet o obniżenie kosztów administracyjnych czy usprawnienie prac rządu i zwiększenie jego efektywności działania (o tych rzeczach mówił na początku sierpnia w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej Jarosław Kaczyński).

Rzeczywiste powody rekonstrukcji były trzy. Pierwszy to charakterystyczne dla prezesa Prawa i Sprawiedliwości spuszczenie buldogów z łańcucha, żeby przyjrzeć się, jak po dwuletnim maratonie wyborczym wygląda układ sił oraz siatka konfliktów w Zjednoczonej Prawicy (gdy kampania goniła kampanię, wzajemne animozje i urazy musiały być siłą powstrzymywane, bo priorytetem był wspólny cel - wygrywanie kolejnych wyborów). Drugi to wzmocnienie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz samego premiera Mateusza Morawieckiego, którego Kaczyński powoli przygotowywał na swojego sukcesora w PiS-ie (tutaj sprawy nieco się skomplikowały i widoki szefa rządu nie są już tak różowe jak jeszcze dwa miesiące temu). Wreszcie trzeci powód, a więc takie przemeblowanie rządu, żeby jego funkcjonowanie nie szkodziło funkcjonowaniu PiS-u (prezes uważał, że łączenie obowiązków rządowych i partyjnych się nie sprawdza i widać to zwłaszcza w czasie kampanii, więc należy z tym skończyć albo przynajmniej możliwie takie zjawisko ograniczyć).

W toku rekonstrukcyjnych negocjacji wynikł jednak bardzo poważny konflikt w Zjednoczonej Prawicy, który o mały włos, a zakończyłby się rządem mniejszościowym samego PiS-u lub nawet przedterminowymi wyborami. Ostatecznie popękaną koalicję udało się skleić, ale stało się też jasne, że kształt rekonstrukcji musi uwzględniać przede wszystkim przeciwdziałanie najnowszym napięciom w obozie władzy i minimalizować ryzyko poważnych kryzysów w przyszłości.

Zobacz wideo Kaczyński w rządzie ma być stabilizatorem. Przyznaje to poseł Porozumienia Kamil Bortniczuk

Po drugie: odchudzanie rządu

Drugi rząd premiera Morawieckiego - o czym zresztą pisaliśmy swego czasu na Gazeta.pl - to najliczniejszy gabinet po 1989 roku. Liczy aż 20 resortów. Pierwotny zamysł prezesa Kaczyńskiego był taki, żeby "przyciąć" go do 11-12 ministerstw, czyli o mniej więcej 40 proc. Tego pomysłu Kaczyńskiemu nie udało się przeforsować i wedle nieoficjalnych medialnych doniesień liczba resortów zatrzyma się na 14. Do tego dojdzie jeden minister bez teki (Michał Woś ma zostać członkiem Rady Ministrów ds. obywatelskich i tożsamości europejskiej) i jeden minister w Kancelarii Premiera (Michał Cieślak ma zostać ministrem ds. samorządów).

Wskutek rekonstrukcji Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zostanie połączone z Ministerstwem Edukacji Narodowej, Ministerstwo Środowiska z Ministerstwem Klimatu, a Ministerstwo Sportu z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zlikwidowane mają być Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Ministerstwo Cyfryzacji.

Po trzecie: "przystawki" jednak z tarczą

Negocjacje ws. rekonstrukcji przedłużały się m.in. z powodu oporu koalicjantów PiS-u wobec zmniejszenia ich stanu posiadania w rządzie. Wiązało się to z rozmowami liderów Zjednoczonej Prawicy nt. nowej umowy koalicyjnej. Wszystko dodatkowo skomplikował niedawny kryzys w obozie rządzącym. Dotychczas Porozumienie i Solidarna Polska mogły liczyć na dwóch ministrów w rządzie. Teraz formalnie będą mieć po jednym, ale praktycznie wciąż po dwóch - Solidarna Polska zyskała jednego ministra bez teki (Michał Woś jako członek Rady Ministrów ds. obywatelskich i tożsamości europejskiej), a Porozumienie jednego ministra w Kancelarii Premiera (Michał Cieślak zostanie ministrem ds. samorządów). Dodatkowo, wedle nieoficjalnych informacji, każdy z koalicjantów otrzyma po trzy stanowiska wiceministrów.

