Rząd premiera Morawieckiego największy po 1989 roku. Tylu ministerstw nie było w żadnym gabinecie [WYKRES DNIA]

Tuż po wyborach prezydenckich ruszyły spekulacje dotyczące nadchodzącej rekonstrukcji rządu. Oficjalna wersja brzmi, że Zjednoczona Prawica chce odchudzić administrację i zadbać o lepszą organizację pracy. Nic dziwnego, drugi rząd Mateusza Morawieckiego jest największym w historii III RP.

Jarosław Kaczyński nie jest zadowolony ze stylu pracy rządu. Dał temu wyraz od razu po wyborach prezydenckich, zabierając głos w sprawie planowanej rekonstrukcji gabinetu Mateusza Morawieckiego.

Premier zostaje, ale rząd ma być inaczej skonstruowany, w sposób taki, który zlikwiduje stan, w którym niektóre decyzje są podejmowane w kilku ministerstwach, muszą przejść przez kilka ministerstw

- zapowiedział na antenie Programu Pierwszego Polskiego Radia.

Pewne ciągi decyzyjne są rozproszone, to do niczego dobrego nie prowadzi

- podkreślił.

Jakie są cele rekonstrukcji? Można wskazać kilka. Po pierwsze, skoro w kierownictwie Zjednoczonej Prawicy są zastrzeżenia do sposobu funkcjonowania rządu, to na podjęcie działań naprawczych nie ma lepszego momentu niż tuż po wygraniu arcyważnych wyborów prezydenckich. Po drugie, Zjednoczona Prawica dała sobie czas do końca roku na "ułożenie" spraw w koalicji rządowej. Dotyczy to nie zarówno rekonstrukcji rządu, jak również wielce prawdopodobnej renegocjacji umowy koalicyjnej pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością a Solidarną Polską i Porozumieniem. Po trzecie, najbliższe tygodnie i miesiące będą ważne dla samego PiS-u. Jesienią odbędą się wybory nowych władz partii, a prezes Kaczyński wykorzystuje ten fakt, żeby sprawdzić, czy jego najbliższy współpracownicy nadal są mu bezgranicznie wierni i oddani. Wreszcie po czwarte, drugi rząd premiera Morawieckiego jest niezwykle rozbudowany i - tu wypada zgodzić się z diagnozą prezesa Kaczyńskiego - szkodzi to jego efektywności. Wielu ministrów nie ma żadnego umocowania politycznego, co negatywnie przekłada się na codzienną pracę zarządzanych przez nich resortów.

Zobacz wideo Jak głęboka będzie rekonstrukcja rządu? Na to pytanie odpowiada wicepremier Jadwiga Emilewicz

Rekordowy rząd

Od ponad dwóch tygodni nie ustają plotki i spekulacje o tym, jak będzie wyglądać rekonstrukcja rządu, kogo obejmie, kto na niej zyska, a kto straci. Wiadomo, że optymalnym scenariuszem dla prezesa PiS-u byłoby stworzenie w wyniku rekonstrukcji 11-12 dużych, silnych i decyzyjnych resortów. To plan więcej niż ambitny, zważywszy na to, że dzisiaj gabinet premiera Morawieckiego składa się z aż 20 ministerstw (w dniu zaprzysiężenia było ich dziewiętnaście, ale na początku marca powołane do życia zostało Ministerstwo Środowiska).

Żaden inny rząd po 1989 roku nie liczył tak wielu resortów. Co ciekawe, najbardziej rozbudowane gabinety w III RP to właśnie gabinety premierów wywodzących się z PiS-u. Drugie miejsce w tym zestawieniu zajmuje bowiem rząd Jarosława Kaczyńskiego z lat 2006-07 (dziewiętnaście resortów), a trzecie ex aequo gabinet Beaty Szydło, pierwszy rząd Morawieckiego, drugi rząd Donalda Tuska i rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego (wszystkie składały się z osiemnastu ministerstw).

embed

Patrząc na liczbę ministrów wchodzących w skład rządu w dniu zaprzysiężenia, obecny gabinet premiera Morawieckiego również plasuje się w absolutnej czołówce III RP. 15 listopada 2019 roku liczył bowiem 23 ministrów (premier Morawiecki pełnił wówczas tymczasowo rolę ministra sportu, jako że ten resort pozostawał nieobsadzony). To tyle samo, co rząd premier Szydło i rząd Tadeusza Mazowieckiego. Więcej członków w dniu zaprzysiężenia miał tylko gabinet Hanny Suchockiej (24 ministrów).

Wiceministerialny problem

Już dziś wiadomo, że najpoważniejszą kością niezgody przy okazji rekonstrukcji rządu będzie likwidacja części resortów. A jest ona zasadna, bo niektóre zostały bezsensownie rozdzielone (np. resort spraw wewnętrznych i administracji i resort cyfryzacji czy resort rozwoju i resort finansów) albo dublują swoje kompetencje (np. resort funduszy i polityki regionalnej z resortem finansów i resortem rozwoju albo resort środowiska z resortem klimatu).

embed

Drugą równie ważną i równie problematyczną kwestią będzie redukcja liczby wiceministrów. A tych w rządzie premiera Morawieckiego jest zatrzęsienie - dokładnie 75, przy czym 40 w randze sekretarza, a 35 w randzie podsekretarza stanu. Zdecydowanie najmocniej obsadzone są Ministerstwo Finansów (dwóch sekretarzy i pięciu podsekretarzy stanu), Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (czterech i dwóch), Ministerstwo Aktywów Państwowych (odpowiednio: trzech i dwóch), Ministerstwo Sprawiedliwości (również trzech i dwóch), Ministerstwo Zdrowia (dwóch i trzech) i Ministerstwo Rozwoju (jeden i czterech).

embed

Dodając do tego ministrów resortowych (20) i ministrów "bez teki" (trzech), otrzymujemy łącznie zawrotną liczbę 98 polityków na stanowiskach ministerialnych. Trudno się dziwić, że w ostatnich latach ministerstwa zyskały sobie mało chlubną opinię przechowalni partyjnych działaczy. Jednak także z tego powodu może być trudno to zmienić. Zjednoczona Prawica już raz próbowała zrobić czystkę na poziomie wiceministerialnym. Było to wiosną 2018 roku.

Będziemy ograniczać wydatki władzy

- zapewniał wtedy na antenie Polsat News Jacek Sasin, ówczesny szef Komitetu Stałego Rady Ministrów. Jak twierdził, "na pewno jeżeli chodzi o wiceministrów, których mamy w tej chwili około stu, będzie to znacznie niższa liczba".

Naszą polityką nie jest władza bizantyńska. Chcemy pracować dla Polaków i to robimy

- zaznaczał. Cięcia faktycznie nastąpiły, tyle że zredukowani wiceministrowie zaskakująco szybko zaczęli odnajdywać się na stanowiskach pełnomocników u kolejnych ministrów. Nie wykluczone, że i tym razem sprawy potoczą się podobnie, a cała opowieść o ograniczaniu administracji w dobie kryzysu gospodarczego jest niczym więcej jak wizerunkową zagrywką rządzących.

Ale do głębokiej rekonstrukcji może też w ogóle nie dojść. Jak mówił w wywiadzie dla Gazeta.pl w grudniu ubiegłego roku europoseł Adam Bielan, Solidarna Polska i Porozumienie w umowie koalicyjnej z PiS-em zagwarantowały sobie m.in. po dwóch ministrów i minimum czterech wiceministrów w rządzie. Jeśli teraz koalicjanci okopią się na swoich stanowiskach i zaprotestują przeciwko ostrym cięciom kadrowym w rządzie, z dużej chmury może spaść bardzo mały deszcz. Wówczas ambitny plan prezesa Kaczyńskiego o redukcji liczby resortów do 11-12 okaże się całkowicie nieosiągalny.

embed