PiS na kursie kolizyjnym z górnikami. "Na pewno będzie ostro, ale nie ma zmiłuj"

Przez lata Prawo i Sprawiedliwość pozycjonowało się jako obrońca górników i energetyki opartej na węglu. Unia Europejska odchodzi jednak od węgla, co stawia PiS w bardzo trudnym położeniu. Po jednej stronie znajdują się miliardy euro z unijnej kasy, a po drugiej perspektywa konfliktu z górniczymi związkowcami.

To nie jest łatwy, lekki i przyjemny tydzień ani dla PiS-u, ani dla rządu Mateusza Morawieckiego. Wszystko za sprawą sporu z górniczymi związkowcami o przyszłość Polskiej Grupy Górniczej (PGG). Jak informował 26 lipca serwis BiznesAlert.pl, rząd zakładał bolesną restrukturyzację PGG, nad którą zawisło widmo bankructwa.

Plan ratunkowy miał obejmować zamknięcie dwóch kopalń – KWK Ruda (składająca się z trzech ruchów - Bielszowice, Halemba, Pokój) w Rudzie Śląskiej oraz KWK Wujek (śląska kopalnia-symbol, pacyfikowana w czasie stanu wojennego) w Katowicach. Obie od dawna przynoszą straty. Jak wylicza BiznesAlert.pl - w latach 2010-19 KWK Ruda była 2,27 mld zł "pod kreską", a KWK Wujek 232 mln zł. Na zamknięciu kopalń zmiany miały się nie skończyć. Dodatkowo w PGG na cztery lata planowano "zamrożenie" "czternastek", z kolei wynagrodzenie (konkretnie 30 proc. pensji) miało być powiązane z wydajnością pracy.

Zobacz wideo Dlaczego Polska sprowadza węgiel z Rosji i Mozambiku, chociaż ma nadprodukcję krajowego surowca?

Brutalna restrukturyzacja

Jak łatwo się domyślić, takie warunki ustawiły rząd i prowadzącego negocjacje z ramienia rządu wicepremiera oraz ministra aktywów państwowych Jacka Sasina na kursie kolizyjnym z górniczymi związkowcami.

Upadłość PGG to będzie czwarte i piąte powstanie śląskie

- odgrażał się przed spotkaniem Dominik Kolorz, szef Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ "Solidarność".

Jeżeli prezentowane rozwiązania będą takie, jak od wczoraj znamy z mediów, to spotkanie będzie krótkie

- zapewnił.

Stanowczy opór branży górniczej i związków zawodowych najwyraźniej wystraszył premiera Sasina. Przynajmniej na razie. Nasi rozmówcy, którzy uczestniczyli w spotkaniu z ministrem aktywów państwowych, relacjonują, że drakoński plan ratunkowy, który miał zaprezentować zarząd PGG, nie wszedł w życie. Wicepremier zapewnił też stronę społeczną, że rząd nie planuje likwidować branży górniczej do 2036 roku.

Ustalono też, że powstanie specjalny zespół, którego celem będzie wypracowanie strategii naprawczej dla polskiego górnictwa. Do 30 września zespół ten ma przygotować plan naprawczy dla PGG. W skład zespołu wejdą strona rządowa, strona społeczna i strona pracodawców (zarząd PGG). Od naszych informatorów dowiadujemy się, że w prace zespołu mogą zostać zaangażowani również parlamentarzyści PiS-u z ziemi śląskiej, którzy mocno zaangażowali się w sprawę po stronie górników.

Wreszcie wicepremier Sasin winą za napiętą atmosferę obarczył... media. Oskarżył bowiem dziennikarzy o rozpowszechnianie fake newsów dotyczących rządowej strategii restrukturyzacji sektora górniczego. Jednocześnie zapewnił, że rząd nie miał w planach ani likwidacji kopalń, ani wstrzymania "czternastek", ani powiązania wynagrodzeń z efektywnością pracy.

Byle nie do wyborów

Rzecz w tym, że zaprzeczają temu politycy PiS-u, z którymi rozmawialiśmy. O tym, że będzie trzeba usiąść do bardzo trudnych rozmów z górnikami, było wiadomo już na początku roku.

