Sezon polowań rozpoczęty. Po wyborach na prawicy nastał czas rozliczeń i wyrównywania rachunków [WYKRES DNIA]

Dopóki celem była reelekcja Andrzeja Dudy, w Zjednoczonej Prawicy panował względny spokój, a wszyscy wiosłowali w jednym kierunku. Gdy tylko Pałac Prezydencki udało się obronić, w obozie rządzącym nastał czas rozliczeń i wyrównywania rachunków.

Koniec kampanii prezydenckiej to dla Zjednoczonej Prawicy moment o fundamentalnym znaczeniu. Zapewniając reelekcję Andrzejowi Dudzie, obóz rządzący zakończył blisko dwuletni i składający się z aż czterech elekcji maraton wyborczy. Rządzący zakończyli ten etap na mocne 7,5 w skali 1-10, być może nawet 8.

Po stronie bolesnych strat Zjednoczona Prawica może zapisać jedynie Senat, w którym najmniejszą możliwą większość ma dzisiaj opozycja. Nieoczekiwanym zyskiem okazało się z kolei pewne zwycięstwo w wyborach europejskich, historycznie najtrudniejszych dla prawicy. Udało się także wygrać wybory do sejmików wojewódzkich, chociaż do dużych miast i metropolii "dobra zmiana" wciąż nie ma wstępu, a odbicie przynajmniej części z nich było ambitnym planem rządzących. Wreszcie większość w Sejmie mogłaby być stabilniejsza - dziś wynosi raptem pięciu posłów - ponieważ aktualnie Prawo i Sprawiedliwość całkowicie zależy od swoich koalicjantów - Solidarnej Polski i Porozumienia.

embed

Niemniej, najważniejszym wnioskiem po dwuletnim maratonie wyborczym jest to, że pełnia władzy niemal w całości pozostała przy Nowogrodzkiej. Kiedy już nie trzeba konsolidować wokół wspólnego celu dla dobra całego obozu politycznego, w Zjednoczonej Prawicy nastał czas mniejszych i większych rozliczeń oraz wyrównywania krzywd.

Zobacz wideo Czy "Koalicja Polskich Spraw" doczeka się materializacji, a PSL i Konfederacja wejdą do rządu?

Pocałunek śmierci od prezesa

Zielone światło do "spuszczenia powietrza" dał Jarosław Kaczyński. W wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej w swoim stylu napomknął o możliwej emeryturze i oddaniu sterów władzy w ręce młodszego pokolenia polityków prawicy.

Ale czy to będzie już teraz, to o tym zdecyduje partia. Jeśli partia będzie ode mnie tego oczekiwała, to odejdę bez jakichkolwiek pretensji

- stwierdził, nawiązując do czekających PiS jesienią wyborów partyjnych władz. Na koniec dodał jednak:

Ale jeśli będzie inaczej, to pewnie jeszcze podejmę się tego zadania, choć nie wiem czy na pełne cztery lata kadencji

To stary i sprawdzony numer w wykonaniu prezesa PiS-u. Kiedy tylko nie trzeba walczyć o wyborcze głosy, uwielbia zarządzać partią i rządem w myśl starorzymskiej zasady divide et impera (pol. dziel i rządź). Sugeruje swoje odejście z polityki, żeby zobaczyć reakcje najbliższych współpracowników i potencjalnych następców (zwanych na prawicy "delfinami"). Ci momentalnie zaczynają walczyć między sobą o wpływy i wyrównywać zadawnione krzywdy. Dzięki temu prezes wie, kto najbardziej dybie na polityczną schedę, ale też politycznie "skraca" tych, którzy w ostatnim czasie za bardzo wyrośli.

Tak zrobił również teraz, wychwalając za zasługi w kampanii prezydenckiej premiera Mateusza Morawieckiego. Prezes PiS-u stwierdził nawet, że szef rzadu był "nie mniej widoczny" od samego prezydenta Dudy.

Bywało, że odwiedzał jedenaście powiatów jednego dnia. To było zadanie trudne fizycznie, ale premier ma kondycję sportowca, mimo że w wieku nie jest już sportowym

podkreślił lider Zjednoczonej Prawicy w wywiadzie dla PAP.

"Kura" vs PMM

Jako pierwszy z dyspensy prezesa na wewnętrzne rozliczenia skorzystał Jacek Kurski - członek zarządu TVP, a nieformalnie postać kierująca publiczną telewizją. Już w powyborczy poniedziałek na głowę premiera Morawieckiego spadły gromy. Powód: zamieszczenie reklam dotyczących "Tarczy Antykryzysowej" i walki z epidemią koronawirusa w nieprawomyślnych mediach ("Polityka", "Rzeczpospolita", "Fakt"). Znając spojrzenie partyjnej wierchuszki PiS-u na kwestię rynku medialnego w Polsce (konieczność szybkiej repolonizacji "zagranicznych" tytułów i redakcji), jest to zarzut z kategorii najcięższych.

Zarzut o tyle absurdalny, że Morawiecki w kampanii prezydenta Dudy faktycznie dwoił się i troił w staraniach o zapewnienie reelekcji. Jak nieoficjalnie wiadomo, powodem tak gorliwego udziału Morawieckiego w kampanii Dudy była obawa o utratę stanowiska podczas jesiennej rekonstrukcji rządu. Samo TVP Info zauważyło zresztą po wyborach, że szef rządu w kampanii prezydenckiej odbył ponad 200 spotkań z Polakami, w trakcie których przekonywał rodaków do poparcia kandydata Zjednoczonej Prawicy.

Interia pisała z kolei, że Morawiecki spotykał się na wieczorno-nocnych naradach z prezydentem Dudą. W ramach tych rozmów wziął na siebie m.in. odzieranie Trzaskowskiego z wiarygodności. Polityczne spotkania z prezydentem Dudą do pewnego momentu odbywały się w tajemnicy przed kierownictwem PiS-u. Nie bez powodu w powyborczy piątek szef KPRM Michał Dworczyk mówił w TVN24:

Dzięki tej współpracy, też między premierem a prezydentem, tej korelacji, udało się wygrać wybory

Kampania prezydencka była więc kolejną, w trakcie której Morawiecki walnie przyczynił się do końcowego zwycięstwa obozu "dobrej zmiany". To umacnia jego pozycję w Zjednoczonej Prawicy i notowania w oczach prezesa Kaczyńskiego. Do tego stopnia, że już pod koniec czerwca "Super Express" informował o planach uczynienia Morawieckiego wiceprezesem PiS-u na kolejne lata.

To byłoby bardzo nie w smak Kurskiemu. Po pierwsze, dlatego, że sam był szarą eminencją kampanii prezydenckiej kandydata Zjednoczonej Prawicy. Po drugie, bo nie jest tajemnicą, że z premierem nie ma dobrych relacji. Zwłaszcza od marca tego roku, gdy szef rządu razem z prezydentem doprowadzili do odwołania go z funkcji prezesa publicznej telewizji. Elementem zemsty Kurskiego było m.in. "wycinanie" Morawieckiego z "Wiadomości" w trakcie niedawnej kampanii.

"Przycinanie" Morawieckiego

Kurski wykorzystał też to, że przeciwników Morawieckiego w partii jest znacznie więcej. Należą do nich przede wszystkim minister sprawiedliwości-prokurator generalny Zbigniew Ziobro, była premier Beata Szydło i wiceszef PiS-u Joachim Brudziński (zdaniem wielu, pierwszy w wyścigu po schedę po Kaczyńskim). Kurski zawarł z nimi taktyczny sojusz, grając na osłabienie Morawieckiego.

Oprócz Kurskiego najostrzejsze stanowisko wobec premiera zajęli ziobryści. Wewnętrzne napięcia można było dostrzec przy okazji niedawnego unijnego szczytu, na którym ważyło się to, czy transfer unijnych środków zostanie powiązany z przestrzeganiem praworządności.

Zgadzając się na wiązanie funduszy europejskich z praworządnością, oddajemy Komisji Europejskiej gigantyczną władzę. To byłaby zmiana ustroju UE, dlatego ani Polska ani Węgry pod żadnym pozorem nie mogą się na to zgodzić

- grzmiał przed szczytem na łamach "Naszego Dziennika" minister Ziobro.

Była premier Beata Szydło ma z premierem Morawieckim bardzo szorstkie relacje od momentu odwołania jej ze stanowiska szefowej rządu. Zastąpił ją właśnie Morawiecki. To premiera i jego środowisko obwiniała, mówiąc swego czasu na antenie prorządowej telewizji wPolsce.pl o politycznym "zleceniu", jakie na nią wydano.

Niektórzy uważają, że ja się teraz wystraszę i będę siedzieć po cichu. Nie wystraszę się. Proszę o cofnięcie tego zlecenia

- apelowała Szydło.

Z kolei Brudziński nie ma interesu we wzmacnianiu Morawieckiego, a zwłaszcza w uczynieniu go nowym wiceszefem partii, bo to godziłoby w jego własne polityczne interesy. Przede wszystkim w widoki na przejęcie w przyszłości partii z rąk prezesa Kaczyńskiego. Tuż po reelekcji Andrzeja Dudy, Brudziński jako głównego architekta tej wiktorii wymienił nie prezydenta czy premiera, ale prezesa PiS-u. "Prawda jest taka, że zwycięstwo to Prezydent zawdzięcza (tak samo jak 5 lat temu) Jarosławowi Kaczyńskiemu. Koniec kropka" - wymownie napisał na Twitterze.

Jedynym sojusznikiem premiera jest dzisiaj inny outsider obozu Zjednoczonej Prawicy, czyli opromieniony zwycięstwem w wyborach prezydent Duda. W pojedynkę obaj swoich wpływów w ramach obozu rządzącego zwiększyć nie są w stanie. Obaj nie mają też silnego partyjnego zaplecza, które gwarantowałoby im mocną pozycję w PiS-ie i szerzej w Zjednoczonej Prawicy. Są jednak dwoma najpopularniejszymi politykami obozu władzy, a ich cele (jak chociażby walka z Jackiem Kurskim) coraz częściej się pokrywają.

Samotny jak Gowin

W jeszcze gorszym położeniu niż Morawiecki jest po wyborach Jarosław Gowin, szef koalicyjnego Porozumienia. Byłemu wicepremierowi wszyscy pamiętają bunt ws. przeprowadzenia wyborów 10 maja. Bunt, który o mały włos, a kosztowałby prezydenta Dudę reelekcję. Na znak protestu Gowin odszedł wówczas z rządu, ale w sprawie przełożenia wyborów ostatecznie postawił na swoim. Wywołał jednak potężny konflikt w obozie Zjednoczonej Prawicy w kluczowym momencie kampanii prezydenckiej. Kwestią czasu było więc, aż sprawa wróci.

W przypadku porażki Dudy, wolta Gowina mogłaby kosztować Zjednoczoną Prawicę rozpad i utratę władzy. W przypadku wygranej, cenę za wyskok sprzed kilku miesięcy zapłaci najwyżej sam Gowin. Osłabienia jego pozycji chce przede wszystkim Zbigniew Ziobro, czyli szef drugiego z koalicyjnych ugrupowań. Minister sprawiedliwości jest jednym z "jastrzębi" obozu Zjednoczonej Prawicy i optuje za zaostrzeniem kursu rządzącej koalicji (m.in. repolonizacją mediów czy dokończeniem "reformy" sądownictwa). Z kolei Gowin w obozie władzy ma opinię "gołębia", który ciąży w kierunku centrum.

Dodatkowo Gowin ma też rachunki do wyrównania z prezesem TVP, którego krytykiem jest od dawna. Kurski "odwdzięczał się" marginalizowaniem gowinowców w programach informacyjnych publicznego nadawcy. Pozycji Gowina i jego Porozumienia nie poprawiły ogłoszone na finiszu kampanii prezydenckiej plany utworzenia "Koalicji Polskich Spraw". Esencją firmowanego przez prezydenta Dudę projektu miałoby być przeciągnięcie do obozu władzy przynajmniej części polityków PSL i Konfederacji.

Dzięki temu Gowin straciłby kontrolę nad sejmową większością Zjednoczonej Prawicy, a w optymalnym dla Nowogrodzkiej scenariuszu - stałby się zbędny i można byłoby się go jeśli nie pozbyć, to przynajmniej wymiernie zmarginalizować. Nie bez powodu w ostatnich dniach OKO.press pisało o pomyśle powierzenia Gowinowi stanowiska Rzecznika Praw Obywatelskich. Pozwalałoby to Nowogrodzkiej upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu - zmarginalizować Gowina politycznie i przejąć kontrolę nad kierowanym przez niego Porozumieniem.

"Układanie się" Zjednoczonej Prawicy

Na siatkę wszystkich tych personalno-politycznych interesów, animozji i sympatii nakładają się dwie kluczowe dla Zjednoczonej Prawicy kwestie. Obie będą mieć miejsce jesienią. Pierwsza to planowana rekonstrukcja rządu. Druga - wybory władz PiS-u. O ile czas walki o władzę w kraju dla Zjednoczonej Prawicy się skończył, o tyle teraz nastał czas "układania" obozu rządzącego od wewnątrz.

Chociaż o rekonstrukcji rządu wiadomo na razie niewiele - zredukowana ma zostać liczba ministerstw, niemal na pewno wymieniony zostanie też szef dyplomacji oraz minister finansów - to jest niemal pewne, że premier Morawiecki zachowa stanowisko. Chociaż w obozie Zjednoczonej Prawicy ma wielu potężnych przeciwników, wciąż cieszy się szacunkiem i zaufaniem postaci numer jeden, czyli prezesa Kaczyńskiego. Dopóki go nie straci, może spać spokojnie.

Jeśli prezes PiS-u postanowi uczynić Morawieckiego wiceszefem partii, jego pozycja zostanie wymiernie wzmocniona. Dla dużej części działaczy i prominentnych polityków nadal będzie ciałem obcym w PiS-ie, ale nie będzie można go już tak łatwo atakować. Jako wiceprezesa PiS-u zyskałby też czas i sposobność do budowania partyjnego zaplecza na kolejne lata.

Z takiego obrotu spraw z pewnością byłby zadowolony prezydent Duda, którego sojusznik zyskałby istotny wpływ na kurs Zjednoczonej Prawicy. Z drugiej strony, napięcia między Morawickim a Brudzińskim, Szydło i Ziobrą zapewne przybrałyby na sile. Szef rządu stałby się wówczas bardzo poważnym zagrożeniem dla ich ambicji przejęcia wpływów po Kaczyńskim. Na razie jednak prezes PiS-u nigdzie się nie wybiera. Chwilowo spuścił swoje ogary z łańcuchów i czujnie obserwuje, kto komu skacze do gardła.