Po co Kaczyński jedzie do o. Rydzyka? Cel ma podobny do Tuska wbijającego szpile na Twitterze

Jacek Gądek
Jarosław Kaczyński mobilizuje wyborców w Radiu Maryja. A Donald Tusk na Twitterze. Liderzy są w tej kampanii obciążeniem dla Andrzeja Dudy i Rafała Trzaskowskiego, więc sami limitują swoją obecność w kampanii prezydenckiej.

Zobacz nagranie. O. Tadeusz Rydzyk przepytuje prezydenta:

Zobacz wideo

Jeszcze niedawno siodłano Donaldowi Tuskowi białego konia, by na jego grzbiecie wracał z Brukseli do Polski i odbijał ją z rąk Jarosława Kaczyńskiego. Nie brakowało błagalnych tonów, że jest jedynym Polakiem, który może tego dokonać.

Jeszcze niedawno, choć to świeższe, Jarosław Kaczyński na fecie inaugurującej kampanię Andrzeja Dudy zachwalał go mówiąc, że jest "kandydatem marzeń". Opiewał jego cnoty i podkreślał, że zawsze szedł "prostą drogą". O tym, że Duda, nim związał się z PiS, należał do Unii Wolności (razem z Tuskiem) się nie zająknął.

Dziś Kaczyński i Tusk są w kampaniach wyborczych swoich młodszych kolegów niemal nieobecni. Tusk prowokacyjnie nawet zaprosił Kaczyńskiego na "długi wspólny spacer", by "pogadać o dawnych czasach" i "uwolnić Andrzeja i Rafała od naszych sporów i emocji". Ten spacer z pewnością byłby przygodą, ale zdrowia by im nie dodał.

Liderzy są kampanii obecni śladowo. Tusk pisze na Twitterze. Kaczyński jedzie do Radia Maryja na "rozmowy niedokończone". Ich obecność na pierwszej linii kampanijnego frontu tylko by zaszkodziła kandydatom, których popierają. Kaczyński podjął próbę - występując na konwencji z młodzieżą - ale wydarzenie okazało się klapą, więc potem znów zniknął.

Tusk trafnie takiej próby nie podejmuje, mimo wcześniejszych deklaracji o "pełnej gotowości bojowej". Jest w tym paradoks: dziś Polacy psioczą na wojnę polsko-polską, jednocześnie niezmiennie głosują na zwaśnione strony, ale już większość wyborców nie jest skłonna poprzeć prawdziwych generałów z obu stron - prezesa PiS i honorowego przewodniczącego PO. Ba, mają wręcz uczulenie na "ojców założycieli" PO i PiS. Obie strony ich więc schowały.

Jarosław Kaczyński jest co prawda obecny w kampanii, ale nie ma woli stania się w niej istotnym aktorem. Swoją rolę jednak ma: to mobilizowanie najtwardszego elektoratu. Temu służy występ w tasiemcowych - ale fascynujących, bo w nich to w przyjaznej atmosferze i nieograniczonym czasie politycy PiS mogą sobie pozwolić na więcej niż zwykle - "Rozmowach niedokończonych" na antenie Radia Maryja i TV Trwam.

Po co prezes PiS idzie do o. Tadeusza Rydzyka? To czysta kalkulacja. Słuchacze Radia Maryja co prawda nie są zbyt liczni, bo słuchalność tej stacji to ledwo ponad 1 proc., ale to najczęściej osoby starsze i kler.

Emeryci są tymczasem tą grupą społeczną, która najczęściej popiera Andrzeja Dudę i PiS. Tym bardziej przykrą niespodzianką dla obozu rządzącego była niska frekwencja wśród wyborców 60+. Przez epidemię koronawirusa zwyczajnie obawiali się iść do urn, nawet jeśli obóz rządzący daje im "trzynastki" i obiecuje też "czternastkę". Dziś PiS wszystkimi sposobami stara się zatem zmobilizować emerytów do pójścia na głosowanie.

Konkret: frekwencja w skali Polski wyniosła 64,51 proc., ale wśród osób 60+ zaledwie 55,9 proc. PiS szuka nowych głosów wśród seniorów, którzy w I turze nie nie oddali głosu.


Duchowni są często - to oczywistość - wpływowymi osobami w małych społecznościach. Proboszczowie często w parafialnych gablotach umieszczają zachęty do słuchania Radia Maryja. I sami też słuchają tej rozgłośni. Radio Maryja kształtuje zatem niejednego proboszcza i jego kazania. A że w konserwatywnych regionach tradycyjnie po mszy idzie się na głosowanie w wyborach, to treść tych kazań ma znaczenie. I nie chodzi wprost o nawoływanie do głosowania na Andrzeja Dudę, ale o sugestie - choćby takie, jakie czyni abp Marek Jędraszewski - by głosować "zgodnie z właściwie ukształtowanym sumieniem", czyli na kandydata, "którego polityczny program jest bliski nauce społecznej Kościoła ze względu na obronę fundamentalnej wartości życia oraz tradycyjnie pojmowaną instytucję małżeństwa i rodziny, a także troskę o zagwarantowanie rodzicom prawa do wychowywanie ich dzieci". Andrzej Duda w kampanii mówił o "ideologii LGBT", chronieniu tradycyjnej rodziny i sprzeciwiał się "seksualizacji" dzieci, więc nawet takie wezwania podczas kazań mogą wpłynąć na decyzje wyborców.

O ile Jarosław Kaczyński jedzie do o. Tadeusza Rydzyka, to Donald Tusk ogranicza swoją obecność w kampanii do również dość hermetycznego medium: Twittera. Deklarował tam "pełną gotowość bojową" (wtedy kandydatką była jeszcze Małgorzata Kidawa-Błońska), wzywał do przesunięcia wyborów, nawoływał też do zbierania podpisów dla Rafała Trzaskowskiego. Wywiązała się tam między Tuskiem a Dudą utarczka słowna, kto jest "cykorem". - Będziemy Cię wszyscy wspierać. Z całych sił - pisał do Trzaskowskiego na TT.

Tusk często na TT ironizuje i wbija szpile, ale te komunikaty są w stanie dotrzeć tylko do twardszego elektoratu, nawet jeśli są podchwytywane przez media. Tym sposobem Tusk - mając bardzo duży elektorat negatywny - mobilizuje przekonanych już do Trzaskowskiego wyborców, a jednocześnie swoją nikłą obecnością nie zraża wyborców niezdecydowanych. I co też ważne: PiS liczyło na to, że Tusk wystartuje albo zaangażuje się mocno w kampanię Trzaskowskiego, bo - to rzecz przetestowana - nikt tak nie mobilizuje wyborców PiS jak właśnie Tusk. Zatem limitowana obecność Tuska jest racjonalna.

Największym wkładem Tuska w kampanię jest jego nieobecność, co dla pełnokrwistego polityka jest wysiłkiem. A co więcej, Tusk de facto przystał na rolę tego, który jest przeszłością. Od kilku dni Rafał Trzaskowski powtarza bowiem jak mantrę, że "nie ma już Donalda Tuska w polskiej polityce i przyszedł czas, aby w polskiej polityce nie było Jarosława Kaczyńskiego". Mimo rzucania takich zaklęć, to Kaczyński i Tusk wciąż w tej polityce są. I będą w jeszcze większym stopniu po rozstrzygnięciu wyborów.

Więcej o: