Duda przytula przegranych - najmocniej Bosaka. Zaczął dogrywkę w bardzo przemyślany sposób

Jacek Gądek
Wieczór wyborczy Andrzeja Dudy był jego pierwszym wiecem po zamknięciu lokali wyborczych. Prezydent wylewnie dziękował rywalom i usilnie szukał z każdym z nich wspólnego mianownika. Najmocniej umizgiwał się do kandydata hardej prawicy, bo to głównie od wyborców Krzysztofa Bosaka zależy dziś los Dudy. Prezydent dogrywkę rozpoczął dziś w bardzo przemyślany sposób.

Andrzej Duda od miesięcy stara się ostentacyjnie okazywać szacunek dla peletonu kandydatów. Wiele razy - to koronny dowód - podkreślał swój udział w debacie prezydenckiej już przed I turą. Jego sztabowcy i on sam podkreślali jak mantrę, że Duda jest pierwszym urzędującym prezydentem, który zjawił się w studiu telewizyjnym już przed I turą, obok wszystkich - nawet najbardziej egzotycznych - kandydatów.

Cel był prosty: ten ostentacyjny deklarowany szacunek dla przyszłych przegranych miał ułatwić Dudzie przejęcie ich wyborców. Duda tak mocno przytulał rywali, bo chce z nich wycisnąć jak najwięcej wyborców w II turze. Z jednej strony Duda mówił o szacunku, ale z drugiej strony ciskał gromami w rywali, zestawiając opozycję a to z koronawirusem, a to ze złowrogą "ideologią LGBT".

Tłum nie do końca rozumiał intencję tych wszystkich podziękowań Dudy, który rozpływał się nad rywalami. Pro forma podziękował Rafałowi Trzaskowskiemu, ale - nieprzypadkowo - potem przeszedł do Krzysztofa Bosaka i do trzeciego w stawce Szymona Hołowni. Dziękował też egzotycznemu Pawłowi Tanajnie i Stanisławowi Żółtkowi. Duda dziękował, a tłum skandował wówczas "Duda, Duda!". A przecież im niżej Duda się ukłoni "maluczkim" kandydatom, tym łatwiej będzie mu sięgnąć po zwycięstwo. Ta "polityka miłości" i szacunku Dudy jest oczywistą kalkulacją.

Z przemówienia Dudy bije jasno, że prezydent chce w pierwszym rzędzie poszerzyć elektorat o wyborców Krzysztofa Bosaka. Konfederacja jest jednak harda - przynajmniej dziś i przynajmniej oficjalnie - bo od razu poinformowała, że w II turze wyborów prezydenckich "zachęca swoich sympatyków do głosowania zgodnego z własnym sumieniem i rozumem".

Konfederacja nie udziela zatem poparcia żadnemu z kandydatów - ani Andrzejowi Dudzie, ani Rafałowi Trzaskowskiemu. Ale poparcie może być niuansowanie. Jak? 5 lat temu Duda wygrał batalię o prezydenturę także dlatego, że Paweł Kukiz (wówczas w I turze zdobył ponad 20 proc.) stwierdził, że nie zagłosuje na Bronisława Komorowskiego.

Nawet jeśli teraz Bosak nie zechce w żadne sposób zasugerować poparcia dla Dudy, to prezydent już ponad jego głową chce dotrzeć do jego wyborców. - Bardzo niewiele dzieli nas z Krzysztofem Bosakiem. W wielu sprawach myślimy podobnie - podkreślał Duda. I wchodził w skórę jego młodych zwolenników: - Pewnie, że wyborcy pana Krzysztofa Bosaka, zwłaszcza ci młodzi, wiele spraw chwieliby szybciej, być może bardziej radykalnie, bardziej zdecydowanie. Takie są też prawa młodości, że młodzi wszystko chcą szybko i zdecydowanie. Ale cel jest wspólny. Cel to silna, bezpieczna Polska. Polska, która ma swoją godność. Polska, której interesy są absolutnie na pierwszym miejscu.

W takich słowach, choć Duda tego nie mówi, pobrzmiewa wojowanie z Unią Europejską i - bliski Konfederacji - sprzeciw wobec zwracania mienia pożydowskiego.

Ale Duda chce też uszczknąć, ile może ze - skromnego, ale jednak istniejącego - poparcia dla Władysława Kosiniaka-Kamysza. Tu Duda podkreślał, że mają oni ze sobą wspólne konserwatywne podejście do rodziny i są bliscy wsi. Nawet z Robertem Biedroniem Duda dopatrzył się wspólnego punktu: "troski o człowieka, który jest słabszy" - także w kontekście dzikiej reprywatyzacji w Warszawie. Tu warto wspomnieć, że Duda nieprzypadkowo ułaskawił bliskiego lewicy (Partii Razem, która popierał Biedronia) Jana Śpiewaka, a ten jest przecież głośnym krytykiem prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. To ułaskawienie - patrząc w kategoriach wyłącznie gry politycznej - to sposób na demobilizację części potencjalnego elektoratu Trzaskowskiego.

Teraz Andrzej Duda będzie starał się grać na trzech fortepianach - bardzo odległych od siebie.

Pierwszym ma przyciągnąć wręcz skrajnie prorynkowy i liberalny elektorat Bosaka. Wyborcy Bosaka to często mali przedsiębiorcy, którzy są wściekli na to, że PiS z ich podatków funduje programy socjalne. By ich pozyskać Duda wskazuje często na kolejne "tarcze", które są transferem pieniędzy do przedsiębiorców.

Drugim chce pozyskać seniorów, którym obiecuje kolejny bonus w postaci czternastej emerytury. To o tyle proste, że Rafał Trzaskowski głosował kilka lat temu przeciwko obniżce wieku emerytalnego, a w kampanii jego największą wpadką było zapomnienie o tym.

Trzecim chce przyciągnąć pracowników słabiej zarabiający. To też sposób na pozyskanie ludzi niezdecydowanych albo nieuczestniczących dotychczas  w wyborach - ta pula jest duża. Jak? Dzięki postulatowi, który pojawił się w ostatnich dniach w przemówieniach Dudy: to wzrost pensji w Polsce średnio do ok. 2 tys. euro za 5 lat. Ale i tu jest mina, którą prezydent stara się omijać. Jaka? W 2019 r. PiS wzięło na sztandary obietnicę podwyższenie pensji minimalnej w kilka lat do 4 tys. zł. I tym zraziło do siebie małych przedsiębiorców, którzy musieli tę obietnicę sfinansować. Dziś Duda obiecuje średnią pensję w wysokości ok. 8 tys. zł (w przeliczeniu na złotówki), co już się nie wiąże się wprost z narzucaniem podwyżek wynagrodzeń przedsiębiorcom przez państwo.

Z przemówienia samego Dudy jak i jego współpracowników i polityków PiS wynika też coś, co jest zaprzeczeniem dotychczasowego modelu walki w II turze. O ile dotychczas naturalny był kurs na centrum, czyli kuszenie wyborców umiarkowanych, tak teraz Duda wybiera inny model. Prezydent szukał będzie przede wszystkim głosów na prawo od siebie - wśród wyborców Bosaka.

Więcej o: