Margot o pobycie w areszcie. "Strażnicy po kilkanaście razy wchodzili do celi, by mnie musztrować"

"Przez pierwsze kilka dni część współosadzonych krzyczało w moją stronę obelgi i groźby, ale szybko im się to znudziło [...]. Prawie wszyscy współwięźniowie zwracali się do mnie żeńskimi zaimkami, czego nie mogłam wyegzekwować ze strony służby więziennej" - powiedziała Margot w rozmowie z miesięcznikiem "Vogue". W piątek sąd przychylił się do wniosku obrony i zwolnił z aresztu aktywistkę "Stop Bzdurom".

Margot zatrzymano 7 sierpnia w związku z uszkodzeniem furgonetki Fundacji Pro - Prawo do Życia (prezentującej jawnie homofobiczne hasła) oraz szarpaniny z jej kierowcą. Sąd Okręgowy w Warszawie zdecydował o dwumiesięcznym areszcie dla aktywistki "Stop Bzudrom". W ubiegły piątek inny skład sędziowski orzekł, że Margot może wyjść na wolność. 

>>>Margot zwolniona z aresztu tymczasowego. "Halo, panie Ziobro, pora się obudzić!"

Członkini kolektywu "Stop Bzdurom", mimo że sama zgłosiła się do funkcjonariuszy, została zatrzymana dopiero podczas manifestacji na Krakowskim Przedmieściu. W jej obronie stanęli protestujący, którzy próbowali zablokować przejazd radiowozu. Do stołecznych komisariatów trafiło wówczas jeszcze 48 osób. 

Margot o pobycie w areszcie: Strażnicy po kilkanaście razy wchodzili do mojej celi, tylko po to, żeby mnie musztrować.

Pierwszego wywiadu po opuszczeniu aresztu Margot udzieliła miesięcznikowi "Vogue". Na jego łamach opowiedziała m.in. o pierwszych chwilach po zatrzymaniu przez policję.

"Po aresztowaniu zostałam przywieziona na komendę policji na Muranowie, gdzie wszyscy krzyczeli, że muszą załatwić wszystkie formalności jak najszybciej i wywieźć mnie z Warszawy, zanim pojawią się tu kolejni protestujący. W niespełna godzinę zostałam zabrana do aresztu śledczego w Wołominie. Podczas podróży samochodem jedna z policjantek oglądała na telefonie film o tym, jak policja rozrzucała protestujących, którzy próbowali zatrzymać samochód ze mną w środku. W pewnym momencie, rozsyłając nagranie do swoich kolegów na WhatsAppie [komunikatorze internetowym - red.], przez przypadek wrzuciła nagranie na facebookowe stories. Dopiero na miejscu zauważyła, co się stało i je usunęła" - powiedziała Margot. 

Zobacz wideo Protesty po aresztowaniu Margot

Później aktywistkę przewieziono do aresztu śledczego na Białołęce. "Strażnicy byli bardzo nieprzyjemni. Po kilkanaście razy wchodzili do mojej celi, tylko po to, żeby mnie musztrować. Później trafiłam w ręce psycholożki, która bardzo chciała mi pomóc, ale prosiła, żebym nie posługiwała się swoimi zaimkami i imieniem, żeby nie ujawnić tożsamości. Jej prośba na nic się zdała, bo już przy pierwszym kontakcie z innymi więźniami wszyscy mnie rozpoznali" - relacjonuje Margot.

Ostatecznie Margot trafiła do zakładu karnego w Płocku, gdzie przebywała już do rozprawy. Tam spotkała się jednak z dużo większą życzliwością. "Zapytano mnie nawet o preferowane zaimki. Dostałam izolowaną celę, poprosiłam o dietę wegańską, trzymano mnie z daleka od innych więźniów. Nie przyniosło to efektu -już kilka dni później całe więzienie wiedziało, że tu jestem" - wspomina.

"Przez pierwsze kilka dni część współosadzonych krzyczało w moją stronę obelgi i groźby, ale szybko im się to znudziło. Później kilka razy zaczepiano mnie tekstami w stylu: 'Co tam Margareta?' czy 'Jak masz na imię, dziewczynko?'. Prawie wszyscy współwięźniowie zwracali się do mnie żeńskimi zaimkami, czego nie mogłam wyegzekwować ze strony służby więziennej" - powiedziała  w rozmowie z "Vogue". Dodała, że zaraz po tym, jak trafiła do Płocka, rozpoczęła strajk głodowy. Przerwała go pod dwóch tygodniach na prośbę obrońców. 

"Sam pobyt w więzieniu był paradoksalnie bardzo spokojnym czasem. Przez większość dni czułam zwyczajną nudę, więc pisałam licencjat i listy, których nie dane mi było wysłać. Planowałam też nasze dalsze działania. To było produktywne zawieszenie. Potrzebowałam go, choć nie w takim wydaniu" - wyjaśniła.

Margot: Pod moim mieszkaniem i mieszkaniami znajomych kręcą się tajniacy

W wywiadzie dla "Vogue" Margot przyznała, że rozczarowało ją to, w jaki sposób media zareagowały na jej zatrzymanie. "O ile po prawicowych mediach nie spodziewałam się za wiele, to zaskoczyło mnie, że tytuły bardziej liberalne poświęciły uwagę samemu aresztowaniu i misgenderingowi, jednocześnie potępiając nasze metody" - oceniła Margot. Podobne zdanie wyraziła również o większości polityków. "Nikt nigdy nie wywalczył sobie praw, siedząc grzecznie w kącie. Wszystkie rewolucje były splamione krwią osób, które wiedziały, że inaczej nie można. A przekonanie, że można to zrobić 'ładnie', jest fałszywe i powtarzane przez tych, którzy, gdy tamci ginęli za zmianę, stali grzecznie obok, nie wychylając się" - stwierdziła Margot. 

Aktywistkę zapytano też, jak widzi teraz swoją przyszłość. "Mam poczucie, że nie dożyję starości. Czuję, że ktoś mnie w tym kraju zabije. Za każdym razem, gdy ktoś nazywa mnie bojówkarką albo terrorystką, mam poczucie, że ta wizja staje się coraz bardziej realna. Ale nie mam czasu się bać. Urodziłam się tutaj. Jestem Polką, chrześcijanką w homofobicznym kraju. Chcę coś zrobić, zanim to się wydarzy [...]. Nie mamy siły, żeby zmienić pół Polski i przekonać ją, że jesteśmy takimi ludźmi jak one. Dlatego chcę wykorzystać swój czas w pełni i mieć poczucie, że zrobiłam tyle, ile mogłam" - podkreśliła. 

"Na każdym kroku towarzyszy nam policja, krążą radiowozy. Pod moim mieszkaniem i mieszkaniami znajomych kręcą się tajniacy. To najlepszy moment, żeby zrobić sobie przerwę. Skupić na codziennej pracy. Nie martwię się, bo widzę, że w dziesiątkach miejscach w Polsce nasza społeczność zaczęła się organizować. To jest optymistyczne. Teraz inni zrobią robotę, odwrócą uwagę, a ja wrócę prosto w dym" - powiedziała Margot w wywiadzie dla "Vogue". 

Więcej o: