Paulina Kosiniak-Kamysz: zanim urodziłam Zosię, to mówiłam, że mam dzieci - setkę w Armenii

Jacek Gądek
Podolany? - Śliczne. Armenia? - Kocham. Zanim urodziłam Zosię, to gdy mnie pytano, ile mam dzieci, mówiłam: setkę w Armenii - mówi Paulina Kosiniak-Kamysz, żona startującego w wyborach prezydenckich prezesa PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Zobacz nagranie. Paulina Kosiniak-Kamysz "skradła show" mężowi?

Zobacz wideo

Jacek Gądek: - Rodzinne Podolany. Piękne?

Paulina Kosiniak-Kamysz: - Śliczne. Zielone. Jeziora. Łąki. Lasy. Pagórki. Uwielbiam to miejsce. Zawsze tam jadę z radością.

Kraków. Najpiękniejsze miasto?

Ukochane miasto mojego męża. Chodziłam tam do liceum i dziennie dojeżdżałam po 40 km. Szczerze, nie poznałam dobrze Krakowa, bo zawsze się spieszyłam na pierwszy autobus, by wrócić do domu w Podolanach.

Ulubione miejsce w Podolanach?

Dom rodzinny! I las. Przepiękna ścieżka rowerowa wzdłuż rzeki Raby. Malownicze widoki. Wychowałam się na wsi i mimo, że wyjechałam do Warszawy, to tęsknię za Podolanami.

No to teraz już wiem na pewno: będzie mi pani ściemniać, że chce się pani przeprowadzić do Pałacu Prezydenckiego w środku Warszawy.

Czy chcę? Ja chcę, ale być tam, gdzie mój mąż.

Mogę sobie pozwolić na suchara?

Śmiało.

Mówiła pani o mężu "tygrys"…

…i teraz każdy mi to przypomina.

Trzymając się tej poetyki i sięgając do Kubusia Puchatka, to pani jest teraz kangurzycą.

Jeśli porównać kobietę w ciąży do zwierzęcia, to faktycznie jestem kangurzycą. Na profilach w mediach społecznościowych ludzie piszą o mnie jednak "tygrysica".

Dzieli się tam pani bardzo otwarcie waszym życiem prywatnym.

Tak. Gdy jednak zaczęłam być z mężem, to zniknęłam z Facebooka, ale potem wróciłam. W czasie kampanii dzielę się naszym życiem ostrożniej.

Jest w tym rodzaj ekshibicjonizmu?

Jestem otwarta. Po prostu. Nie mam problemu, by dzielić się swoim życiem, ale rozumiem także rodziców, którzy nie publikują zdjęć swoich dzieci. Zosię pokazaliśmy światu od razu. Trafiła też na wyborczy billboard mojego męża, bo tylko z nią jesteśmy kompletną rodziną.

Nie mieliście wątpliwości, czy być na billboardach razem z córką?

W styczniu zrobiliśmy sesję fotograficzną. Wzięliśmy córkę, bo chcieliśmy też mieć wspólne zdjęcia. To, które jest na billboardach, jest moim ulubionym. Daliśmy je zresztą dziadkom - stoją w ramkach na komodzie w Krakowie i Podolanach. Śmiejemy się, że to będzie nasza najlepsza pamiątka po wyborach.

A na serio chciałaby pani mieszkać w Pałacu, w marmurach, pod żyrandolami?

Samo miejsce jest męczące, bo przy ruchliwym Krakowskim Przedmieściu, a ja bym chciała wyjść na pole. Chciałabym pojeździć na rowerze z Zosią. Dla mnie polityka sprowadza się jednak do pomagania, a Pałac Prezydencki to dla mnie tylko narzędzie.

Teraz pan będzie pytał, czy zrezygnuję z pracy i czy jestem na to gotowa.

Ależ nie. A ile razy takie pytanie już padało?

Z 500. I zawsze odpowiadam tak samo: mąż nie zamknął mnie w domu podczas ciąży i na urlopie macierzyńskim, więc w Pałacu też mnie nie zamknie.

To teraz pytanie nie na miejscu.

OK.

Środowiska feministyczne chcą legalizacji aborcji do 12. tygodnia ciąży. Jest pani za czy przeciw?

