"Brudy pierzcie w domu". Co przeszkadza prawicy w konwencji stambulskiej? [ÓSMY DZIEŃ MIESIĄCA]

W lipcu przedstawiciele rządu poinformowali, że rozważają wypowiedzenie konwencji stambulskiej - międzynarodowego dokumentu, w którym spisano zasady przeciwdziałania przemocy wobec kobiet. Minister Zbigniew Ziobro stwierdził, że dokument "uderza w tradycyjne wartości" i zagraża rodzinie, a poseł Kamil Bortniczuk - że konwencja "jest dla dziczy". Co polskiej prawicy przeszkadza w dokumencie i dlaczego część polityków chciałaby, żeby w Polsce "brudy prano w domu"?

Czytasz artykuł związany z cyklem "Ósmy dzień miesiąca". Począwszy od Dnia Kobiet 2019, co miesiąc publikujemy teksty dotyczące równouprawnienia płci i walki ze stereotypami. Wszystkie "Ósme dni miesiąca" znajdziesz tutaj.

"Genderowy bełkot", "lewicowy koń trojański", "tykająca bomba ideologiczna", "neomarksistowski manifest", "Konwencja jest dla dziczy. Polkę uchroni polski mężczyzna" - te wypowiedzi padały w ostatnich tygodniach z ust polityków Zjednoczonej Prawicy w kontekście konwencji stambulskiej, czyli konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny ocenił, że to pierwszy "instrument narodowy, który tworzy globalne ramy prawne na rzecz zapobiegania przemocy, ochrony ofiar i karania sprawców". Został opracowany przez Radę Europy i ratyfikowany przez Polskę w 2015 roku. Jego zadaniem jest stworzenie ram prawnego przeciwdziałania przemocy domowej (w szczególności tej, która dotyka kobiety - w konwencji jasno to zaznaczono, bo według statystyk to właśnie kobiety są poszkodowane przez sprawców przemocy kilkukrotnie częściej, niezależnie od kraju), "położenie kresu bezkarności sprawców" i ochronę ofiar. Zapisy konwencji wskazują również, że przemoc domowa nie jest sprawą prywatną, a państwa mają obowiązek działać aktywnie na rzecz jej zapobiegania. Dotychczas podpisały ją wszystkie kraje Rady Europy z wyjątkiem Azerbejdżanu i Rosji. Dokument ratyfikowały 34 z nich. Co sprawiło, że akurat teraz w Polsce pojawił się pomysł, żeby konwencję wypowiedzieć?

Zobacz wideo Nowacka o konwencji stambulskiej: To nie jest temat polityczny. Konwencja Rady Europy to ramy europejskie, które mają pomóc ofiarom przemocy

W czym konwencja stambulska przeszkadza prawicy? Ordo Iuris twierdzi, że "podważa autonomię rodziny"

Za inicjatywą wypowiedzenia konwencji stoi skrajnie prawicowa organizacja Ordo Iuris - ta sama, której przedstawiciele domagali się wcześniej m.in. zaostrzenia prawa antyaborcyjnego i przygotowali projekt Samorządowej Karty Praw Rodzin, za którą stoją tzw. uchwały anty-LGBT przyjęte głosami radnych przez niektóre gminy i miasta (ogłosiły się one "strefami wolnymi od LGBT"). Tym razem jeszcze w czerwcu tego roku Ordo Iuris zaczęła zbierać podpisy pod petycją w sprawie wypowiedzenia konwencji stambulskiej, argumentując, że "podważa ona tożsamość i autonomię rodziny" i "nakazuje, by władze wykorzeniały tradycje i zwyczaje dotyczące ról kobiet i mężczyzn". Zaledwie miesiąc później narrację o konieczności wypowiedzenia konwencji podchwycili przedstawiciele rządu - a zwłaszcza obóz ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry. On sam podnosił, że konieczne są szybkie działania, bo "są różne konsekwencje tej konwencji, na przykład prowadzi ona do operacji politycznych w obszarze edukacji i wychowania młodzieży, które stwarzają zagrożenie dla pewnej moralnej aksjologii". Ostatecznie premier Mateusz Morawiecki skierował do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie zgodności konwencji z polską konstytucją. - Pojawia się wiele głosów, że godzi ona w nasz porządek prawny, ma ideologiczne podłoże, niewłaściwie definiuje źródła przemocy - uzasadnił. Nie wiadomo, kiedy TK wyda rozstrzygnięcie w sprawie - nie ma na to przewidzianego terminu.

W preambule i zapisach konwencji stambulskiej znalazło się wiele sformułowań, w których po raz pierwszy poświęcono dużą uwagę przemocy wobec kobiet i w jasny sposób określono m.in., że:

przemoc wobec kobiet jest manifestacją nierównego stosunku sił pomiędzy kobietami a mężczyznami na przestrzeni wieków, który doprowadził do dominacji mężczyzn nad kobietami i dyskryminacji tych ostatnich, a także uniemożliwił pełną poprawę sytuacji kobiet
przemoc wobec kobiet stanowi jeden z podstawowych mechanizmów społecznych, za pomocą którego kobiety są spychane na podległą wobec mężczyzn pozycję
kobiety i dziewczęta są często narażone na poważne formy przemocy takie jak: przemoc domowa, molestowanie seksualne, gwałt, małżeństwo z przymusu, tak zwane "przestępstwa w imię honoru" i okaleczanie narządów płciowych

Jak ocenił Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny, twórcy konwencji wzięli pod uwagę, że przemoc wobec kobiet niezależnie od kraju jest "głęboko osadzona w nierównościach między płciami", a utrwala ją m.in. patriarchalna kultura, która utwierdza kobiety w przekonaniu, że odejście od sprawcy przemocy mogłoby być wymierzone w jedność rodziny. Co konkretnie przeszkadza polskiej prawicy w międzynarodowym dokumencie? 

Nieistniejąca "ideologia gender" i "uderzenie w tradycję"

Przedstawiciele Ordo Iuris posługują się stwierdzeniami, które nie znajdują odniesienia w zapisach dokumentu - wskazują m.in., że konwencja to "manifest o charakterze polityczno-ideologicznym, a nie pomocowym, który promuje wartości szkodliwe dla Polski i polskiego społeczeństwa". Chodzi tu o zapis pierwszego punktu artykułu 12 konwencji, w którym podkreślono, że państwa przystępujące do niej będą działały na rzecz "wykorzeniania praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn". Prowadzi on m.in. do przemocy ekonomicznej, co tłumaczyła w rozmowie z Gazeta.pl prezeska Centrum Praw Kobiet, Urszula Nowakowska. - Bardzo wiele kobiet nie decyduje się na podjęcie decyzji o zgłoszeniu, bo nie ma się gdzie podziać, są zależne ekonomicznie od swoich oprawców. Mówią o tym wprost i pytają: "Co ja zrobię? gdzie ja pójdę? To jego mieszkanie, u rodziców nie ma warunków, abym mogła się tam wprowadzić, a na wynajem mnie nie stać" - wskazywała.

Środowiska prawicowe twierdzą też, że "szkodliwy dla polskiej rodziny" jest inny zapis konwencji, punkt 5 artykułu 12: "strony zapewnią, by kultura, zwyczaj, religia, tradycja lub tzw. 'honor' nie były uznawane za usprawiedliwiające wszelkie akty przemocy objęte zakresem niniejszej konwencji". Eksperci są jednak zgodni, że to właśnie stereotyp, by ofiary za wszelką cenę wybaczały sprawcom w imię "dobra rodziny", najbardziej szkodzi poszkodowanym. Problemem jest też brak edukacji i utrzymywanie przekonania, że przemoc w domu jest powodem do wstydu i nie powinny o niej wiedzieć żadne osoby z zewnątrz. 

Prawica - z politykami wielu polityków PiS i Zjednoczonej Prawicy na czele - upatruje też w konwencji stambulskiej zagrożenia w postaci bliżej nieokreślonej "ideologii gender". To sformułowanie nie istnieje - nie potwierdzają go żadne źródła naukowe, nie ma go też w żadnym z punktów międzynarodowego dokumentu. W konwencji stambulskiej znalazł się jedynie zapis, że konwencja przeciwdziała przemocy popełnianej ze względu na płeć (tj. kierowanej przeciwko kobietom, ale nie tylko im - w konwencji jasno wskazano, że ofiarami przemocy domowej padają także mężczyźni), a jej wdrożenie jest gwarantowane bez dyskryminacji ze względu pochodzenie, wiek, orientację seksualną, poglądy polityczne, religię, przynależność do mniejszości narodowej czy bez względu na płeć biologiczną bądź kulturowo-społeczną. "Gender", czyli płeć, pojawia się w zapisach konwencji wyłącznie w tym kontekście. Reszta poświęcona jest kwestiom zapobiegania przemocy. Sama definicja płci społeczno-kulturowej wskazuje, że przemoc ma swoje źródła nie w różnicach biologicznych, a właśnie w stereotypach związanych z płcią i rolami kobiet czy mężczyzn. 

"Wielu chłopów wciąż ma podejście jak w tym przysłowiu: 'Jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije'"

Ostatni argument przeciwko konwencji stambulskiej formułowany przez prawicę dotyczy statystyk przemocy domowej w krajach, w których obowiązuje ona od dłuższego czasu. "W państwach, które od lat przyjęły podobny model przeciwdziałania przemocy, jak Szwecja czy Norwegia, notuje się najwyższe w Europie wskaźniki przemocy domowej" - przekonuje Ordo Iuris. Eksperci alarmują - to nieprawda, że niższe statystyki dotyczące zgłoszeń przestępstw przemocy domowej oznaczają lepszą sytuację ofiar. Wręcz przeciwnie, wysoki współczynnik zgłoszeń świadczy o tym, że obywatelki danego państwa mają większe zaufanie do organów państwa i lepsze wsparcie, a niskie statystyki - o tym, że ofiary przemocy nie zwracają się po pomoc z obawy przed wykluczeniem czy innymi konsekwencjami z tego powodu. Na statystyki ma także obowiązujący w danym państwie sposób, w jaki zliczane są popełniane przestępstwa - w niektórych krajach, np. w Szwecji, każdy z gwałtów liczony jest jako osobne przestępstwo.

Podobnie jest z danymi demograficznymi. Według danych Niebieskiej Karty 58 proc. ze wszystkich 74 313 razy przypadków, w których wszczęto procedurę wobec sprawcy, dotyczyło zgłoszeń odnotowanych w miastach, a tylko 42 procent - na wsiach. Nie oznacza to jednak, że przypadków przemocy jest tam mniej. Wręcz przeciwnie, zdaniem ekspertów przyczynia się do tego m.in. ograniczony dostęp do edukacji i do ośrodków świadczących pomoc, a przede wszystkim - ogromne uzależnienie ekonomiczne ofiar od sprawców. Potwierdzenia nie znajdują też słowa Zbigniewa Ziobry, który stwierdził: 

Wystarczy spojrzeć na strukturę przestępczości w Polsce, aby zobaczyć, że w tych województwach, w których wpływy tradycji i religijność są największe, jest najniższa przestępczość z użyciem przemocy wobec kobiet

Nie jest to prawda, a przynajmniej - statystyki nie pokrywają się z rzeczywistością. Przykładem może być mocno zakorzenione w tradycji Zakopane, którego radni dziesięciokrotnie sprzeciwiali się uchwaleniu ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, pozwalającej na wdrażanie procedury Niebieskiej Karty. Powoływano się na to, że "zagrozi ona jedności rodziny". - Radni umywają ręce. Dla nich kobieta tylko do rodzenia się nadaje, a mąż może wszystko, wielki pan. I wielu chłopów na Podhalu wciąż ma takie podejście do rodziny jak w tym przysłowiu: "Jak się baby nie bije, to wątroba jej gnije" - mówiła w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" Maria Gruszkowa, prezeska Stowarzyszenia Obrony Praw Obywateli Powiatu Tatrzańskiego.

Kobiety mają dość. "Człowiek zaczyna się bać", "pokazują, że przemoc jest w porządku"

Po tym, jak rząd zaczął się zastanawiać nad wypowiedzeniem konwencji stambulskiej, stanowczo zaprotestowały organizacje zajmujące się na co dzień przeciwdziałaniem przemocy, m.in. Centrum Praw Kobiet i Niebieska Linia. Zgodnie twierdziły one, że polski system nie jest idealny pod względem przeciwdziałania przemocy, ale każde działanie zmierzające do wypowiedzenia międzynarodowej umowy będzie legislacyjnym i symbolicznym krokiem wstecz. Może też pokazać sprawcom, że są bezkarni, a przedstawicielom organów państwa dać przyzwolenie na deprecjonowanie przemocy i określanie jej mianem konfliktu w rodzinie. Za tym może pójść np. stwarzanie trudności w udzielaniu rozwodów. Zdaniem wymienionych organizacji Polska nie tylko nie powinna wypowiadać konwencji stambulskiej, lecz także jak najszybciej wdrożyć wszystkie jej postanowienia - m.in. zdefiniować w swoim ustawodawstwie przemoc ekonomiczną i usprawnić system izolowania ofiary of sprawcy.

Wbrew standardom przyjętym w konwencji stambulskiej w Polsce wciąż praktykuje się mediacje między sprawcą a ofiarą; mamy do czynienia z orzeczeniami ustalającymi miejsce pobytu dzieci w miejscu zamieszkania sprawcy. W polskim prawie, aby udowodnić gwałt, ofiara musi wykazać, że do czynu karalnego doszło z użyciem przemocy, groźby bezprawnej lub podstępu, podczas gdy konwencja mówi, że za gwałt należy uznać zachowania seksualne, na które druga strona nie wyraża zgody

- podaje Centrum Praw Kobiet.

W geście protestu przed wypowiedzeniem konwencji na ulice polskich miast - m.in. Warszawy, Poznania czy Wrocławia - wyszły pod koniec lipca kobiety z transparentami "Nie dla legalizacji przemocy", "Piekło kobiet", "Łapy precz od konwencji", "Bił aż zabił".

Zapytaliśmy Polki, co myślą o dyskusji na temat wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej.

- Mam dość tego, co PiS robi z dyskusją o prawach kobiet. Samo rozważanie tego, czy powinno się wypowiedzieć konwencję stambulską, jest dla mnie nie do przyjęcia. Nawet jeśli do tego nie dojdzie, to do rodzin w Polsce wysyła się sygnał: "Pierzcie swoje brudy w domu". Czy za chwilę będziemy też dyskutowali o wypowiedzeniu konwencji praw człowieka? Najpierw były ataki na osoby LGBT, teraz mówi się nam, że przeciwdziałanie przemocy to "walka z tradycją". Człowiek zaczyna się bać - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Marta, która była na proteście przed siedzibą Ordo Iuris.

Małgorzata dodaje: "Mam wrażenie, że wykreowali awanturę na siłę. Nie zgłębiałam się szczegółowo w zapisy konwencji, ale jestem za niewypowiadaniem jej, jeśli mogłaby pomóc choć jednej osobie".

W Polsce niby prowadzona jest polityka prorodzinna, ale w gruncie rzeczy nikogo nie obchodzi, jaka ta rodzina tak naprawdę jest. Ma być i koniec. A czy pojawiają się alkohol, przemoc, molestowanie, a nawet skrajna patologia, to już nieistotne. Moim zdaniem wypowiedzenie konwencji dałoby sprawcom przemocy przyzwolenie, a ofiarom całkowicie odebrałoby wolną wolę i drogę ucieczki. Chęć wypowiedzenia konwencji pokazuje, że przemoc jest w porządku - dla mnie to bardzo wyraźny komunikat ze strony rządu

- mówi Kasia. - Zdaniem prawicy w kwestii legalnego przerywania ciąży nie powinnyśmy mieć władzy nad własnym ciałem, ale jak ktoś nas bije, to już powinna to być wyłącznie nasza sprawa. Jak przychodzi co do czego, to kobiety są pozostawione same sobie - bez pomocy, a co gorsza bez możliwości wyboru - dodaje.

Czy Polska może wypowiedzieć konwencję stambulską? Co by się wtedy stało?

Kraje, które wdrożyły konwencję stambulską, powinny robić wszystko, by dostosować swoje prawodawstwo do międzynarodowego dokumentu. W 2018 roku organizacja Amnesty International opublikowała analizę, której autorzy wskazywali, że Polska nadal nie ma w swoim prawie m.in. definicji przemocy ekonomicznej, a także nie wdrożyła skutecznych mechanizmów izolacji sprawców przemocy od osób poszkodowanych. Wskazano również na braki w edukacji antydyskryminacyjnej i antyprzemocowej, które - zdaniem autorów konwencji - stanowią ważny filar przeciwdziałania przemocy,

W polskim prawie są przepisy regulujące kwestię przeciwdziałania przemocy w rodzinie (m.in. ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie z dnia 29 lipca 2005 roku, a także nowelizacja ustawy antyprzemocowej z dnia 30 kwietnia 2020 roku), a w kodeksie karnym są zapisy, które regulują kwestię karania sprawców przemocy. Ale konwencja stambulska zbiera w jeden dokument najważniejsze prawa przeciwdziałające przemocy i jest swojego rodzaju zbiorem wytycznych oraz zobowiązaniem dla wszystkich państw ratyfikujących ją. Prawnicy i eksperci z biurem Rzecznika Praw Obywatelskich na czele są zgodni, że wycofanie się z konwencji oznaczałoby zmniejszenie presji na Polskę ws. wdrażania przepisów mających za zadanie ochronę osób poszkodowanych przez sprawców przemocy.

Formalnie Polska ma możliwość wypowiedzenia konwencji - potrzebne byłoby przygotowanie i przyjęcie ustawy w tej sprawie przez Sejm. Jeśli prezydent złożyłby pod nią podpis, Polska musiałaby się jeszcze liczyć z pytaniami, które może zadawać w sprawie decyzji Rada Europy. Pozostaje też kwestia wizerunkowa, która - jak wynika z doniesień z obozu władzy - najmocniej stopuje rządzących przez zrobieniem ostatecznego kroku w stronę wypowiedzenia dokumentu. Niemal natychmiast, gdy w Polsce rozpoczęła się dyskusja o możliwym wypowiedzeń konwencji, kwestię tę odnotowały zagraniczne media. Sekretarz generalna Rady Europy Marija Pejcinović Burić stwierdziła, że plan wyjścia polskich władz z traktatu jest "alarmujący", a były premier Belgii Guy Verhofstadt określił zamiary Polski ws. wypowiedzenia konwencji jako "skandaliczne". "Przemoc nie jest tradycyjną wartością. UE i wszyscy jej członkowie podpisali ją, bo Europa opowiada się za prawami człowieka, równością i przyzwoitością” - dodał.