Trzaskowski rośnie z sondażu na sondaż, poparcie dla Dudy pikuje. "Efekt Rafała" może pokrzyżować plany PiS-u [WYKRES DNIA]

Wejście Rafała Trzaskowskiego do prezydenckiej rozgrywki wywróciło dotychczasowy układ sił szybciej, niż sądzili nawet stronnicy prezydenta Warszawy. W tym samym czasie poparcie dla urzędującej głowy państwa systematycznie maleje. Jeśli "efekt Trzaskowskiego" się utrzyma, Zjednoczona Prawica może mieć spore problemy z utrzymaniem Pałacu Prezydenckiego.

- Jestem w tej chwili już w trybie walki. Trzeba wygrać te wybory - mówi Trzaskowski w niedawnym wywiadzie dla "Magazynu Świątecznego". I dodaje:

Mój przyjaciel Michał Żebrowski zawsze mówi, że nie można się iść bić tylko po to, żeby się bić. Trzeba się iść bić w jakiejś sprawie. I ja się biję o wartości takie jak prawda, uczciwość, sprawiedliwość, równość wszystkich wobec prawa

Walka jest zresztą u Trzaskowskiego słowem-kluczem. Politycznym lejtmotywem, wokół którego buduje swoją kampanię, choć tak naprawdę nie jest jeszcze nawet oficjalnie zarejestrowanym kandydatem na prezydenta. Walkę Trzaskowski odmienia przez wszystkie przypadki. Na każdym kroku zapewnia swoich sojuszników, konkurentów, ale przede wszystkim wyborców - tych przekonanych i tych potencjalnych - że chce się bić.

To chyba największy kontrast pomiędzy nim a jego poprzedniczką - wycofaną przez Koalicję Obywatelską z prezydenckiego wyścigu Małgorzatą Kidawą-Błońską. Patrząc po sondażach z ostatnich kilkunastu dni - tylko tyle kampanijnego stażu ma na razie prezydent Warszawy - wyborcom taki zwrot akcji i taka retoryka przypadły do gustu. Trzaskowski niemal z miejsca stał się głównym kandydatem do walki z Andrzejem Dudą w drugiej turze wyborów.

Liczby nie kłamią

Trzaskowski swoją sondażową odyseję zaczął bez rewelacji - od wyniku 10,2 proc. w badaniu Estymatora dla serwisu DoRzeczy.pl. Dało mu to zaledwie czwartą pozycję w stawce. Za plecami nie tylko urzędującego prezydenta, ale również Władysława Kosiniaka-Kamysza (11,8 proc.) i Szymona Hołowni (10,5 proc.). W obronie prezydenta Warszawy należy jednak zaznaczyć, że był to sondaż wykonany w dniu ogłoszenia jego prezydenckiej nominacji.

Później było już tylko lepiej. Trzaskowski już w pierwszy weekend po rozpoczęciu swojej kampanii wskoczył na drugie miejsce w stawce. I to od razu w trzech sondażach - United Survey dla RMF FM i "Dziennika Gazety Prawnej" (14 proc.), IBRiS dla Onetu (16 proc.) i Pollster dla "Super Expressu" (16,54 proc.).

W ostatnim tygodniu Trzaskowski odhaczył kolejny kamień milowy - przebił pułap 20 proc. w sondażach. I to aż czterokrotnie (dla porównania, w trzech innych badaniach uzyskiwał od 15 do 18 proc.). W każdym ze wspomnianych czterech sondaży zajmował drugie miejsce za plecami prezydenta Dudy.

Co ważne, Trzaskowski praktycznie zrównał się już z wynikiem całej Koalicji Obywatelskiej, która od momentu wystawienia jego kandydatury notowała w trzech sondażach od 17,3 do 26,1 proc. poparcia. Wedle najnowszego badania (IBRiS dla Wirtualnej Polski) Trzaskowski ma już 23,2 proc. głosów w pierwszej turze. Oznacza to, że w zaledwie tydzień Trzaskowski zmobilizował niemal wszystkich aktualnych wyborców Koalicji Obywatelskiej.