Jestem zwolenniczką obowiązującego dziś kompromisu ws. aborcji. Lata temu udało się go osiągnąć i jest on wartością. A ponadto zmiana ustawy czy wręcz konstytucji sprawi, że potem wahadło odbije w drugą stronę. Po liberalizacji będzie zaostrzenie, a po zaostrzeniu liberalizacja.

Pytanie było nie na miejscu, bo…

…jestem w drugiej ciąży. I jestem przekonana, że aborcja to dramat dla każdej kobiety. W te dramaty wchodzą z butami politycy, często w ogóle nie znając się na tej tematyce.

Środowiska lewicowe mówią: w Polsce prawo antyaborcyjne jest jednym z najbardziej restrykcyjnych i należy wprowadzić europejskie standardy.

Aż tak źle nie jest. Nie oceniałabym Polski jako ciemnogrodu i zaścianka, ale oczywiście są sprawy, które pozostawia się bez rozwiązania. Sama jestem zwolenniczką dnia referendalnego.

Trudno, żeby była pani przeciw, skoro pani mąż ma dzień referendalny w programie wyborczym.

Skoro są sprawy kontrowersyjne, to oddajmy głos wyborcom. Oczywiście, Bronisławowi Komorowskiemu nie wyszło z takim referendum, ale to da się zrobić lepiej.

Związki partnerskie?

Tak.

Małżeństwa homoseksualne?

Co z tego, że powiem "tak" albo "nie", skoro trzeba najpierw zmienić konstytucję? Takiej większości nie ma ani w parlamencie, ani wśród Polaków. Jeśli w społeczeństwie będzie na to zgoda, wtedy temat wróci. Pytanie o to też można by kiedyś zadać w referendum.

"Ideologia LGBT"?

Dla mnie to ludzie, a nie ideologia.

Jeśli chodzi o szeroko rozumiane prawa kobiet, to co by pani chciała zmienić?

Równe płace dla kobiet i mężczyzn - to powinno się stać faktem, bo ciągle jest z tym problem. Ktoś mi ostatnio opowiadał taką scenę z korporacji: przyszła kobieta na rozmowę i padło pytanie, ile chce zarabiać. Podała kwotę niższą niż płaca minimalna.

A poza tym to w samej polityce jest zbyt mało kobiet.

Może się nie garną?

Ależ się garną.

Małgorzata Kidawa-Błońska się garnęła i co z tego wyszło? Ludzie nie garnęli się, by ją popierać.

Pani marszałek powiedziała, że czas kobiet w polityce jeszcze nadejdzie. Ale kiedy? Za 10, 50 lat? A dobrze byłoby już teraz.

A poza tym?

Z pewnością szybki, bezproblemowy i bezpłatny dostęp do badań medycznych, których kobiety potrzebują. Natomiast nie z myślą o kobietach, to musimy w końcu zadbać o zdrowie psychiczne dzieci, bo w Polsce psychiatria dziecięca leży - niedawno dużo się mówiło o tym, ale nic się nie zmieniło. Dalej jest dramat.

Pani mąż wniesie do Sejmu projekt ustawy dotyczący psychiatrii dziecięcej?

Bardzo bym chciała, by zrobił to jako prezydent, bo dziś jeśli nie każdą, to co drugą rodzinę w Polsce dotykają problemy psychiczne dziecka. Wiem, bo moi przyjaciele robią specjalizacje z psychiatrii i pediatrii. Moja koleżanka mówiła mi, że nie miała w szpitalu dyżuru bez próby samobójczej dziecka bądź zatrucia dopalaczami.

To może pani powinna iść na tak społecznie potrzebną specjalizację, a nie leczyć zęby?

Moim pierwszym wyborem była stomatologia, ale już po studiach zastanawiałam się chwilę, czy nie kształcić się na pediatrę. Ale nie wyszło.

Armenia?

Kocham. Poświęcam na wyjazdy tam wszystkie swoje urlopy.

Trochę pani pojeździła po Europie?

Najczęściej na trasie Erywań - Warszawa. 14 razy. Leczenie dzieciom zębów w Armenii jest dla mnie jak narkotyk. Gdy wracamy stamtąd do Polski, to już pytam swojej szefowej, doktor Dżulietty Kiworkowej, kiedy znów tam jedziemy.

Po co?

Leczymy zęby dzieciom w domu dziecka w Erywaniu. To dom dziecka dla dzieci niepełnosprawnych umysłowo i fizycznie. Ostatnio tam byłam, gdy już byłam w ciąży z Zosią. To straszne, bo te dzieci są w potwornym stanie, ale jednocześnie piękne miejsce.

?

Zawsze nocujemy tam w izolatkach, na piętrowych łóżkach. Gdy byłam tam pierwszy raz, to przyszła do mnie dziewczynka z narysowanym domem. Przytuliła się do mnie. Takie sceny dzieją się tam zawsze.

A jak to się zaczęło?

Kiedy jeszcze byłam na stażu podyplomowym powiedziałam tacie, który jest wójtem gminy Gdów, że fajnie by było przebadać stomatologicznie wszystkie dzieciaki z naszej gminy. Zgłosiłam się do Fundacji Wiewiórki Julii. Napisałam do doktor Kiworkowej. Oddzwoniła. Zaprosiła nas na spotkanie. Powiedziała, że to zrobimy, no i przebadaliśmy dzieci z całej gminy. A potem zaproponowała mi pracę w swojej klinice w Warszawie. I tak wyjechałam do stolicy.

Przed rozpoczęciem pracy w klinice powiedziała mi jeszcze: lecisz ze mną do Armenii. Poleciałyśmy tuż przed Bożym Narodzeniem - to była moja pierwsza Wigilia poza domem rodzinnym. Zakochałam się w Armenii i jeżdżę tam jak do rodziny. Zanim urodziłam Zosię, to gdy mnie pytano, ile mam dzieci, mówiłam: setkę w Armenii.

A dlaczego nie w Polsce?

W Polsce też leczymy jako wolontariusze - w "Budziku" Ewy Błaszczyk. Przy współpracy dwóch fundacji - Fundacja Ewy Błaszczyk "Akogo?" i Fundacji Wiewiórki Julii - powstał pierwszy w Polsce gabinet stomatologiczny dla dzieci w śpiączce. W samym "Budziku" co miesiąc robimy dzieciom przeglądy zębów.

Rwie pani zęby dzieciom w śpiączce?

Nie, ale u takich dzieci też trzeba dbać o zęby, a higiena jamy ustnej jest utrudniona. Niejednokrotnie zdarza się, że pojawiają się stany zapalne zębów i trzeba wtedy szybko pomóc. Leczymy im też próchnicę, wypełniamy zęby, usuwamy kamień. Każdy taki zabieg musi być konsultowany z neurologiem albo lekarzem prowadzącym i za zgodą rodziców.

Narodowa Fundacja Zdrowia. Pani to wymyśliła czy spece PSL od marketingu politycznego?

To mój pomysł. Zaczęło się od tego, że w miejscowości obok na SMA zachorowała dziewczynka - starsza od Zosi o parę miesięcy. Moi rodzice znają dziadków tej dziewczynki, Marysi. Widziałam akcję zbierania pieniędzy dla niej - to było nieprawdopodobne. Kobiety piekły ciasta i tylko na nich zebrały 100 tys. zł.

Zebrać 9 mln zł to gigantyczne zadanie.

I gdy się dowiedziałam, ile trzeba zebrać, to pomyślałam: niemożliwe. Ale powiedziałam też do Władzia: gdyby nasza córka zachorowała, to zrobilibyśmy wszystko, by się udało. Rodzice Marysi tak właśnie działali.

Zebrali?

Tak. Marysi udało się wylecieć do USA tuż przed zawieszeniem wszystkich lotów. Mój brat jest pilotem, więc konsultowali się z nim ws. transportu medycznego do Stanów.

Nie może być tak, że rodzice muszą patrzeć na śmierć własnego dziecka, bo nie mają pieniędzy na lek. Nie mogą być zdani na to, czy jakaś telewizja nimi się zainteresuje i nagłośni zbiórkę. Tu musi pomóc państwo.

Proszę wybaczyć, ale patrząc cynicznym okiem, to mógłbym powiedzieć: narracja "dajmy pieniądze na chore dzieci" jest stałym postulatem polityków w czasie wyborów.

Pieniądze zawsze da się znaleźć, choć państwo ma problem w znajdowaniu ich na naprawdę potrzebne rzeczy. Może to, co mówię, jest naiwne, ale mówię to jako mama i lekarz, a historia z Marysią mocno nas poruszyła. Moja szefowa mi mówi: jak nie wejdziesz drzwiami, to musisz próbować oknem. Próbuję więc.

