Ziobro i Gowin wygrali swoje "wojny o krzesło". Na planie "wicepremier Kaczyński" straci Morawiecki

Nie ma już Zjednoczonej Prawicy. Dziś mamy koalicję prawicy: PiS i Porozumienia oraz Solidarnej Polski. Jarosław Kaczyński chciał je umieścić w menu w roli przystawek, ale w maju najpierw Jarosław Gowin, a teraz Zbigniew Ziobro siłą zasiedli do stołu. Sam Ziobro dzięki "wojnie o krzesło" odsunął Mateusza Morawieckiego od stołka prezesa PiS, na którego przejęcie mocno liczył.

Zobacz nagranie. Wiceprezes PiS trafił do zarządu NBP. Komentuje Zbigniew Girzyński:

Zobacz wideo

Popularny wśród polityków dowcip, spopularyzowany przez Radosława Sikorskiego, mówi, że jeśli kogoś nie ma przy stole, to znaczy, że jest w menu.

Dziś na prawicy przy stole zasiadają wspólnie wszyscy partyjni liderzy obozu władzy - Kaczyński, Ziobro i Gowin.

W maju, podczas batalii o termin wyborów prezydenckich, Gowin walczył - nawet jeśli nie to było pierwszoplanowym celem - o krzesło przy stole. Teraz Ziobro stoczył batalię o swoje przy nim miejsce. Obaj wyszli z tych batalii zwycięsko, bo prezes Kaczyński musiał ich uznać za partnerów, a nie przystawki. Obaj będą mieć mocną pozycję w rządzie i gwarancję miejsc na wspólnych z PiS listach wyborczych w 2023 r., a bez ich głosów w Sejmie rząd straciłby większość.

Ziobro nie tylko ocalał, ale i się wzmocnił

Zbigniew Ziobro pozostaje w rządzie. Ale to nie wszystko. Jak dowiaduje się Gazeta.pl, Ministerstwo Sprawiedliwości ma pozostać resortem zarezerwowanym wyłącznie dla Ziobry i wiceministrów z Solidarnej Polski. A zatem Nowogrodzka nie przydzieli Ziobrze żadnego swojego człowieka - "kuratora" - do codziennego kontrolowania i patrzenia na ręce. Solidarna Polska - podobnie jak i Porozumienie - zyskać ma swojego człowieka w kancelarii premiera. Solidarna Polska po stronie strat musi jednak wpisać Ministerstwo Środowiska.

Ponadto Ziobro sprawdził w boju swoich posłów - ta grupa wyszła z wojny domowej w obozie władzy razem, a nie rozbita, co jest wartością. Ziobro nie tylko więc ocalał, ale obronił stan posiadania, a wręcz go zwiększył. Wychodzi z tej wojny domowej na prawicy silniejszy, choć w szeregach PiS bardziej znienawidzony.

Gowin wraca, by objąć poszerzone księstwo

Jarosław Gowin wraca do rządu - najpewniej otrzyma tytuł wicepremiera, co daje prestiż, ale i Ministerstwo Rozwoju. Resort to będzie poszerzony jeszcze o pion pracy "wyjęty" z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz o kilka instytucji podlegających innym resortom - np. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. To istotne wzmocnienie Gowina, który po kilku latach w ministerstwie nauki był już tym resortem znudzony. Co również ważne: Gowin pozycjonuje się na prawicy jako największy liberał gospodarczy, a Porozumienie kreuje na partię znającą się na biznesie, formację przyjazną przedsiębiorcom, więc resort rozwoju to optymalne rozwiązanie dla Gowina.

Ponadto doprowadził do rychłego usunięcia z ministerialnego fotela (Rozwoju) Jadwigi Emilewicz, która na domiar tego, już złożyła rezygnację z przynależności do Porozumienia. Co prawda grupa Gowina w Sejmie traci jedną szablę, ale Gowin przez to w pełni odzyskał już sterowność nad partią. A to ważne, bo jeszcze kilka miesięcy temu nawet połowa posłów była gotowa w momencie próby go opuścić. I jeszcze jedno: lider Porozumienia - w przeciwieństwie do Ziobry - okazywał w ostatnich tygodniach lojalność wobec PiS, więc wrogość wierchuszki PiS wobec niego musiała choć zelżeć.

Nadpremier Kaczyński

Dziś można być już niemal pewnym, że do rządu wejdzie Jarosław Kaczyński - w randze wicepremiera i szefa komitetu nadzorującego resorty siłowe: spraw wewnętrznych, sprawiedliwości, obrony narodowej. Obecność Kaczyńskiego w rządzie zmieni warunki gry. A przede wszystkim walki skazanych na rywalizację, bo tak samo marzących o byciu nowym liderem prawicy w Polsce - Mateusza Morawieckiego i Zbigniewa Ziobry.

Pomysłowi "wicepremier Jarosław Kaczyński" zdążyła już urosnąć broda. Dlaczego? Bo już ponad rok temu, jak ujawniliśmy wówczas w Gazeta.pl, była o nim mowa - wtedy to drugi rząd Mateusza Morawieckiego był dopiero w planach. Na realizację prezes PiS przystał (póki co nikt z PiS publicznie tego na 100 proc. nie potwierdził), dopiero gdy rząd ten stanął na krawędzi rozpadu w wyniku walki Ziobry i Morawieckiego. Prezes PiS nie chciał być wicepremierem, ale musi nim zostać, by na nowo cementować układ władzy.

Wojna na każdym froncie

Ta wojna toczyła się na każdym możliwym froncie - od domagania się przez Ziobrę usunięcia Morawieckiego z fotela premiera, po analizowanie konkretnego tekstu w tygodniku "Newsweek" o Ziobrze, który miałby być w odczuciu ministra inspirowany przez ludzi Morawieckiego.

Wejścia Kaczyńskiego do rządu, ale w roli premiera, domagali się zwłaszcza politycy Solidarnej Polski. To dlatego, że upatrywali w tym sposobu na degradację i osłabienie pozycji Morawieckiego. Wicepremier Kaczyński to rozwiązanie pośrednie, które jednak wyraźnie podkopuje pozycję Morawieckiego. Nie dziw więc, że ludzie premiera nie byli zwolennikami takiej koncepcji.

"A w Polsce jak prezes Kaczyński chce"

Co zmienia sama obecność Kaczyńskiego?

W negocjacjach o rekonstrukcji na Nowogrodzkiej Morawiecki pełnił rolę niemalże niemego widza, a nie rozgrywającego. Głos zabierał głównie, gdy ścierał się tam z Ziobrą. Morawiecki - trafnie rozpoznając realia - miał świadomość, że od niego prawie nic nie zależy, jeśli chodzi o kształt rekonstrukcji i negocjacji z koalicjantami. Takie zachowanie jest zresztą racjonalne: pokora wobec szefa (Kaczyńskiego) i bojowość wobec wroga (Ziobry). Kaczyński czasami już poirytowany ich wojną wychodził z gabinetu. Premier był tu niemal niemy, a ostatnią instancją był prezes PiS.

Posiedzenia rządu to forum kilkukrotnie większe, ale także Jarosław Kaczyński będzie na nich ostatnią instancją. W praktyce decyzje premiera Morawieckiego będą mogły być zmieniane w gabinecie obok - gabinecie zajmowanym przez wicepremiera Kaczyńskiego. A to dowód na słabość pozycji premiera. Barwnie i celnie model władzy w Polsce ujął jeden z najbardziej zaufanych ludzi prezesa PiS Krzysztof Sobolewski: "musi to na Rusi, a w Polsce jak prezes Jarosław Kaczyński chce".

Cele Kaczyńskiego

A czego prezes PiS tak w istocie chce? Warto tu wymienić podstawowe cele Kaczyńskiego. W odpowiedniej hierarchii.

Cel 1: budowa IV RP (nawet jeśli już tego określenia nie używa), a więc nie tylko ugruntowanie dotychczasowych zmiany, ale parcie do kolejnych, bo trzy lata bez wyborów dają ku temu doskonałą okazję.

Cel 2: zapewnić rządowi PiS większość w Sejmie, bo tylko wtedy można o wspomnianej budowie myśleć.

Cel 3: uczynić Mateusza Morawieckiego swoim następcą w roli lidera obozu PiS. Symbolicznym momentem miał tu być wybór Morawieckiego na wiceprezesa partii. W obozie PiS można jednak usłyszeć, że to namaszczenie na wiceprezesa, póki co znów się odwlecze.

Ziobro jest potrzebny Kaczyńskiemu w realizacji dwóch priorytetowych celów bardziej niż Morawiecki. 

Bo - po pierwsze - w gruncie rzeczy Kaczyński ceni Ziobrę za oranie wymiaru sprawiedliwości. I po drugie: okazało się jaskrawo, że bez posłów Ziobry Kaczyński nie jest zdolny zapewnić trwania rządu posiadającego większość w Sejmie.

Prezes nie od parasola

Cel trzeci - namaszczenie Morawieckiego na nowego lidera - jest w zestawieniu z poprzednimi wręcz marginalny. Ważniejsze jest dla Kaczyńskiego utrzymanie Ziobry i jego posłów niż awansowanie Morawieckiego. Ba, Kaczyński, wchodząc do rządu jako superwicepremier, de facto degraduje Morawieckiego, co jest po myśli Ziobry.

Trudno prorokować, jak w praktyce będzie wyglądać obecność Kaczyńskiego w rządzie. Będzie występował w roli rozjemcy zwalczających siebie nawzajem Ziobry i Morawieckiego? Skupi się na temperowaniu ambicji Ziobry? Na trzymaniu parasola ochronnego nad premierem, który jest wobec niego bezgranicznie lojalny? Pewne jest jednak to, że prezes PiS nie jest człowiekiem, który dzierży parasol, ale władzę. Z kolei wojna Ziobro - Morawiecki przeniesie się na jeszcze wyższy poziom.

Prezes PiS rok temu mówił z uśmiechem: "Wierzę, że za cztery lata ktoś, kto będzie stał w tym miejscu - bo ja już swoje lata mam". To, co akurat ministra i premiera łączy, to ambicja, by to miejsce zająć.