Po czwarte: prezes wchodzi do gry

Bezsprzecznie najbardziej spektakularną zmianą w ramach obecnej rekonstrukcji rządu jest wejście do niego prezesa Kaczyńskiego. To efekt niedawnego burzliwego konfliktu w koalicji rządzącej. Spór, a właściwie wojna, pomiędzy Zbigniewem Ziobrą i Mateuszem Morawieckim wykroczył zbyt daleko poza ukochaną przez prezesa PiS-u zasadę divide et impera (pol. dziel i rządź) i zaczął zagrażać stabilności koalicji rządzącej. Żeby uniknąć kolejnych politycznych perturbacji, lider Zjednoczonej Prawicy uznał, że najbezpieczniej będzie nadzorować sytuację z bliska i, pomimo niechęci, zgodził się wejść do rządu w roli wicepremiera i szefa Komitetu ds. Bezpieczeństwa. W praktyce oznacza to stanowisko nadzorcy Ziobry - co prawda w skład Komitetu wejdą również MON oraz MSWiA - ale Solidarna Polska i tak upatruje w tym swojego sukcesu, bo Kaczyński w rządzie to w ich oczach marginalizacja Morawieckiego. Wiadomo przecież, na kogo będą się orientować wszyscy ministrowie. Pytanie tylko, czy Kaczyński nie zechce przechytrzyć ziobrystów, będąc w rządzie jedynie obserwatorem i ewentualnie rozjemcą, a swoim autorytetem i posłuchem wspierając Morawieckiego w codziennej działalności. Takiego scenariusza wykluczyć nie można, chociaż będzie on trudny do zrealizowania.

Po piąte: powrót Gowina, koniec Emilewicz

Do rządu triumfalnie wraca również, choć po znacznie krótszej przerwie niż Kaczyński, Jarosław Gowin. Prezes Porozumienia odchodził z obecnego rządu w cieniu potężnego konfliktu o termin zaplanowanych na 10 maja tzw. wyborów kopertowych. Wówczas również koalicja rządząca wisiała na włosku. Na Nowogrodzkiej do dzisiaj wielu prominentnych polityków ma o to do Gowina olbrzymie pretensje i nie ufa mu za grosz. Jednak bez Gowina nie sposób utrzymać większości w Sejmie, a próby przejęcia jego partii przez PiS i Jadwigę Emilewcz skończyły się spektakularną klapą. W nowym rozdaniu Gowin wraca więc do rządu i poza funkcją wicepremiera obejmie nadzór nad Ministerstwem Rozwoju i Pracy.

To zaś oznacza, że w gabinecie premiera Morawieckiego, zgodnie z wcześniejszymi doniesieniami medialnymi, zabraknie miejsca dla dotychczasowej wicepremier i minister rozwoju Jadwigi Emilewicz. Skonfliktowana z Gowinem i "spalona" w Porozumieniu odeszła najpierw z partii, a teraz opuści również rząd. W ostatnich dniach spekulowano, że być może czeka ją szybki transfer do PiS-u i wejście do nowo tworzonego rządu albo powrót do rządu w roli niezależnej ekspertki - Emilewicz była przecież jedną z najbliższych współpracownic premiera Morawieckiego - ale nic takiego przynajmniej na razie nie będzie mieć miejsca. Otwartym pytaniem pozostaje, czy przyszłość Emilewicz będzie związana z którąś z europejskich albo światowych instytucji gospodarczych, bo i taki scenariusz krążył swego czasu w sejmowych kuluarach.

Po szóste: Czarnek, czyli koncesjonowany Ziobro

Mnóstwo emocji budzi też prawdopodobna nominacja posła Przemysława Czarnka na ministra edukacji i nauki. Czarnek to były wojewoda lubelski, a obecnie jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w obozie Zjednoczonej Prawicy i reprezentant radykalnego prawego skrzydła PiS-u. W kampanii prezydenckiej zasłynął skandalicznymi wypowiedziami o osobach LGBT, przez które obóz władzy znalazł się pod zmasowanym ostrzałem i musiał porzucić taktykę polaryzacji wokół mniejszości seksualnych. Wielu polityków na Nowogrodzkiej było wówczas na niego złych, że pokrzyżował misternie przyszykowany plan sztabowców "dobrej zmiany".

Dlaczego zatem taki polityk ma otrzymać nadzór nad całym polskim systemem edukacji - od przedszkoli po uczelnie wyższe? Powody są dwa. Oba związane ze Zbigniewem Ziobrą i Solidarną Polską. Po pierwsze, na Nowogrodzkiej można od jakiegoś czasu usłyszeć, że prezes Kaczyński chce zbudować w PiS-ie radykalne, ale będące pod pełną kontrolą, prawicowe skrzydło. Dzięki temu Solidarna Polska nie będzie mu w przyszłości niezbędna jako wabik na najtwardszy prawicowy elektorat. Jej ewentualne wyjście (lub wyrzucenie) z koalicji rządzącej, a nawet ewentualny sojusz z Konfederacją miałyby więc dalece mniejsze znaczenie dla PiS-u niż obecnie. Po drugie, prezes PiS-u zdaje sobie sprawę, że chociaż w interesie Zjednoczonej Prawicy jest zwrot do centrum, to nie może ona odpuścić wojny kulturowej, której dopominała się Solidarna Polska. Tego chce najtwardszy elektorat prawicy i nawet, jeśli nie stanie się to motywem przewodnim kolejnych trzech lat rządów "dobrej zmiany", to od czasu do czasu pedał gazu zostanie dociśnięty. Liderem tej ultraprawicowej frakcji w PiS-ie i przodownikiem w wojnie kulturowej z lewicą ma być właśnie poseł Czarnek. Oczywiście pod pełną kontrolą prezesa Kaczyńskiego.