Tak pani chwali swoją szefową, jakby pani liczyła na podwyżkę.

Nie. Ale śmieję się, że jest moją ormiańską mamą, która zaopiekowała się mną po przeprowadzce do Warszawy.

Sztabowcy podsunęli pani, że powinna pani poprosić Agatę Kornhauser-Dudę o spotkanie?

Nie…

…czyli sama pani pomyślała: wbiję jej szpilę, bo i tak się nie zgodzi na spotkanie, więc okaże się milczącą Pierwszą Damą.

Mieliśmy konferencję prasową z mężem o Narodowej Fundacji Zdrowia, ale temat się nie przebił. Jednocześnie zgłaszały się do mnie kolejne osoby zbierające pieniądze dla chorych dzieci. Te zbiórki stanęły, bo był środek epidemii. Powiedziałam mężowi: napiszmy list do żony prezydenta, bo się nie uda uzbierać na leczenie dzieci, które stracą szansę na życie przez epidemię. Napisałam list, ale gdy dostałam odpowiedź z Pałacu Prezydenckiego, to się rozczarowałam. Odpisała mi urzędniczka, a o spotkaniu nie było mowy.

Pełnomocnik ds. zwierząt, którego chciałaby pani powołać, czym powinien się zajmować?

Prawami zwierząt. Jest rzecznik praw dziecka, jest rzecznik praw obywatelskich, a przy prezydenckie Lechu Kaczyńskim był pełnomocnik ds. zwierząt. Obcujemy ze zwierzętami na co dzień i im się należy rzecznik ich praw.

Jarosław Kaczyński osobiście podpisał się pod ustawą o ochronie zwierząt, ale nie weszła ona w życie. Zakładała zakaz hodowli zwierząt na futra, zakaz trzymania psów na łańcuchu i wiele innych rzeczy.

I bardzo dobrze.

Jest pani w sojuszu z prezesem PiS.

To, że Jarosław Kaczyński coś popiera, nie znaczy, że jest to złe.

To proszę jechać na Nowogrodzką przekonywać prezesa PiS, by jednak nie rezygnował z własnej ustawy.

Nie powinien z niej rezygnować. Osobiście uważam, że jest dobra.

A schabowego pani lubi zjeść?

Lubię. I mam skórzaną torebkę, i buty, i wszyscy mamy skórzane paski. Nie bądźmy kłamcami czy hipokrytami.

Kiełbaskę z grilla?

Też lubię.

Rzecznik praw zwierząt powinien się zająć tylko psami i kotami, a kurczakiem i świnką już nie?

Nie przesadzajmy. Mi chodzi na przykład o tworzenie międzygminnych schronisk dla zwierząt.

Pieska każdemu żal. Świnkę każdy zje.

Świnki też jest mi żal. Nie wpadajmy jednak w skrajność.

A zakazać hodowli zwierząt na futra?

Tak - zakazać.

A pani mąż mówi, że nie.

Znam jego argumenty: przestrzegać praw zwierząt, chronić miejsca pracy przy takich hodowlach. Ale ja uważam, że takich hodowli należy zakazać zupełnie.

Jak pani głosowała w 2015 r. w wyborach parlamentarnych?

Na swojego dzisiejszego męża.

Władka poznałam w 2012 r. podczas sesji dyplomowej, gdy kończyłam studia, ale potem nie mieliśmy kontaktu. A przed wyborami, o które pan pyta, przyszedł do mnie tata i powiedział, że startuje Kosiniak-Kamysz, z którego rodzicami się zna od dawna. Dodał, że też mamy głosować na niego. Przeczytałam program męża i mi odpowiadał. Zagłosowałam.

A w wyborach prezydenckich 2010 r.? Startował Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński.

Na Komorowskiego. W I i w II turze.

A w prezydenckich 2015. Andrzej Duda czy Komorowski?

No oczywiście, że na Komorowskiego.

Nie na kandydata PSL?

Nie.

Zdradziła pani PSL.

Nie należę do partii.

Ale serce już bije dla ludowców?

Tak, ale nie tylko dlatego, że mąż jest liderem. Mój tata też kiedyś startował do Sejmu z list PSL.

Więcej o: