Prof. Sowiński: Duda? "Może pójść śladami Lecha Kaczyńskiego". Trzaskowski? "Wtedy możliwe są przyspieszone wybory"

Jacek Gądek
- Andrzej Duda może pójść śladami swojego nauczyciela i patrona, Lecha Kaczyńskiego. Trudno mi to sobie jednak wyobrazić - mówi dr hab. Sławomir Sowiński, politolog z UKSW. A ewentualna prezydentura Rafała Trzaskowskiego, gdy rząd tworzy PiS? - Prawdopodobny jest scenariusz przyspieszonych wyborów parlamentarnych, w których PiS podejmuje dramatyczną próbę zdobycia większości przełamującej weto prezydenta.

Zobacz nagranie. Krzysztof Łapiński (były rzecznik Andrzeja Dudy) o musztardzie prezydenta:

Zobacz wideo

Jacek Gądek: W razie wygranej Andrzeja Dudy jego druga kadencja będzie istotnie się różnić od pierwszej?

Dr hab. Sławomir Sowiński (Instytut Nauk o Polityce i Administracji UKSW): - To jest po pierwsze pytanie, jak w ogóle będą wyglądać rządy "dobrej zmiany" po ewentualnej wygranej Andrzeja Dudy. A dopiero po drugie, jaką funkcję wobec tychże rządów będzie pełnił Duda. Czy taką, jak obecnie, czyli wspierającą i wpisującą się mocno w działania rządu, czy jednak zacznie się dystansować od PiS.

Jaki scenariusz jest bardziej prawdopodobny?

Muszę na wstępie podkreślić, że rozmawianie o przyszłości jest ryzykowne. A już zwłaszcza o przyszłości, która jest przedmiotem kampanii wyborczej. Faktycznie można jednak przedstawiać możliwe scenariusze i czynniki, które sprawiają, że stają się one prawdopodobne.

Załóżmy, że Duda wygrywa…

… i wtedy - jak myślę - będziemy świadkami "dobrej zmiany", jaką znamy. Sądzę, że ta władza nadal za pomocą transferów społecznych i propagandy szukać będzie legitymizacji w elektoracie konserwatywnym i socjalnym, a jednocześnie będzie przejmować kontrolę nad kolejnymi instytucjami państwa. I te transfery nadal zastępować będą modernizację instytucji państwa.

Nie spodziewam się jednak w Polsce wariantu węgierskiego, czyli bardzo twardego jedynowładztwa PiS. "Nowogrodzka" wie, że Polacy są bardzo czuli na punkcie wolności indywidualnej, bo mamy przecież w pamięci lekcje PRL i "Solidarności".

"Dobra zmiana" może się zmienić po wyborach wygranych przez Dudę?

To zależy do trzech rzeczy. Po pierwsze od tego, jak wielkie będą rozliczenia w PiS po wyborach - a te zapewne będą. Wyniki I tury są bowiem dla PiS bardzo pouczające. Zwłaszcza porażka Władysława Kosiniaka-Kamysza, który starał się pokazywać, że możliwy jest umiarkowany konserwatyzm.

Okazuje się, że nie ma społecznego zapotrzebowania na "letni" konserwatyzm.

Nie powiedziałbym "letni". Wyniki wyborów prezydenckich pokazują, że konserwatyzm umiarkowany ciągle musi w Polsce czekać na swój moment. Z drugiej strony widać relatywny sukces idącej mocno w prawo Konfederacji. Należy się więc spodziewać, że PiS będzie skręcać w stronę konserwatywną, a nie centrum. W konsekwencji - niestety - Jarosław Gowin i jego środowisko mogą być marginalizowani. Mówię "niestety", bo minister Gowin starał się racjonalizować politykę PiS.

A kolejne czynniki, które będą kształtować rządy prawicy?

Po drugie: wiele zależy od sytuacji gospodarczej. Jeśli opozycja ma rację, że państwo - po feerii transferów socjalnych - dociera do kresu swoich możliwości finansowych, to rząd będzie musiał ograniczyć programy społeczne.

I trzecia rzecz: ważny będzie jesienny kongres PiS. Jest bowiem pytanie, czy nastąpi jakaś zmiana władzy w PiS, czyli odejście Jarosława Kaczyńskiego z funkcji prezesa, co byłoby dla tej partii trudnym momentem, a może i nawet wstrząsem.

Od tych elementów zależy pejzaż polityczny po możliwym zwycięstwie Dudy.

Druga kadencja prezydenta zawsze jest inna?

Czasem tak. Prezydent, wiedząc, że jest już niezależny od środowiska politycznego, próbuje grać bardziej samodzielnie - z myślą o swoich interesach już po prezydenturze. Za kolejnych 5 lat prezydent Duda będzie miał dopiero 53 lata. Jest krakowskim inteligentem, prawnikiem, wykładowcą i będzie zapewne myślał o swojej przyszłości zawodowej.

I tym, co dla byłego prezydenta kuszące: o karierze w instytucjach międzynarodowych?

Właśnie. Także dlatego można sobie wyobrazić scenariusz prezydentury bardziej niezależnej niż w pierwszych 5 latach. Prezydenta, który będzie recenzentem rządu i własnego zaplecza politycznego co najmniej w takim stopniu, jak czynił to  śp. prezydent Lech Kaczyński. Przypomnę tylko, że potrafił on podpisać Traktat Lizboński. Andrzej Duda może pójść śladami swojego nauczyciela i patrona.

To hipotetyczny scenariusz, ale Duda, celując w karierę na przykład jako szef NATO, powinien…

…pokazać w realnym rządzeniu jakąś niezależność i siłę polityczną.

A czy tak będzie, patrząc na upływającą kadencję?

Trudno mi to sobie jednak wyobrazić.

Dlaczego?

Gdy obserwuję prezydenta i jego sposób prowadzenia kampanii wyborczej, to widzę autentyczne emocje kogoś, kto jest przejęty polityczną misją PiS. Widzę chęć reprezentowania Polski spoza wielkich miast.

Powtórzę, prezydent jest krakowskim inteligentem, a w XIX-wiecznym micie założycielskim polskiej inteligencji było wychodzenie do ludu, prowadzenie ludu i służenie mu. Inteligent miał obowiązki wobec zwykłych ludzi. Mam wrażenie, że prezydent Duda jakoś tak rozumie swoją misję. I, moim zdaniem, to będzie kierowało go do wnętrza obozu władzy. Póki PiS będzie niosło na sztandarach hasło przywracania godności Polsce spoza wielkich miast, póty Andrzej Duda będzie w tę misję zaangażowany. Będzie to jednocześnie mocno ograniczać jego polityczną niezależność.

Gdybym miał zatem któryś z tych dwóch scenariuszy - prezydentura niezależna bądź wspierająca PiS - typować dziś, to bym typował prezydenturę sprzyjającej obozowi "dobrej zmiany".

A załóżmy, że to jednak Rafał Trzaskowski wygra. PiS twierdzi, że prezydent z PO to nowa "wojna na górze". Tymczasem Trzaskowski rozmawia z Szymonem Hołownią o "ponadpartyjnej prezydenturze". Co bardziej prawdopodobne?

Kohabitacja - czyli model współdziałania prezydenta i obozu rządowego pochodzących z różnych, czasami przeciwstawnych opcji politycznych - sprawdzał się we Francji, ale tam mamy inny system: prezydencki.

W Polsce kohabitacja też ma pewne tradycje.

Była praktykowana przede wszystkim w czasach rządów AWS, gdy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski. Teraz jednak już nie bardzo jestem w stanie sobie wyobrazić w Polsce współdziałanie prezydenta i rządu z różnych opcji.

A dlaczego by nie?

Bynajmniej nie dlatego, że Rafał Trzaskowski swoją awanturniczą polityką rzucałby kłody pod nogi rządowi PiS. Odwrotnie: taka kohabitacja byłaby bardzo niekorzystna dla PiS. W polskich warunkach kohabitacja polega na tym, że rząd ponosi koszty władzy, a prezydent zbiera polityczny krem. Jest w komfortowej roli recenzenta i "dobrego wujka", który gani bądź chwali rząd. Głowa państwa nawet jeśli coś podpisze, godząc się na działania rządu, to i tak nie ponosi za to większej odpowiedzialności. Zatem to PiS nie byłoby - jak sądzę - gotowe funkcjonować w układzie z prezydentem Trzaskowskim.

Mieliśmy już, choć dość dawno, jednocześnie prezydenta Lecha Kaczyńskiego i rząd PO premiera Donalda Tuska. Czy nowa kohabitacja, czyli prezydent Trzaskowski i rząd PiS, różniłaby się tamtej diametralnie?

Jesteśmy już w innym momencie politycznym. Czas, który pan przywołuje, to lata 2007-10, a więc sam początek ostrego sporu PO-PiS. A ponadto śp. Lech Kaczyński i Donald Tusk dobrze się znali. Co prawda były awantury, jak o samolot czy krzesło, ale odbywali jednak też długie rozmowy.

Donald Tusk i Lech Kaczyński pili wino. A teraz?

Dziś trudno to sobie wyobrazić.

Lepiej zatem dla PiS, by to opozycja przejęła władzę i się wykrwawiała w wewnętrznych sporach?

Gdyby Rafał Trzaskowski został prezydentem, to na pewno w całym obozie Zjednoczonej Prawicy nastąpiłoby potężne rozliczenie, na granicy politycznego trzęsienia ziemi. Zapewne krytycy ministra Gowina oskarżyliby go o to, że obalił rządy prawicy, bo nie dopuścił do wyborów w maju. Pojawiłoby się pytanie, czy można w ogóle rządzić, gdy prezydentem jest Trzaskowski. Wówczas prawdopodobny jest scenariusz przyspieszonych wyborów parlamentarnych, w których PiS podejmuje dramatyczną próbę zdobycia większości przełamującej weto prezydenta.

Uzyskać 3/5 w Sejmie jest potwornie trudno. Trzeba by uzyskać z 50 proc. poparcia.

I przy prezydencie Trzaskowskim PiS zapewne starałoby się każdym możliwym sposobem taką większość zdobyć.

I gdyby się nie udało…

…prawdopodobne jest wówczas przejście PiS do opozycji i przyglądanie się, jak różne opozycyjne dziś środowiska polityczne, od lewicy po prawe skrzydło Koalicji Obywatelskiej, próbowałyby stworzyć większość w Sejmie, a jednocześnie musiałyby się mierzyć z wychodzeniem z kryzysu gospodarczego.

"Ponadpartyjna" prezydentura Trzaskowskiego to coś możliwego, czy to jedynie przekaz marketingowy?

Jeśli prezydent jest samodzielny, myśli o swojej podmiotowej roli i własnej przyszłości, to wie, że jego interesy są inne niż interesy jego własnego środowiska politycznego. Świetnie było to widać po prezydenturze Aleksandra Kwaśniewskiego. On właściwie, gdy tylko w 1995 r. został prezydentem, nabrał dystansu do obozu SLD. Rozumiał, że wraz z wyborem na urząd głowy państwa jego osobista pozycja polityczna - ówczesna i przyszła - wymaga szerszego spojrzenia na państwo, niż miała jego formacja. Efekt był taki, że po 10 latach takiej samodzielności politycznej jest wskazywany w sondażach jako najlepszy prezydent.

Myśląc - tak jak Aleksander Kwaśniewski - także o własnym interesie, prezydent Trzaskowski bez żalu pożegnałby się z legitymacją swojej partii i nie byłby zbyt podatny na presję, którą PO z pewnością chciałaby na nim wywierać. Zwłaszcza że Rafał Trzaskowski zna politykę europejską i jej standardy.

Więcej o: