Na wybory nie idzie 10 mln osób. A co, gdyby zagłosowali? Prof. Cześnik: to szokujące, ale prawie nic

Jacek Gądek
- Okazuje się, że wynik wyborów przy frekwencji dochodzącej do 90 proc. prawie w ogóle by się nie zmienił - mówi prof. Mikołaj Cześnik (Uniwersytet SWPS i Fundacja Batorego). Jak dodaje, ą w Polsce tacy obywatele, którzy nawet gdyby musieli za absencję wyborczą zapłacić grzywnę, to i tak by nie chcieli iść na żadne wybory.

Zobacz nagranie. "To są najbardziej nieprzewidywalne wybory od roku 2005". Prof. Rafał Chwedoruk: 

Zobacz wideo

Jacek Gądek: - Ludzie nie chodzą na wybory, bo się na polityce nie znają? Czy przeciwnie, bo znają się aż za dobrze?

Prof. Mikołaj Cześnik: - Są i tacy, i tacy, ale dominują ci, których polityka i wybory w ogóle nie interesują. Osoby bardzo upolitycznione, ale ignorujące wybory są w mniejszości - w ich przypadku śledzenie polityki prowadzi do bojkotu, bo w ten sposób chcą pokazać systemowi, że jest on zły.

10 milionów Polaków nie poszło w I turze wybrać prezydenta. Dlaczego?

Musimy pamiętać o tym, że ludzie chadzają na wybory selektywnie. Część po prostu nie jest aż tak zmobilizowana, by chodzić na wszystkie wybory. Jedni za najważniejsze uznają wybory krajowe, inni prezydenckie albo do Parlamentu Europejskiego. I jest też kilka milionów ludzi, którzy głosują przede wszystkim czy wręcz wyłącznie w najbliższych im wyborach samorządowych.

Czyli nawet jeśli w każdych wyborach nie głosuje 10 albo kilkanaście milionów uprawnionych, to nie są to ci sami ludzie, choć ich liczba jest podobna?

Tak. Po pierwsze to ludzie, którzy nigdy, ale to naprawdę nigdy nie chodzą głosować - możemy ich szacować na 30 proc. z tych 10 milionów niegłosujących w I turze aktualnych wyborów. Ta grupa nigdy nie głosujących z roku na rok się zmienia, bo część tych ludzi umiera, ale są zastępowani przez kolejne pokolenia. Ta kategoria nigdy niegłosujących jest różnorodna, bo wśród nich są np. 19-latkowie, którzy nigdy nie głosowali, bo nie mieli do tego nawet okazji, ale są też 90-latkowie, którzy od zawsze ignorują wybory.

Ale to jeszcze nie jest 10 milionów.

Po drugie: ludzie, którzy w praktyce nie mogą głosować. Powody są tu różne. Przede wszystkim ci, którzy nie głosują z powodów zdrowotnych. Osoby z niepełnosprawnościami często albo w ogóle nie mogą dotrzeć do lokalu wyborczego, albo nie mogą w nim skorzystać w pełni ze swoich praw (np. osoby niewidome lub niedowidzące). GUS szacuje, że w Polsce żyje ponad 1 mln 800 tys. osób z dysfunkcją wzroku. Jeśli osoby te mają rodzinę bądź bliskich przyjaciół, to są nieco mniej wykluczone, ale jeśli są samotne, to głosowanie może być dla nich bardzo trudne...

Dalej sporo pozostaje do 10 milionów.

Około połowy tych ludzi bardzo ciężko byłoby w ogóle przyciągnąć do wyborów.

Dlaczego?

Tu jest całe spektrum problemów: mają zgubione dowody osobiste, nie mają meldunku, mieszkają zupełnie gdzie indziej niż mają meldunek. Są też bezdomni - to kilkadziesiąt tysięcy osób. Na każde wybory przygotowuje się spis wyborców, a jest on tworzony na podstawie meldunków, a oni ich nie mają.

A reszta?

Nie mają przeszkód natury formalnej czy zdrowotnej, ale po prostu żyją poza polityką. To na przykład ludzie działający w szarej strefie.

Na przykład?

Może zabrzmi to prowokacyjnie, ale na przykład osoby prostytuujące się. Ostrożne szacunki odpowiednich służb mówią, że jest ich w Polsce nawet 100 tys. Te i podobne osoby często mają przekonanie, że świat polityki o nich zapomniał, albo że ich w ogóle nie dotyczy. Podobnie ludzie prowadzący działalność nielegalną - oni też raczej unikają kontaktów z państwem.

A są tacy, którzy nie idą akurat na wybory prezydenckie?

Jest taka kategoria wyborców - niewielka, ale istnieje - która chodzi tylko na wybory samorządowe, a na krajowe już nie. Wydaje się jednak, że wobec silnej polaryzacji i prostoty wyborów, zwłaszcza w II turze, takich osób powinno być teraz mniej.

To wróćmy do wyborców upolitycznionych, ale biernych.

Są w Polsce najróżniejsi antydemokraci: 2-3 miliony to ludzie, którzy wcale nie uznają demokracji za system najlepszy z możliwych, a jednocześnie są silnie upolitycznieni. To różni monarchiści, komuniści, faszyści, anarchiści itd. Są też ludzie przekonani, że wybory są fałszowane i wybory są tylko fasadą.

Intuicyjnie można by powiedzieć, że najwięcej biernych to ci, którzy myślą "wszyscy kradną". Tak to jest?

Oczywiście są ludzie, którzy naprawdę się nie orientują, nie oglądają informacji, szerokim łukiem omijają wszystko co polityczne, bo wydaje im się to nudne, brzydkie i zbrukane, a politycy to "złodzieje, który pchają się do koryta". Mówią: "ja się w politykę nie mieszam, bo to bagno, wszyscy tłuką się tam między sobą".

Z czego wynika to przekonanie?

To jest bardzo istotna rzecz: taka narracja uzasadniająca bojkot wyborów i sam bojkot są wygodne, bo oszczędzają czas i wysiłek, by się jakkolwiek zorientować w sprawach publicznych.

I druga rzecz, historyczna: tradycja takiego bojkotowania wyborów istnieje w Polsce od początku lat 80. Warto pamiętać, że "Solidarność" nawołując do bojkotowania PRL-owskich wyborów doprowadziła do tego, że pod koniec komunizmu faktycznie wiele osób nie brało udziału w głosowaniach. W wyborach 1988 r. wedle oficjalnych danych głosowało 55 proc. ludzi, ale już szacunki opozycyjne mówiły o zaledwie 23 proc.

Czy można powiedzieć, że oto wyborcy najmłodsi są generalnie bierni? W I turze frekwencja wśród nich była dość wysoka.

Działania PiS napędzają frekwencję wśród młodych. Frekwencja wśród nich rośnie, bo też kontekst wyborów jest inny niż jeszcze 5 lat temu. Dziś inaczej rozmawiamy o klimacie; 5 lat temu Greta Thunberg była nikomu nieznaną uczennicą, dziś jest powszechnie znaną obrończynią klimatu. W sprawach klimatu i ekologii młodych ludzi, których ten temat najbardziej interesuje, bo przecież najdłużej będą chodzić po świecie, dzieli przepaść od pokolenia ich rodziców i dziadków. To już różnica wręcz kulturowa.

Jak PiS mówi o polskim "czarnym złocie"c, to młodzież idzie tabunami głosować?

Także przez to, ale motywacja młodych nie jest aż tak prosta. Z pewnością jednak coraz większa część młodych wyborców idzie głosować ze względu na troskę o klimat. Dla młodych ważne są też takie sprawy jak walka z nierównościami, ksenofobią, rasizmem, prawa osób LGBT czy regulacje dotyczące przerywania ciąży.

Z drugiej strony również środowiska narodowe, Konfederacja, skutecznie aktywizuje młodzież, a zwłaszcza młodych mężczyzn. Oni z różnych powodów mają swoje lęki; głównie chodzi tu o rosnące zagrożenie ze strony emancypujących się, coraz lepiej wykształconych i lepiej zarabiających rówieśniczek. Jest wśród tych mężczyzn rosnący odsetek osób żyjących (nie z własnej woli) w samotności, w celibacie. To ogromnie wpływa na ich postrzeganie świata społecznego i polityki. Ci młodzi mężczyźni nie mogą i nie potrafią znaleźć sobie ciepła w związku i rodzinie, szukają go więc w Narodzie, w "Wielkiej Polsce".

Czy obowiązkowe głosowanie to dobre rozwiązanie, by skłonić choćby kilka milionów osób do pójścia na wybory?

W Polsce jest to nie do przeforsowania i nie miałoby też sensu.

Dlaczego?

Badania realizowanego w Uniwersytecie SWPS Polskiego Generalnego Studium Wyborczego (PGSW) przynoszą ciekawe wyniki. Wniosek jest taki: rozkłady preferencji politycznych wśród niegłosujących są podobne do preferencji głosujących. Robiliśmy symulacje wśród osób niegłosujących i w powyborczym sondażu zadawaliśmy pytanie "gdyby był przymus głosowania, to na kogo byś oddał(a) głos?". Otrzymaliśmy niedoskonały, ale jednak obraz ich sympatii politycznych.

I?

Okazuje się, że wynik wyborów przy frekwencji dochodzącej do 90 proc. prawie w ogóle by się nie zmienił. W 2001 r. może Samoobrona dostałaby kilka mandatów więcej w Sejmie. Rozkład pozostałych mandatów pozostał właściwie bez zmian. Szokujące było dla nas to, że prawie dwukrotne podniesienie frekwencji tylko minimalnie zmienia wynik wyborów.

A dlaczego nie do 100 proc.?

Pomijając osoby, które ze względów zdrowotnych nie mogą zagłosować, to maksymalną, stuprocentową frekwencję obniżają tacy obywatele, którzy nawet gdyby musieli za absencję wyborczą zapłacić grzywnę, to i tak by nie chcieli iść na żadne wybory.

Więcej o: