Ministerstwo uspokaja, że mamy 11 tys. respiratorów. Lekarz: Co z tego? Kto ma je obsługiwać?

Ministerstwo Zdrowia uspokaja: polskie szpitale są dobrze przygotowane na przyjęcie kolejnych pacjentów z koronawirusem. Podkreśla przy tym, że jeśli zabraknie sprzętu do leczenia, winnymi będą osoby, które nie stosują się do zasad bezpieczeństwa. Tymczasem prof. Robert Flisiak zauważa, że problem leży zupełnie gdzie indziej. Brakuje przede wszystkim personelu medycznego, odpowiednich miejsc w szpitalach i leków.

Resort zdrowia przekazał, że w kraju dostępnych jest 11 tys. respiratorów, z czego zajętych jest tylko 130, a mamy też ponad 6 tys. miejsc w szpitalach, z czego zajętych jest 2,3. Profesor Robert Flisiak alarmuje jednak, że wbrew zapewnieniom ministerstwa, polski system opieki zdrowotnej nie jest dobrze przygotowany na przyjęcie dużej liczby pacjentów zakażonych koronawirusem. Zapewnia, że jeśli w szpitalach zabraknie respiratorów, to nie będzie to wina społeczeństwa, które nie trzyma reżimu sanitarnego, a raczej wieloletnich zaniedbań i błędów.

Zobacz też: Dr Paweł Grzesiowski apeluje o przeniesienie respiratorów w szpitalach

Zobacz wideo

"Co z tego, że mamy 11 tys. respiratorów?"

Profesor Robert Flisiak był gościem programu "Nowy Dzień z Polsat News". Na antenie stwierdził wprost, że obecnie problemem nie jest brak sprzętu potrzebnego do leczenia, a brak personelu i miejsc, w których można leczyć pacjentów w poważnym stanie. "Co z tego, że mamy 11 tys. respiratorów, jak stoją w magazynach? Gdzie je postawić? Kto ma je obsługiwać?" - pyta prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych.

Brakuje miejsc na oddziałach intensywnej terapii na terenie całej Polski, a trzeba też pamiętać, że w przypadku miejsc dla pacjentów z koronawirusem najczęściej potrzebne są osobne sale. Kończą się też zapasy jedynego zarejestrowanego leku na wirusa i nie wiadomo, kiedy będzie następna dostawa.

Zauważył też:

Jeśli zabraknie respiratorów, to będzie wina złej organizacji służby zdrowia i wieloletnich zaniedbań, które w tej chwili nie są porządkowane.

Podkreślił, że funkcjonowanie polskiej służby zdrowia ciągle jest organizowane przestarzałymi aktami prawnymi, które nijak mają się do panujących obecnie warunków. Takim nieudanym przepisem jest jego zdaniem zalecenie, by każdy pacjent z dodatnim wynikiem testu na koronawirusa, był kierowany na oddział chorób zakaźnych - nawet, jeśli nie ma żadnych objawów lub ma ich bardzo mało i są one łagodne. Przez to, że lekarze pierwszego kontaktu stosują się do niego niezwykle gorliwie, liczba dostępnych miejsc w szpitalach "jest już na granicy pojemności".

Profesor zarządza szpitalem zakaźnym z Białymstoku i ostrzega:

My mamy przekroczony o 40 proc. limit, który jest wyznaczony przez wojewodę. Były rozmowy o zwiększeniu, natomiast cały czas balansujemy na granicy.

Wyznaje też, że choć on i jego personel starają się mieć w zapasie chociaż minimalną rezerwę miejsc, by móc przyjąć pacjentów w przypadku większego ogniska choroby, to w takiej sytuacji musiałby prawdopodobnie zamknąć izbę przyjęć, bo cały szpital by się zapełnił. Jego zdaniem należałoby stworzyć w każdym szpitalu nie izolacyjne miejsca, a całe oddziały obserwacyjne dla zakażonych pacjentów, którzy wymagają opieki także z powodu innych schorzeń, np. onkologicznych czy kardiologicznych. Apeluje więc do lekarzy rodzinnych o rozwagę w przypadku kierowania pacjentów z objawami na oddziały zakaźne.