Była najbrutalniejsza kampania III RP, a jest język miłości. Andrzej Duda powinien posłuchać córki

Jacek Gądek
Po najbrutalniejszej kampanii prezydenckiej III RP Andrzej Duda ogłosił, że teraz trzeba już się szanować, a do konkurenta wyciąga dłoń. Przepaść między kampanią całej propagandowej maszynerii PiS a deklaracjami szacunku z wieczoru wyborczego jest ogromna. Bardziej wiarygodnie zabrzmiał krótki apel córki Andrzeja Dudy o szacunek, niż długa mowa prezydenta.

Andrzej Duda oparł się w tych wyborach tylko na jednej nodze - prawej. I duży nacisk kładł na kwestie ideologiczne, walkę z "ideologią LGBT". Propaganda obecna w TVP była najbardziej jadowitą na przestrzeni ostatnich 30 lat. Słowa jednego ze sztabowców o osobach LGBT, że "ci ludzie nie są równi ludziom normalnym" są jednymi z najbardziej haniebnych, jakie padły w kampaniach, bo wymierzonymi w człowieka.

W czasie wieczoru wyborczego Andrzej Duda był inny niż jego kampania. Duda się kajał: - Jeżeli ktokolwiek poczuł się urażony jakimś moim działaniem czy moim słowem przez te pięć lat, nie tylko w kampanii, proszę, żeby przyjął moje przeprosiny.

Tak, Duda miał za co i za kogo przepraszać. Ale zrobił to po godz. 21 w dniu wyborów, gdy przeprosiny te nie mają już znaczenia dla wyniku. Tak naprawdę, to Duda mógłby w czasie kampanii przepraszać codziennie za ekscesy TVP Jacka Kurskiego. Urzędujący prezydent przezornie powiedział w czasie wieczoru wyborczego tylko o własnych działaniach i słowach, bo gdyby brał odpowiedzialność za cały swój sztab i całą kampanię, to musiałby w niej przepraszać nieustannie.

Tu kadr z historii: w 2005 r. Lech Kaczyński - którego Duda uznaje za swojego mistrza - za Jacka Kurskiego przeprosił w najgorętszych dniach kampanii, gdy "Kura" wyciągnął Donaldowi Tuskowi "dziadka z Wermachtu". Po 15 latach kampania Dudy opierała się tymczasem właśnie na metodach Jacka Kurskiego. Na usprawiedliwienie można powiedzieć, że Duda chciał mieć wpływ na TVP w kampanii, ale stracił nawet ten, który miał. Kłamliwa maszyna propagandy pracowała więc dzień w dzień, a najbardziej korzystał na tym właśnie Duda. Przyzwolenie na to też jest grzechem, a brak mocy sprawczej, by tę propagandę choć ucywilizować, źle świadczą o skuteczności prezydenta.

Przeprosiny po wyborach nie mają większej wagi. Tak jak kalkulacją był brak tego słowa wcześniej, tak też kalkulacją jest "przepraszam", gdy jest już po walce. Zapewnienia o - cytując Dudę - "szacunku, którym darzy wszystkich rodaków, niezależnie od ich poglądów" też brzmią pięknie. Ale nijak się mają do tego, że pochód Dudy po drogą kadencję odbywał się agresywnymi metodami. Zapraszanie Rafała Trzaskowskiego do Pałacu Prezydenckiego to z kolei tylko kolejny trik technologów władzy, który pokazuje nam Dudę innego niż w kampanii. Niż ten, który - zagalopowując się - mówił o politykach PO-PSL, że "byli gorsi niż koronawirus".

Okazją dla pojednania miało być spotkanie, na które zaprosił Rafała Trzaskowskiego, kandydata opozycji. Wobec niepewności wygranej zaproszenie to jest triumfalistyczną ekstrawagancją.

Przepaść między Andrzejem Dudą wraz z całą bezwzględną propagandową maszynerią, która go promowała, a samym ciepłym, rodzinnym, przepraszającym, dziękującym, nawołującym do ściskania sobie dłoni i budowania wspólnoty, jest faktem. Rozdźwięk nie byłby niczym nowym, ale przepaść - tak. 

Andrzej Duda w kampanii nie robił żadnych gestów w kierunku centrum, nie mówiąc już o lewicy. Tylko w czasie wieczoru wyborczego po I turze doszukiwał się na siłę wspólnych punktów z wszystkimi konkurentami - nawet z Robertem Biedroniem. Ale już w kampanii przed II turą (oprócz mobilizacji swoich wyborców) liczyło się dla niego głównie zdobycie wyborców Krzysztofa Bosaka - najbardziej skrajnego spośród kandydatów prawicy.

Duda walczył nie o zdobycie jak największej liczby głosów Polaków, ale o zdobycie całej puli wyborców prawicy. Patrząc na póki co sondażowe wyniki, jest to polityka schyłkowa. Andrzej Duda jest ostatnim prezydentem, który - marząc o prezydenturze - mógł się opierać tylko na jednej nodze. On akurat prawej. Zmiany społeczne są bowiem nieuchronne, choć w Polsce zachodzą z opóźnieniem. Wraz z rosnącym dobrobytem większą wagę nabierać będzie - tak, brzmi to górnolotnie - szacunek dla godności człowieka. PiS - paradoksalnie - tworząc programy społeczne jak 500+ i pompując w gospodarkę miliardy z kolejnych "tarcz" antykryzysowych ten proces przyspiesza.

Dla coraz większej liczby wyborców odpychające będzie to, że ktoś walczy z jakąś "ideologią LGBT". A naturalne stanie się to, co powiedziała córka urzędującego prezydenta, Kinga Duda: - Chciałabym zaapelować, by nikt w naszym kraju nie bał się wyjść z domu, Niezależnie od tego, jaki mamy kolor skór, kogo popieramy i kogo kochamy. Wszyscy jesteśmy równi. Wszyscy jesteśmy równi, nikt nie zasługuje na to, by być obiektem nienawiści.

To drobne "niezależnie, kogo kochamy" - które Andrzejowi Dudzie przez gardło by nie przeszło - oznacza tyle, że spór ideologiczny wokół lewicowych postulatów obyczajowych się wyczerpuje. W końcu mówi to córka prezydenta na jego wieczorze wyborczym.

Duda może, szermując "ideologią LGBT", teraz jeszcze wygrać, ale - wobec zmian społecznych - nikt kolejny dzięki takim hasłom w wyborach prezydenckich nie będzie mógł wygrać. Andrzej Duda jest ostatnim takim polskim prezydentem.

Zobacz wideo Andrzej Duda: Zgadzam się z tym, co powiedziała moja córka
Więcej o: