Dlaczego Kaczyński zawraca PiS ku centrum? Wcale nie chodzi o prawa zwierząt [ANALIZA]

Jeszcze przed jesienną rekonstrukcją rządu Zjednoczona Prawica rozpoczyna logiczny, acz nieco zaskakujący, zwrot ku centrum. W długiej perspektywie ten krok ma zagwarantować koalicji rządzącej utrzymanie władzy w 2023 roku.

"Piątka dla zwierząt", którą ogłosił w minionym tygodniu Jarosław Kaczyński, to dzisiaj jeden z najważniejszych tematów nie tylko w Zjednoczonej Prawicy, ale na całej polskiej scenie politycznej. Dlaczego? Bo oto dwa miesiące po wygranych wyborach prezydenckich, a trzy lata przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi, obóz rządzący podjął ważną, strategiczną decyzję - nie zamierza odpuszczać grupy najmłodszych wyborców na rzecz liberałów i lewicy.

Twarzą, a w zasadzie głosem, nowego kursu Zjednoczonej Prawicy został Michał Moskal, 26-letni przewodniczący Forum Młodych Prawa i Sprawiedliwości. Przypadek? Nic bardziej mylnego. Moskal jest dyrektorem biura Jarosława Kaczyńskiego. Na tej niezwykle ważnej funkcji zastąpił legendarną w szeregach PiS-u "panią Basię", czyli Barbarę Skrzypek, jedną z najbliższych osób prezesa PiS-u. O tym, że słowa Moskala to tak naprawdę polityczna linia nakreślona przez prezesa Kaczyńskiego można powiedzieć z bardzo dużym prawdopodobieństwem, jeśli nie pewnością. Po prostu 26-letni lider młodzieżówki PiS-u jest dla swoich rówieśników znacznie bardziej wiarygodny niż starsi o pokolenie bądź nawet dwa partyjni koledzy i koleżanki.

Co mówi młody współpracownik prezesa Kaczyńskiego? O tym mogliśmy się przekonać w napisanym niedawno do członków i członkiń PiS-u liście otwartym. Moskal pisze w nim:

W pierwszej kolejności, co wielu przyjęło z zaskoczeniem, skupiliśmy się na trzech aspektach: ochronie środowiska naturalnego, równouprawnieniu płacowym kobiet oraz humanitarnym traktowaniu zwierząt. Tematy te, choć do tej pory zawłaszczone przez lewicę, muszą być obecne także w prawicowej dyskusji, ponieważ są ważne dla każdego młodego człowieka, a oddanie w nich pola naszym politycznym oponentom doprowadzić może jedynie do wypaczenia przez nich prawdziwej istoty rzeczy

Czy po pięciu latach rządów Zjednoczona Prawica nagle odnalazła swoje bardziej równościowe, proekologiczne i prozwierzęce oblicze? Nie do końca. Obrany przez nią kurs, który wytyczają chociażby słowa Moskala z listu do polityków partii, ma swoje bardzo pragmatyczne i stricte polityczne podwaliny.

Zobacz wideo Kaczyński wyraża poparcie dla tzw. piątki dla zwierząt na TikToku. Nominuje Morawieckiego

Cel numer jeden: odzyskać młodych i "normalsów"

Zwycięskie wybory prezydenckie miały dla Zjednoczonej Prawicy słodko-gorzki smak. Oczywiście w beczce zdecydowanie więcej było miodu - udało się obronić arcyważną w kontekście rządzenia państwem instytucję i zmobilizować niemal 10,5 mln wyborców. Reelekcja Andrzeja Dudy obnażyła też jednak pewien długofalowy problem - słynące z pogłębiania poparcia w swoich grupach docelowych PiS, dotarło do ściany. Co więcej, po raz pierwszy od dawien dawna do urn wyborczych tłumnie ruszyli młodzi (grupa wiekowa 18-29 lat). Ku zmartwieniu Nowogrodzkiej, stanęli zdecydowanie po stronie opozycji - w pierwszej turze prezydent Duda zanotował w tej grupie dopiero czwarty wynik, a w wyborczej dogrywce sromotnie przegrał z Rafałem Trzaskowskim stosunkiem głosów 1/3 do 2/3.

Sztabowcy Trzaskowskiego przez całą kampanię podkreślali, że prezydent stolicy jest niesamowitym magnesem na młodych wyborców. I to nie tylko tych już głosujących, ale również 15-, 16- czy 17-latków, którzy chętnie pojawiali się na jego spotkaniach. W perspektywie długoterminowej to duży kapitał, bo w 2023 roku ci ludzie będą już mogli głosować. Przeciągnięcie ich zawczasu na swoją stronę, to zwiększenie szans w wyborczej konfrontacji za trzy lata. Tymczasem kluczowa grupa elektoratu PiS-u (wyborcy 60+) będzie się siłą rzeczy kurczyć. Biologia jest nieubłagana. Nowogrodzka ma więc świadomość, że jeśli nie znajdzie nowych grup wyborców, kolejnej wiktorii może już nie być. A żeby te grupy znaleźć, trzeba jasno rozpoznać ich potrzeby i dopasować do nich polityczną ofertę. Zjednoczona Prawica właśnie to teraz robi.

Pracując nad poszerzeniem wpływów w grupie wiekowej 18-29 lat, obóz "dobrej zmiany" chce jednocześnie przeprosić się z tzn. normalsami, czyli wyborcami okazjonalnie interesującymi się polityką, a przede wszystkich skoncentrowanymi na swoim życiu, jego jakości, osiąganiu własnych celów. To znacznie bardziej postępowa i umiarkowana grupa niż twardy elektorat koalicji rządzącej. Grupa, której nie podobała się niezwykle brutalna i oparta na szykanowaniu kolejnych "wrogów ludu" przez Nowogrodzką i TVP kampania prezydencka.

Rok temu w rozmowie z Gazeta.pl prof. Piotr Radkiewicz, psycholog polityki badający partyjne elektoraty, stwierdził:

Ten wyborca czuje się dziś dowartościowany, ceni sobie spokój, chce korzystać z czasu prosperity i nadrabiać stracony czas w sferze konsumpcji. O dzisiejszej sile PiS-u decydują ci "normalsi"

W międzyczasie PiS odwróciło się od normalsów, maksymalnie mobilizując swój radykalny elektorat. Teraz będzie chciało ponownie nawiązać z nimi dialog, którego orędownikami mają być premier Mateusz Morawiecki i młodzi politycy PiS-u - tacy jak Michał Moskal.

Cel numer dwa: polityczny rozsądek i pragmatyzm zamiast wojny kulturowej

Po wyborach prezydenckich i ogłoszeniu przez prezesa Kaczyńskiego jesiennej rekonstrukcji rządu, w obozie Zjednoczonej Prawicy zapanował popłoch. Zwłaszcza, że Naczelnik dał do zrozumienia, że zmiany nie będą kosmetyczne, ale bardzo głębokie. Kaczyńskiemu marzyło się ograniczenie liczby resortów o niemal połowę - z 20 do 11-12. Prezes PiS-u pojechał na wakacje, a buldogi zaczęły kotłować się pod dywanem. Prym w wewnątrzpartyjnej walce wiodło środowisko Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry, które starało się narzucić polityczną agendę całemu obozowi rządzącemu. Agendę - dodajmy - mocno radykalną, bo składało się na nią m.in. dokończenie "reformy" sądownictwa, repolonizacja mediów, walka ze społecznością LGBT, wypowiedzenie konwencji stambulskiej (zapobiegającej przemocy wobec kobiet) czy kontrolowanie przez państwo finansów organizacji pozarządowych.

Dodatkowo politycy Solidarnej Polski postulowali konieczność podjęcia wojny kulturowej z lewicą i liberałami, między wierszami wbijając szpilę PiS-owi za to, że woli "być jak druga strona". Licytacja na to, kto jest najbardziej prawicowy na prawicy ruszyła pełną parą. Gdy Kaczyński wrócił z urlopu, to, co zobaczył, wybitnie mu się nie spodobało. Zamiast wojenek personalnych, na które liczył, okazało się, że mały koalicjant ściąga cały obóz mocno w prawo, stawiając PiS pod ścianą - albo odetnie się od ultrakonserwatywnej kotwicy, albo będzie musiało poświęcić swoje plany odzyskania centrum.

Chociaż w oczach wielu polityków opozycji prezes Kaczyński ma opinię nieobliczalnego fanatyka, to tak naprawdę jest politykiem do bólu pragmatycznym. Często przy tym również cynicznym. Wszystko w myśl zasady: cel uświęca środki. Prezes PiS-u jest doskonale świadomy, że pewna część elektoratu Zjednoczonej Prawicy chce wzmożonego ideologicznie pohukiwania i obietnic wojny kulturowej, w której prawica rozgromi "lewactwo". Jest też jednak doskonale świadomy, że ta grupa to najtwardsze jądro elektoratu obozu rządzącego - ten po pięciu latach rządzenia jest znacznie bardziej zróżnicowany, niż wiele osób przypuszcza - i schlebiając mu zanadto, można zrazić do siebie te grupy, które w dniu wyborów decydują o wygranej bądź porażce. O wojnie kulturowej, konieczności odparcia "lewackiej ofensywy ideologicznej" czy obronie Polski przed wszelką "innością" dobrze jest od czasu do czasu głośniej wspomnieć, ale nie można uczynić z tego lejtmotywu kolejnych trzech lat rządzenia. Bo nawet wyborcy prawicy w swojej większości nie lubią permanentnego stanu wojny i niepewności. I za obranie takiego kursu mogliby pokazać Zjednoczonej Prawicy żółtą, a być może nawet czerwoną kartkę.

Cel numer trzy: wzmocnienie Morawieckiego i osłabienie Ziobry

Obranie kursu na centrum to także bardzo czytelny znak, kto zostanie wzmocniony, a kto osłabiony w ramach nadchodzącej rekonstrukcji rządu. Centrową twarzą Zjednoczonej Prawicy jest premier Mateusz Morawiecki; radykalnie prawicową - Zbigniew Ziobro. Nieoficjalne informacje płynące z obozu rządzącego sugerują m.in. wyraźne wzmocnienie Kancelarii Premiera w ramach zbliżających się przetasowań. Lider Solidarnej Polski zdaje sobie z tego doskonale sprawę, stąd jego hiperaktywność w ostatnich tygodniach i próba podbicia stawki przed rekonstrukcją.

To też jednak chęć zagrania o coś więcej niż utrzymanie wpływów w rządzie i w ramach koalicji rządzącej. Minister sprawiedliwości rozumie, że Kaczyński faworyzuje Morawieckiego w perspektywie - wciąż odległej, ale jednak - wskazania potencjalnego sukcesora na prawicy. Jak pisała nie tak dawno "Polityka", to m.in. dlatego Kaczyński odrzucił propozycję Ziobry dotyczącą połączenia Solidarnej Polski z PiS-em.

Ziobro to wszystko widzi i rozumie, że skoro nie może powiększyć wpływów na prawicy po dobroci, musi to zrobić siłą. Stąd próba zepchnięcia całej Zjednoczonej Prawicy w prawą stronę, gdzie najlepiej odnajduje się właśnie Solidarna Polska. Przy okazji to puszczenie oka do zawsze podgryzającej PiS Konfederacji, z którą formację Ziobry zdecydowanie więcej łączy, niż dzieli (chociaż problemem mógłby być brak programu gospodarczego Solidarnej Polski). Minister sprawiedliwości patrzy nie tylko na tu i teraz, ale na sytuację w perspektywie miesięcy, a nawet lat.

Kaczyński wie o gigantycznych ambicjach Ziobry. Zresztą wie o nich od ponad dekady. Dzisiaj nie chce pozwolić mu zbytnio przechylić łódki na prawo, bo realizację interesów Zjednoczonej Prawicy widzi w centrum. Stąd decyzja, żeby zawalczyć o takie tematy jak ekologia, prawa zwierząt czy równouprawnienie płacowe kobiet. Radykalna prawicowość zawsze była dla Kaczyńskiego wyłącznie narzędziem do osiągania konkretnych politycznych celów, a nie obsesją, dla której byłby gotów poświęcić wszystko, co tylko trzeba. Planem prezesa PiS-u byłoby takie poszerzenie koalicji rządzącej (np. o polityków Kukiz'15, PSL albo Konfederacji), żeby Ziobro przestał być mu niezbędny. Wtedy można byłoby go zmarginalizować albo nawet wyrzucić. Jednocześnie budując namiastkę Solidarnej Polski w szeregach PiS-u (np. z radykalnym posłem Przemysławem Czarnkiem na czele), Kaczyński upiekłby dwie pieczenie przy jednym ogniu - zachował wpływy w ultraprawicowym elektoracie, a także pozbył się groźnego i nieprzewidywalnego koalicjanta.