Prof. Antoni Dudek: Duda jest faworytem. Ale mamy remis i zdecydują rzuty karne - "wyborcy ostatniej godziny"

Jacek Gądek
- W politologii mówimy o bandwagon effect, czyli przyłączania się wyborców do wygrywającego obozu. Ale efekt ten dotyczy głównie wyborów parlamentarnych. Zdecydują "wyborcy ostatniej godziny" - mówi prof. Antoni Dudek, politolog i historyk z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Zobacz nagranie. Szymon Hołownia: Całe życie zdemolowane przez sześć miesięcy kampanii 

Zobacz wideo

Jacek Gądek: - Nikt nigdy w Polsce nie odrobił 13 punktów proc. straty w II turze. Ale w Europie bywały takie przypadki. Teraz to realne i u nas?

Prof. Antoni Dudek: - Realne. A jeśli Rafał Trzaskowski przegra, to mogę się założyć, że o nie więcej niż o 3 proc. A czy wygrać może? Poprze go miażdżąca większość wyborców Szymona Hołowni, większość Władysława Kosiniaka-Kamysza i Roberta Biedronia i też znaczna część wyborców Krzysztofa Bosaka - gdybyśmy tego nie wiedzieli z sondaży, to moglibyśmy żyć w przekonaniu, że Andrzej Duda ma wyraźną wygraną już w kieszeni.

Wszystkie sondaże pokazują minimalne różnice - w granicach błędu. Zatem wiemy, że nic nie wiemy.

To kto zdecyduje? Może - jeśli jest taka kategoria wyborców - ci, którzy nawet do końca sobie z tego nie zdając sprawy chcą być po zwycięskiej stronie? A po I turze faworytem jest jednak Duda.

Są i tacy wyborcy. W politologii mówimy o bandwagon effect - przyłączania się do wygrywającego obozu. Ale efekt ten dotyczy głównie wyborów parlamentarnych, a nie prezydenckich. W praktyce efekt ten widzimy, gdy jakaś partia ma kilku-kilkunastopunktową przewagę w sondażach. Wtedy jakaś część wyborców przyłącza się właśnie do jej elektoratu, aby być po zwycięskiej stronie.

W jakimś, choćby niewielkim stopniu, może to zadziałać i w elekcji prezydenta?

Mamy dwóch kandydatów, a ich szanse są wyrównane, więc nie wiadomo do kogo się przyłączyć.

Jeśli wyborca ma w pamięci wyniki I tury, to widzi, że prowadzenie Dudy było wyraźne.

Gdyby sondaże przed II turą sugerowały zwycięzcę, choćby niewielką różnicą, ale wszystkie byłyby zgodne, to wówczas bandwagon effect też by wyraźnie zaistniał. Skoro jednak sondaże są różne, to wyborcy ulegający im mogą się czuć zdezorientowani. Wynik I tury to dla nich jeszcze za mało.

Zasłyszałem rozmowę na warszawskim Wilanowie. - Pewnie ten Duda wygra - mówił ktoś wyraźnie niepocieszony. W bastionie liberałów. To oddaje jakąś powszechną emocję?

Też uważam, że umiarkowanym, ale jednak faworytem jest Andrzej Duda. Na Wilanowie wiele osób oswaja się już z perspektywą klęski Rafała Trzaskowskiego. Zwolennicy Trzaskowskiego mają doświadczenie trzech klęsk wyborczych, a istnieje mechanizm psychicznej asekuracji: "no, pewnie wygra ten Duda, choć wspieramy Trzaskowskiego". Dobrze byłoby mieć też wgląd na przykład w Podkarpacie, czy tam nie ma głosów, że "Trzaskowski może wygrać, bo stoją za nim bardzo duże ciemne siły".

A Rafał Trzaskowski wykorzystał szansę, by wygrać?

Właśnie nie. Moim zdaniem decydującym dniem był poniedziałek, kiedy to Trzaskowski nie pojechał do Końskich na debatę TVP, gdzie mógł zaskoczyć Dudę. Jedni twierdzą, że ta niedoszła debata była obliczona na wciągnięcie kandydata PO w pułapkę i zniszczenie go. Ale według mnie chodziło raczej o to, aby Trzaskowski nie przyszedł, bo wtedy będzie można mówić, że jest tchórzem i boi się zwykłych ludzi.

Trzaskowski nie wszedł do tej jaskini niedźwiedzia, czy może raczej jaskini "Kury". Nie podjął walki w Końskich.

I to był błąd. Skoro nie jest faworytem wyborów, to powinien dążyć do wyraźnej konfrontacji, która oczywiście była obciążona dużym ryzykiem, ale jednak podjąć tę walkę. Oczywiście, Jacek Kurski mógł zakładać na niego jakąś pułapkę - mogłaby nią być na przykład obecność ofiary reprywatyzacji w Warszawie, która by bardzo ostro i emocjonalnie zaatakowała Trzaskowskiego. Ale takie historie już były opowiadane, a pamiętamy też, jak się kończą próby szarżowania - przypomnijmy sobie choćby historię z 2007 r., gdy oskarżona o korupcję posłanka PO Beata Sawicka rozpłakała się przed kamerami, a PiS potem przegrało wybory.

Sztab Trzaskowskiego uznał jednak, że nie ma co ryzykować i może o włos, ale jednak wygrają. Mam zresztą podejrzenie: Platforma uznała, że cel już został osiągnięty, bo śmierć zajrzała w oczy PO, gdy Małgorzata Kidawa-Błońska spadła w sondażach do kilku procent, ale potem Platformie udało się zmienić kandydata i wrócić na mocne drugie miejsce. Osiągnięto więc minimum: PO zachowała status największej siły na opozycji i być może to też jest powód, dla którego Trzaskowski może przegrać. Przez brak wielkiej woli zwycięstwa.

Przypomnijmy sobie, jak Andrzej Dyda walczył w 2015 r.: gdy tylko zobaczył, że może wygrać, wykazywał ogromną determinację. Duda wtedy poszedł na debatę do TVN, by się skonfrontować z Bronisławem Komorowskim. A teraz? Trzaskowski nie wykazał podobnej odwagi. Trzaskowski nie ma cojones. A czy te cojones Duda ma dzisiaj? Też ma co do tego wątpliwości.

Jesteśmy - choćby intuicyjnie - zdolni zajrzeć w głowy wyborców, którzy według pana przesądzą o wygranej któregoś z kandydatów?

Tylko intuicyjnie można to zrobić. Jest to bowiem grupa, która jest przekleństwem sztabów wyborczych i senną marą socjologów i politologów. Nie daje się bowiem opisać w kategoriach wykształcenia czy zamieszkania. To "wyborcy ostatniej godziny". Za każdym razem to są inni ludzie. A co ich łączy? To, że do dnia wyborów polityka takiego człowieka nie interesowała, ale dopadło go emocjonalne tsunami przetaczające się przez Polskę.

Do tej pory człowiek ten bronił się przed tą falą, nie oglądał żadnych programów informacyjnych. Ale tuż przed wyborami jest już tak osaczony, że nie potrafi uciec - tak dzieje się najczęściej przy okazji wyborów prezydenckich, II ich tury. Gdzie by nie poszedł, to i tak słyszy rozmowy albo i kłótnie o prezydenta, a znajomi namawiają go, by kogoś poparł. Człowiek pęka i mówi: "trudno, pójdę i zagłosuję". Ale nie jest tak, że ma wypracowany pogląd. Nie. Jego wybór będzie zależał od tego, jaka opinia wpadnie mu do ucha jako ostatnia.

I dlatego sztaby przed ciszą apelują: przekonujcie swoje rodziny, sąsiadów, znajomych!

Właśnie. Starają się w ten sposób wyłuskiwać dla siebie "wyborców ostatniej godziny". Może właśnie teraz odbywa się gdzieś taka rozmowa: - Wiesiu, ja cię błagam. Ty masz ich wszystkich za bandę złodziei, ale zagłosuj na - tu pada nazwisko. Zrób to dla mnie.

Dziś jest tak, że mamy remis Dudy i Trzaskowskiego i decydować będą rzuty karne…

…a te zawsze są trochę loteryjne.

I nie wiemy, ile serii tych rzutów karnych mieć będziemy.

TVP - jaki jest jej udział w wyniku wyborczym Andrzeja Dudy?

Największy udział w poparciu i być może wygranej Dudy ma polityka społeczna PiS. To jest poza wszelka dyskusją. A rola TVP polega na tym, że od lat dzień w dzień pokazuje tę politykę: 500+, "trzynastkę", wyprawka 300+, obniżony wiek emerytalny - to cała litania. Ostatnio nie ma mowy o Mieszkaniu+, bo to akurat jest klapą.

Czy media publiczne są w stanie pozyskać bardzo labilnych "wyborców ostatniej godziny"?

Bezpośrednio nie, bo tacy wyborcy nie oglądają programów informacyjnych - ani "Wiadomości", ani tym bardziej TVP Info. TVP może jednak zmobilizować aktywnych zwolenników PiS, aby ruszyli się sprzed telewizora i poszli agitować za Dudą wśród rodziny i znajomych. Takie apele mogą paść w piątek: "słuchajcie, mamy za chwilę ciszę wyborczą, ale jeszcze możecie rozmawiać z bliskimi". Do tych najistotniejszych dziś "wyborców ostatniej godziny" nie da się dotrzeć bezpośrednio.

Więcej o: