Miała być wielka bomba, a wyszedł mały kapiszon. Trump nie uratuje kampanii Dudy [ANALIZA]

Wizyta u Donalda Trumpa nie będzie momentem zwrotnym kampanii wyborczej Andrzeja Dudy. Mocno nadmuchany balon oczekiwań pękł z hukiem, gdy okazało się, że spotkanie obu prezydentów ma charakter kurtuazyjny, a nie przełomowy.

To miał być dla prezydenta Dudy mocny akcent na samym finiszu kampanii przed pierwszą turą wyborów. Z Waszyngtonu głowa państwa miała przywieźć wiele konkretów realnie zacieśniających współpracę polsko-amerykańską i dających realne korzyści stronie polskiej. Tylko wtedy wyprawę za ocean można byłoby przedstawić w kampanii jako duży sukces i istotną zmianę.

Tymczasem wbrew - oficjalnym i nieoficjalnym - szumnym zapowiedziom polityków Zjednoczonej Prawicy do żadnego przełomu nie doszło. Co więcej, prezydent Duda nie wraca z Ameryki z żadnymi konkretami, które mógłby "sprzedać" jako jednoznacznie pozytywny efekt swojej wizyty w Białym Domu.

Zobacz wideo Były prezydent Bronisław Komorowski nie ma złudzeń, że wizyta Andrzeja Dudy w Białym Domu miała przede wszystkim cel wizerunkowy

Potrójne rozczarowanie

Zarówno dla strony polskiej, jak i amerykańskiej kluczowe były trzy obszary rozmów dwustronnych: współpraca w zakresie budowy technologii 5G w Polsce, porozumienie co do budowy elektrowni atomowej w naszym kraju i możliwość ulokowania na terytorium Polski amerykańskiej bazy wojskowej funkcjonującej w debacie publicznej jako "Fort Trump".

W żadnej z tych trzech kwestii prezydent Duda nie osiągnął podczas swojej wizyty w Waszyngtonie przełomu, którym mógłby się pochwalić wyborcom w Polsce. W kwestii sieci telekomunikacyjnej piątej generacji prezydent Trump enigmatycznie oświadczył, że "właśnie podpisaliśmy wspólną deklarację o 5G i Polska w tej chwili przeciera szlaki w Europie poprzez wykorzystywanie zaufanych dostawców oraz sprzętu, by Stany Zjednoczone i Polska współpracowały ramię w ramię". Konkretów jednak brakuje - nie ma dat rozpoczęcia ani zakończenia inwestycji, nazw amerykańskich koncernów, które wezmą udział w przedsięwzięciu czy sum, na które opiewałyby dwustronne kontrakty.

Sprawa budowy elektrowni jądrowej w naszym kraju nadal okryta jest tajemnicą. Po spotkaniu ze swoim amerykańskim odpowiednikiem prezydent Duda pytany o ten temat odpowiedział tylko, że "w najbliższym czasie podpisana zostanie umowa między rządami Polski i USA, która umożliwi prace projektowe nad wprowadzeniem konwencjonalnej energii nuklearnej dla produkcji energii w Polsce". Czytaj: głowa polskiej państwa opuszcza Biały Dom nawet bez podpisanej deklaracji dotyczącej dwustronnej współpracy w zakresie energetyki jądrowej.

Polskich wyborców najbardziej elektryzowała kwestia budowy umownego Fortu Trump na naszym terytorium. Po wizycie prezydenta Dudy w Waszyngtonie we wrześniu 2018 roku wydawało się, że pytanie nie brzmi "czy", tylko "kiedy". W końcu strona polska zadeklarowała nawet gotowość sfinansowania budowy i utrzymania stałej amerykańskiej bazy. Miało to kosztować około dwóch mld dol. - Mam nadzieję, że razem zbudujemy Fort Trump w Polsce - nie krył wówczas nadziei polski prezydent.

Ale i tutaj rzeczywistość przyniosła rozczarowanie. Na konferencji prasowej po spotkaniu z prezydentem Trumpem prezydent Duda stwierdził tylko: "[Umowa z zeszłego roku] dzisiaj znajduje swój kolejny etap, a mianowicie rozmowę o tym, że istnieje możliwość dalszego zwiększania obecności wojsk amerykańskich w naszym kraju". Z całym szacunkiem, ale po blisko dwóch latach liczyliśmy na znacznie więcej niż "istnieje możliwość". Nie ukrywali tego zresztą nawet politycy Zjednoczonej Prawicy. Tymczasem amerykański przywódca nie złożył nawet żadnej wiążącej deklaracji, czy i jaka część wycofywanych z terytorium Niemiec amerykańskich żołnierzy zasili kontyngent stacjonujący w Polsce.

W zaistniałej sytuacji rządzący jako kluczowy i bardzo wymierny efekt wizyty prezydenta Dudy w Waszyngtonie wskazują inwestycje amerykańskich koncernów technologicznych nad Wisłą. Google i Microsoft mają w najbliższych latach zainwestować w naszym kraju łącznie trzy mld dol. Tyle że trudno uwierzyć, aby amerykańscy giganci zdecydowali o takim kroku przy okazji jednego politycznego wydarzenia. Tego rodzaju inwestycje są przygotowywane przez miesiące, a czasem nawet lata.

Kampanijny kontredans

Skoro nie konkretne umowy handlowe ani wojskowe, to co było głównym powodem spotkania obu prezydentów? Odpowiedź jest krótka i bardzo prosta: bieżąca polityka. Zarówno prezydentowi Trumpowi, jak i jego polskiemu odpowiednikowi to spotkanie było potrzebne ze względów kampanijno-wizerunkowych.

To świetna okazja do będących solą dyplomacji kurtuazyjnych zapewnień o coraz mocniejszych relacjach, wieloletniej polsko-amerykańskiej przyjaźni, umacnianiu kluczowego sojuszu. Do tego sporo zdjęć i filmików zrobionych przez fotoreporterów, które obaj politycy będą mogli wykorzystać na użytek wewnętrzny w swoich kampaniach wyborczych.

Ponadto Trump stara się pokazać swoim rodakom, że sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest opanowana i kraj wraca do normalności po koronawirusowym huraganie, który się przez niego przetoczył w ostatnich miesiącach (rzecz w tym, że liczby dotyczące zakażeń i zgonów temu przeczą). Amerykański przywódca robi też, co w jego mocy, żeby podreperować rekordowo słabe sondaże poparcia, wedle których ma bardzo małe szanse na reelekcję i pokonanie wystawionego przez Demokratów Joe Bidena.

Również dla naszego prezydenta kwestie kampanijne są absolutnie kluczowe. Status pierwszego polityka wizytującego Biały Dom po epidemii koronawirusa może działać na wyobraźnię. Pytanie, czy głównie prezydenckich sztabowców, czy także obecnych i potencjalnych wyborców. Prezydent Duda chce bowiem na finiszu kampanii zagrać na wrażliwej, amerykańskiej nucie, wiedząc, że Polacy niezmiernie cenią sobie sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Dodatkowo jest też okazja do spotkania się z amerykańską Polonią, która historycznie zawsze chętnie wspierała prawicę.

Liczenie, że wizyta za oceanem przyniesie dodatkowe punkty sondażowe przed zaplanowaną na 28 czerwca pierwszą turą wyborów prezydenckich, może być jednak złudne. Podobnie jak wcześniejsze bardzo zdecydowane postawienie na temat LGBT, który przed rokiem dał Zjednoczonej Prawicy spektakularne zwycięstwo w eurowyborach. "Dobra zmiana" zdaje się poruszać w schematach, które działały przez minione pięć lat, dając kolejne wyborcze zwycięstwa. Jednocześnie rządzący jakby zupełnie zapomnieli, że w międzyczasie epidemia koronawirusa zresetowała zegar. Zarówno ten polityczny, jak i społeczny.

Celnym podsumowaniem tej wizyty wydają się słowa byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w RMF FM: "Myślę, że takie wizyty nie szkodzą. Może okazać się jednak, że ta rozmowa była ich spotkaniem pożegnalnym. Obaj politycy mogą za chwilę stracić urząd".

Więcej o: