Bat na koalicjantów, protektor Morawieckiego, katalizator zmian. Po co Kaczyński miałby wejść do rządu? [ANALIZA]

Wejście Jarosława Kaczyńskiego do rządu mogłoby być punktem zwrotnym w najnowszej (bardzo burzliwej) historii Zjednoczonej Prawicy. Rzecz w tym, że prezes Prawa i Sprawiedliwości "wchodził" do rządu niemal przy każdej rekonstrukcji w ostatnich pięciu latach i jakoś nigdy w tym rządzie się nie znalazł. Nie bez powodu.

Informacja o wejściu Kaczyńskiego do rządu lotem błyskawicy obiegła media w środowy wieczór, gdy prezes PiS-u zakończył spotkanie w cztery oczy z liderem Solidarnej Polski Zbigniewem Ziobrą. Nazajutrz potwierdziły to zbliżone do obozu władzy media i jeden z najbliższych współpracowników prezesa - Ryszard Terlecki, wicemarszałek Sejmu i szef klubu parlamentarnego PiS-u.

Wszystko na to wskazuje, że będzie

- przyznał Terlecki. Kaczyński miałby zostać wicepremierem, objąć w zrekonstruowanym rządzie Ministerstwo Sprawiedliwości, a także stanąć na czele Komitetu ds. Bezpieczeństwa, w skład którego weszłyby poza jego resortem także MON i MSWiA. Wicemarszałek Sejmu takie rozwiązanie uznał za "wygodne, bezpieczne".

Mam nadzieję, że Ministerstwo Sprawiedliwości będzie wtedy jeszcze bardziej sprawne i skuteczne

- zaznaczył i dodał, że taki ruch byłby wzmocnieniem rządu, a nie policzkiem dla urzędującego premiera Mateusza Morawieckiego.

Rzecz w tym, że inni politycy obozu rządzącego aż tak pewni wejścia Kaczyńskiego do rządu nie są. Dominują okrągłe i kurtuazyjne formułki w stylu "Byłoby bardzo dobrze", "Wzmocniłoby to rząd", "Są takie oczekiwania" czy "Cieszyłbym się z takiego rozwiązania". Znaków zapytania jest jednak więcej.

Zobacz wideo Na ile realne jest wejście Jarosława Kaczyńskiego do rządu?

Projekt "wicepremier Kaczyński"

Podstawowe pytanie w kontekście wejścia Kaczyńskiego do rządu brzmi: dlaczego miałby to zrobić i dlaczego akurat teraz. Odpowiedź jest bardzo prosta - w 2020 roku PiS i prezes Kaczyński stracili dawną kontrolę nad Zjednoczoną Prawicą, która funkcjonuje od kryzysu do kryzysu.

Wiosną okoniem największej partii na prawicy stanął Jarosław Gowin i jego Porozumienie. Ówczesny wicepremier zablokował możliwość przeprowadzenia wyborów prezydenckich 10 maja, na czym niezmiernie zależało Kaczyńskiemu (Andrzej Duda miał wówczas realne szanse na reelekcję w pierwszej turze). Awantura była potężna, Gowin na znak protestu odszedł z rządu (chociaż pozostał w koalicji rządzącej), niemal stracił kontrolę nad własną partią i mało brakowało, żeby większość sejmowa rozleciała się na kawałki.

Nie minęło pół roku, a chyba jeszcze poważniejsze problemy Nowogrodzkiej zaczął sprawiać drugi z koalicjantów - Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry. Tym razem (oficjalnie) poszło o ustawę zapewniającą większą ochronę praw zwierząt i ustawę o odpowiedzialności urzędniczej w czasie epidemii COVID-19 (opozycja nazwała ją "Bezkarność plus"). Nieoficjalnie: o podkopywanie przez Ziobrę pozycji Morawieckiego w rządzie.

Socjolog prof. Jarosław Flis z Uniwersytetu Jagiellońskiego w rozmowie z Gazeta.pl dostrzega jednak jeszcze jedne aspekt burzy w koalicji rządzącej.

Poszło przede wszystkim o prestiż PiS-u i prezesa Kaczyńskiego

- mówi. I dodaje:

Na Nowogrodzkiej najwyraźniej uznali, że to oni rządzą w tej koalicji i skoro prezes podjął decyzję, to jest decyzja niepodważalna. Solidarna Polska, na czele z Ziobrą, uznała inaczej i myślała, że podobnie jak Gowin wiosną będzie w stanie postawić na swoim. Przeliczyła się

Wejście - ewentualne, podkreślmy to - Kaczyńskiego do rządu, to próba przywrócenia sterowności okrętu o nazwie Zjednoczona Prawica, z czym w 2020 roku są duże problemy. Sytuacja jest poważna, bo Kaczyński od momentu przejęcia władzy jesienią 2015 roku nie palił się do obejmowania rządowych funkcji. Wolał być najważniejszym szeregowym posłem w kraju i nadzorować bieg wydarzeń ze swojego gabinetu na Nowogrodzkiej.

2020 roku skomplikował jednak sytuację, unaocznił bardziej niż wcześniej podziały w obozie rządzącym i poważnie zagroził stabilności obozu władzy w dalszej części kadencji. Niemający mocnej pozycji politycznej na prawicy Mateusz Morawicki nie był w stanie poskromić w rządzie Gowina i Ziobry, a nawet skutecznie dyscyplinować co poniektórych ministrów. Zwłaszcza konflikty ministra sprawiedliwości z szefem rządu zaczęły wytwarzać toksyczną atmosferę na prawicy, która szkodziła długoterminowym celom Nowogrodzkiej.

Wejście Kaczyńskiego do rządu byłoby sygnałem, że żarty się skończyły i wszystko ma chodzić jak w zegarku. Gowin i Ziobro z pewnością też pilnowaliby się znacznie bardziej, czując na sobie chłodne spojrzenie Kaczyńskiego. A prezes PiS-u nie zamierza pozwolić na kolejne polityczne turbulencje po stronie Zjednoczonej Prawicy. Dlaczego? Bo któregoś z kolejnych crash testów jego obóz polityczny może po prostu nie przetrzymać.

Kaczyński jako wicepremier i szef Komitetu ds. Bezpieczeństwa to również gwarancja znacznie większej decyzyjności rządu (formalnie) Morawieckiego. Wszelkie decyzje byłyby podejmowane na miejscu, bez konieczności pielgrzymowania na Nowogrodzką. Wszelkie konflikty byłyby rozwiązywane bądź ucinane w zarodku, minimalizując ryzyko negatywnego wpływu na sytuację wewnątrz koalicji rządzącej.

Wielu polityków - zwłaszcza Solidarnej Polski - uważa, że wejście Kaczyńskiego do rządu oznaczałoby marginalizację premiera Morawieckiego, który szefem byłby już wyłącznie tytularnie. Zważywszy jednak na dobre relacje i duże zaufanie między oboma politykami, a także użyteczność Morawieckiego dla prezesa PiS-u, warto dopuścić również inny scenariusz. Taki, w którym Kaczyński wejdzie do rządu, żeby wzmocnić Morawieckiego. Co prawda wszystkie oczy będą zwrócone na Kaczyńskiego i to jego słowo będzie ostateczne, ale sam prezes może stwierdzić, że on się tylko przygląda, a słuchać wszyscy mają się Morawieckiego.

Jest to konstrukcja karkołomna, ale przecież karkołomna była konstrukcja każdego rządu Zjednoczonej Prawicy po 2015 roku, gdzie realny ośrodek decyzyjny znajdował się na Nowogrodzkiej. Po pierwszych zdziwieniach i przezwyciężeniu początkowej nienaturalności takiego wariantu, może się okazać, że Kaczyński stanie się w rządzie gwarantem decyzyjności i sprawczości Morawieckiego. Przecież żaden polityk Zjednoczonej Prawicy nie zignoruje ostentacyjnie premiera na oczach Kaczyńskiego. Zwłaszcza wiedząc, że prezes PiS-u szykuje go na swojego sukcesora.

Wejść czy nie wejść do rządu?

Korzyści z obecności Kaczyńskiego w rządzie są oczywiste już na pierwszy rzut oka. Po pięciu latach sprawowania władzy przez Zjednoczoną Prawicę rząd wreszcie zacząłby realnie rządzić, a nie administrować, z poważniejszymi decyzjami czekając na zielone światło z Nowogrodzkiej. Dodałoby mu to powagi zarówno na krajowym podwórku, jak również na arenie międzynarodowej, gdzie sytuacja, w której to nie lider obozu rządzącego stoi na czele rządu należy do rzadkości.

Dla samego Kaczyńskiego i PiS-u najważniejsze byłoby jednak uspokojenie napiętej do granic możliwości atmosfery w Zjednoczonej Prawicy. Po woltach Gowina i Ziobry, poziom wzajemnego zaufania między koalicjantami, eufemistycznie mówiąc, nie jest zbyt wysoki. Zupełnie odwrotnie niż ryzyko kolejnych konfliktowych sytuacji.

Wreszcie Kaczyński kosztem swojej wygody i czasu miałby cały czas rękę na pulsie. Przede wszystkim, mógłby kontrolować obu koalicjantów, ale też na bieżąco reagować na politykę rządu. Istnieje duża szansa, że wówczas rząd faktycznie zacząłby działać szybciej i sprawniej, a nadchodząca rekonstrukcja nie byłaby jedynie odmalowaniem wyblakłej i sypiącej się fasady.

Rzecz w tym, że chociaż wszystko wygląda sensownie i logicznie, a Zjednoczonej Prawicy przyniosłoby więcej korzyści niż problemów, to należy mieć w pamięci kilka kwestii. Po pierwsze, Kaczyński wcale nie pali się do wejścia do rządu. Nie palił się do tego ani jesienią 2015 roku, ani zimą 2017 roku, ani jesienią 2019 roku. Sterowanie działaniami całego obozu politycznego z zacisza swojego gabinetu, mając mniej obowiązków i więcej czasu - bardzo mu odpowiada. Zwłaszcza że po pięciu latach wie już doskonale, że ten model się sprawdza i przynosi kolejne wyborcze zwycięstwa.

Po drugie, Kaczyński nie pali się do piastowania najwyższych państwowych stanowisk ze względu na swój wiek i stan zdrowia. Prezes PiS-u ma już 71 lat i jest świadomy, że młodszy nie będzie. Gdy w wywiadach wspomina o politycznej emeryturze i oddaniu sterów partii młodszemu pokoleniu, coraz mniej jest w tym sondowania partyjnych druhów i sprawdzania ich lojalności, a coraz więcej świadomości nieuchronnego przemijania czasu. Zwłaszcza że w ostatnich latach Kaczyński miał problemy ze zdrowiem, doskwierało mu zwłaszcza kolano, które musiał operować. Wymagająca żelaznego zdrowia i kondycji rządowa aktywność nie jest więc czymś, za czym prezes PiS-u przesadnie tęskni.

Stanowisko w rządzie oznaczałoby również koniec beztroskiego rządzenia Polską z tylnego siedzenia, a wiązało się z wzięciem odpowiedzialności - także tej konstytucyjnej i karnej - za podejmowane decyzje. Zwłaszcza gdyby - jak słyszymy z nieoficjalnych informacji - Kaczyński miał zostać wicepremierem, ministrem sprawiedliwości i szefem Komitetu ds. Bezpieczeństwa. Opozycja nie mogłaby sobie wymarzyć lepszego scenariusza niż prezes PiS-u jako prominentna figura w gabinecie premiera Morawieckiego.

Wreszcie wejście Kaczyńskiego do rządu w przeszłości często było po prostu jedną ze strategii negocjacyjnych i sposobem wybadania reakcji polityków Zjednoczonej Prawicy, a także środowisk skupionych wokół Zjednoczonej Prawicy. Absolutnie nie można wykluczyć, że tak jest i tym razem. Chociaż politycy PiS-u i koalicyjnych partii mówią o rządowej posadzie Kaczyńskiego wiele, to jednak wyłącznie w jego głowie znajduje się odpowiedź, czy jest to realnie rozważany scenariusz, czy chłodno skalkulowany polityczny blef.