Otwarcie mówiło się, że będzie trzeba przemyśleć formułę działania kopalń, sposób ich finansowania, przyszłość w kwestii polityki gospodarczej i klimatycznej

- mówi jeden z naszych rozmówców.

Jednak do 12 lipca absolutnym priorytetem była kampania prezydencka i reelekcja Andrzeja Dudy. Rozpętanie w środku kampanii wojny z górnikami byłoby gotowym przepisem na klęskę obozu "dobrej zmiany". Wszak nie od dziś w polskiej polityce funkcjonuje powiedzenie, że wybory wygrywa ten, kto wygrywa na Śląsku. Kiedy wybory udało się wygrać, można było wrócić do odkładanych od miesięcy planów.

Mówi polityk PiS-u zajmujący się branżą energetyczną:

30 proc. środków w obecnej unijnej perspektywie finansowej już na starcie jest określone i skierowane na realizację założeń Europejskiego Zielonego Ładu, którego filarami są OZE i wodór. Dlatego musimy coś wreszcie zrobić z polskim górnictwem. Inaczej koszty będą gigantyczne. Nie po to Bruksela przeznacza aż 30 proc. środków na Zielony Ład, żebyśmy bezrefleksyjnie pompowali miliardy złotych w nierentowne kopalnie.

- Z naszej strony było oczekiwanie, żeby program PGG był skorelowany z programem całego górnictwa. Trudno mówić o jednej kopalni, gdy problem dotyczy znacznie szerszego aspektu - importu węgla, miksu energetycznego, polskiego rynku energii - słyszymy od jednego z prominentnych związkowców, który uczestniczył w spotkaniu z wiceszefem rządu.

Problem z "polskim złotem"

Dla PiS-u obecna sytuacja jest niezwykle niewygodna. Przez całe lata partia Jarosława Kaczyńskiego budowała się politycznie m.in. w oparciu o górników i przemysł ciężki. PiS politycznie korzystało na tym, że rząd PO-PSL - podobnie jak i żaden rząd po 1989 roku - nie potrafił zaradzić problemom branży górniczej.

Jednoznacznych deklaracji polityków obecnej władzy wobec górników było mnóstwo. Wystarczy wspomnieć pamiętne słowa prezydenta Andrzeja Dudy skierowane do pracowników Tauronu Wydobycie w grudniu 2018 roku.

Węgiel to największy skarb Polski

- zachwalała głowa państwa. Na tym jednak prezydent Duda nie poprzestał, padła też jednoznaczna deklaracja:

Proszę się nie martwić, dopóki ja pełnię w Polsce urząd prezydenta, nie pozwolę na to, aby ktokolwiek zamordował polskie górnictwo

Rzecz w tym, że w dobie kryzysu gospodarczego i przy restrykcyjnym podejściu Brukseli do kwestii transformacji energetycznej - to oczko w głowie nowych władz UE - znacznie ciężej grać rolę dobrego wujka, który nie patrząc na realia ekonomiczne, dosypuje pieniędzy do worka bez dna, jednocześnie uciekając od rozwiązań strukturalnych i systemowych.

Nasi rozmówcy z rządu i z otoczenia premiera Morawieckiego stawiają sprawę jasno: polskie władze są dzisiaj między młotem a kowadłem. Konkretnie: między unijną strategią energetyczną a oczekiwaniami górniczych związków zawodowych. Co więcej, PGG będzie starało się o opiewającą na 1,75 mld zł pomoc z Polskiego Funduszu Rozwoju, ale na to musi wyrazić zgodę Bruksela. Zapowiadają się więc arcytrudne negocjacje.

Sytuację polskiej branży górniczej dodatkowo komplikuje fakt, że koszty wydobycia węgla stale rosną, a jego cena rynkowa pozostaje niemal bez zmian. Wedle danych katowickiego oddziału Agencji Rozwoju Przemysłu, w 2019 roku koszt produkcji jednej tony węgla wynosił 345,98 zł, podczas gdy rynkowa cena tony węgla kamiennego (energetycznego i koksującego łącznie) wynosiła 349,66 zł.

Dodając do tego fakt, że polski węgiel jest droższy i gorszej jakości od tego zagranicznego, okazuje się, że wydobywamy surowiec, z którym później nie ma co zrobić. Obecnie na zwałach w kopalniach i elektrowniach zalega 15 mln ton węgla. W 2020 roku nadprodukcja surowca wyniesie 4 mln ton, w 2021 roku - 7 mln. Poważne ograniczenie wydobycia nie jest już kwestią ideologiczną czy polityczną, staje się po prostu oczywistością ekonomiczną.

Ostrożnie ze Śląskiem

Na to wszystko nakładają się jeszcze realia ekonomiczne. Budżet państwa po kilku odsłonach "Tarczy Antykryzysowej" jest napięty do granic możliwości. Zwyczajnie nie ma już możliwości, żeby lekką ręką rzucić górnikom setki milionów albo nawet miliardy złotych.

Realia ekonomiczne są bardzo poważne i bardzo trudne

- słyszymy od jednego z polityków PiS-u.

Nawet gdybyśmy chcieli, to nie mamy jak ich zignorować

- dodaje.

Jako państwo nie mamy wyjścia, musimy zrestrukturyzować nasz mix energetyczny. Musi nastąpić u nas jakaś refleksja nad przemysłem wydobywczym - zwłaszcza węgla kamiennego i brunatnego

- podkreśla inne z naszych źródeł w obozie rządzącym. - Tak musi być, bo jeśli tego nie zrobimy, dostaniemy potwornie po kieszeni - słyszymy.

Politycy PiS-u, z którymi rozmawiamy, nie mają złudzeń - jeśli w kwestii branży górniczej mają zapaść odważne, przełomowe, ale i trudne decyzje, musi się to stać w ciągu najbliższego roku. Później - jak słyszymy - zrobi się połowa kadencji i na Nowogrodzkiej górę wezmą polityczne kalkulacje przed kolejnym cyklem wyborczym.

W całej tej polityczno-gospodarczej układance jest kwestia samego Śląska. Od lat w polskiej polityce panuje przekonanie, że to kluczowy dla każdej kolejnej władzy region, bez poparcia którego nie sposób wygrać wyborów. Prof. Jarosław Flis, socjolog i ekspert od systemów wyborczych z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zauważa, że górnicy to jedna z ostatnich "wielkich firm z mocno ukształtowaną tożsamością zbiorową, na którą składa się tożsamość regionalna, kult zawodu i głęboka instytucjonalizacja przejawiająca się w silnych i dobrze zorganizowanych związkach zawodowych".

To także 3,38 mln uprawnionych do głosowania (dane PKW z ostatnich wyborów prezydenckich). Więcej wyborców (4,59 mln) jest tylko na Mazowszu. Fakt nie do przecenienia, jeśli planuje się kolejne zwycięskie kampanie wyborcze.

Na pewno Śląsk nie odgrywa już politycznie takiej roli jak za Gierka, ale to wciąż największy zurbanizowany obszar w Polsce i licząca ponad 2 mln ludzi aglomeracja

- zauważa prof. Flis, dodając, że na Śląsku "od zawsze jest to napięcie - czy Śląsk zostanie, czy nie zostanie zignorowany przez władzę".

Śląsk bardzo docenia bycie docenionym i to jest kluczowy element przesądzający o tym, że warto o niego zabiegać. Śląsk silnie odwzajemnia uczucia każdej kolejnej władzy. A że jest silny i duży, to postępowanie z nim wymaga sporej dozy ostrożności

- analizuje socjolog.

Czy PiS zachowa należytą ostrożność?

Jeżeli realia gospodarcze wymuszą trudne decyzje, to je podejmiemy. Nie ma zmiłuj

- słyszmy od polityka z Nowogrodzkiej. Twarzą tych trudnych decyzji może być nie kto inny jak wicepremier Sasin.

Jacek to żołnierz prezesa, wykona każdy rozkaz

- zapewnia nasz rozmówca.