Trzy fortepiany Trzaskowskiego

Jeszcze dwa, może trzy tygodnie temu wydawało się to niemożliwe. Straty, jakie w poparciu dla Koalicji Obywatelskiej poczyniła kampania marszałek Kidawy-Błońskiej wydawały się śmiertelne. Przypomnijmy, że poprzedniczka Trzaskowskiego wycofywała się z prezydenckiego wyścigu z druzgocącym wynikiem na poziomie 2 proc.

Taki stan rzeczy to dla Trzaskowskiego i jego sztabu - oficjalna prezentacja współpracowników prezydenta Warszawy jeszcze przed nami - genialna wiadomość. Błyskawiczne odrobienie strat z wcześniejszych etapów kampanii pozwala szybciej i skuteczniej włączyć się do walki o wyborców niezdecydowanych lub na Koalicję Obywatelską patrzących nieufnie czy nawet wrogo. A, nie oszukujmy się, to oni, a nie platformerscy radykałowie zadecydują o tym, czy Trzaskowski będzie miał szansę zostać nowym lokatorem Pałacu Prezydenckiego.

Wydaje się, że w otoczeniu Trzaskowskiego doskonale zdają sobie z tego wszystkiego sprawę, bo kandydat od samego wejścia do prezydenckiego wyścigu gra na wielu fortepianach. Z jednej strony, narzuca dyskusję kontrkandydatom, akcentując nośne, emocjonalne i ważne społecznie tematy. Już na dzień dobry rzucił rękawicę i sprowokował media publiczne, wykorzystując element zaskoczenia i uderzając w nie, zanim one uderzą w niego. A uderzą na pewno, co widzieliśmy w kampanii samorządowej w 2018 roku i przez półtora roku kadencji Trzaskowskiego w stołecznym Ratuszu.

- Będą walczyć - mówi "złote dziecko" Platformy w rozmowie z "Magazynem Świątecznym".

Przechodziłem przez to w 2018 roku w kampanii warszawskiej. Teraz pewnie będzie trzy razy gorzej, ale już wiem, czego się spodziewać. Startując w wyborach warszawskich, dowiedziałem się, co to jest brudna kampania. Atak w mediach rządowych był nieprawdopodobny. Nie można pozwolić, żeby Polska taka była. Mnie to wzmacnia. Im mocniej nacierają, tym większą wyzwalają we mnie wolę walki

- zapewnia.

Zobacz wideo Wielki powrót w TVP. O wejściu Jacka Kurskiego do zarządu Telewizji Polskiej mówił w „Porannej Rozmowie Gazeta.pl” były dziennikarz, a obecnie poseł KO Tomasz Zimoch

Po drugie, Trzaskowski gra na dwa bloki, próbując ponownie postawić Polaków przed wyborem między większym a mniejszym złem. Wmówić im, że liczy się tylko PO i PiS, zwracając się bezpośrednio do prezydenta Dudy, a nie swoich konkurentów z opozycji. Nie ma w tym przypadku. Dwa bloki w kampanii do europarlamentu zmiażdżyły Wiosnę Roberta Biedronia. Teraz mają zrobić porządek z opozycyjnym peletonem, który goni Trzaskowskiego. Zwłaszcza z Kosiniakiem-Kamyszem i Hołownią, bo to z nimi prezydent Warszawy najmocniej walczy o głosy bardzo zbliżonego elektoratu. Jednocześnie, rzecz jasna, na każdym kroku padają zapewnienia, że w opozycji Trzaskowski nie ma i nie szuka wrogów, a najważniejsze jest usunięcie Dudy z Pałacu Prezydenckiego.

Wreszcie po trzecie, Trzaskowski od samego początku próbuje zjednać sobie wyborców z polskiej prowincji - wsi oraz małych i średnich miast. To tam Platforma poniosła największe straty wpływów w ostatnich pięciu latach. To tam najmocniej urosło PiS i Andrzej Duda. To również tam dla Trzaskowskiego znajduje się klucz do zwycięstwa w tych wyborach. Dlatego wiceszef PO od samego początku ostro ruszył w "teren", by od razu zacząć nadrabiać dystans tam, gdzie opozycja najmocniej od PiS-u odstaje.

Dlatego też 48-latek stawia w swojej kampanii bardzo mocno na dwa kwestie: (bardzo szeroko rozumiane) bezpieczeństwo i zdrowie. To obszary, w których PiS nie potrafiło spełnić oczekiwań Polaków, w których "polskie państwo dobrobytu" poniosło porażkę, zanim jeszcze na poważnie zaczęło funkcjonować. Trzaskowski stara się obnażyć niezdolność PiS-u do przeprowadzania gruntownych i potrzebnych Polsce zmian systemowo-strukturalnych.

Jednocześnie zapewnia, że nie chce odbierać tego, co PiS Polakom dało (zwłaszcza "500 plus" czy trzynastej emerytury), ale wie jak poprawić błędy, które PiS popełniło (przede wszystkim w edukacji, służbie zdrowia i ochronie środowiska). To dobra strategia, ale zadanie Trzaskowskiego - przez prowincję postrzeganego jako arystokratyczny panicz ze stolicy - wcale nie staje się przez to łatwiejsze. Przekonanie tego nieufnego wobec Platformy segmentu elektoratu będzie długą i żmudą pracą. Pytanie, czy Trzaskowskiemu wystarczy do niej kreatywności, zapału i przede wszystkim cierpliwości. Takiej gwarancji Koalicja Obywatelska nie ma.

Dla Dudy zaczęły się schody

W ostatnim czasie główna siła opozycyjna i jej kandydat na prezydenta dostali jednak nieoczekiwaną pomoc ze strony obozu władzy. Podczas gdy Trzaskowskiego jest wszędzie pełno - zarówno w "terenie", jak i w telewizji - jego główny konkurent nie ma na to dobrej odpowiedzi. Być może to wciąż efekt świeżości kandydata Koalicji Obywatelskiej, a być może w szeregi PiS-u wtargnęło samozadowolenie i przekonanie, że kampania wygra się sama?

Podobnie jak w przypadku Trzaskowskiego, także i u Dudy liczby nie kłamią. Urzędujący prezydent jest w ewidentnym trendzie spadkowym. Podobnym do tego, jaki obserwowaliśmy przed wybuchem epidemii koronawirusa. Po sondażowym bonusie dla władzy z marca i kwietnia dzisiaj nie ma już śladu.

W najnowszym badaniu IBRiS dla Wirtualnej Polski - tym, w którym Trzaskowski notuje rekordowe 23,2 proc. - Duda nieznacznie przekracza 40 proc. (uzyskuje dokładnie 42,3 proc.). To jednak i tak jeden z jego gorszych wyników w drugiej połowie maja. Ale w ostatnim tygodniu bywało już znacznie gorzej - 34 proc. w badaniu agencji Maison&Partners na zlecenie sztabu Hołowni, 35 proc. w sondażu PBS dla "Gazety Wyborczej" czy 39 proc. według badania Kantara.

Duda wpadł w trend spadkowy. Z jednej strony płaci słoną cenę za bierność swojego sztabu wyborczego, który najwyraźniej uznał, że po plajcie kampanii marszałek Kidawy-Błońskiej wybory wygrają się same i wystarczą do tego już tylko gospodarskie wizyty urzędującego prezydenta. Z drugiej strony - mówił o tym w lutym tego roku w rozmowie z Gazeta.pl socjolog prof. Jarosław Flis - głowa państwa dostaje rachunek za działania swojego obozu politycznego. A ten w ostatnich dniach nie ma dobrej passy, skandale (np. sprawa biznesowych powiązań ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego i jego rodziny) przeplatając z irytującymi wpadkami wizerunkowymi (łamania obostrzeń sanitarnych przez premiera Mateusza Morawieckiego) i protestami wyborców (rząd dobrej zmiany na celownik wziął sobie rozjuszenie kryzysem gospodarczym przedsiębiorcy).

Jeśli otoczenie prezydenta Dudy szybko nie otrząśnie się z letargu, ich kandydat może wpaść w korkociąg niefortunnych zdarzeń, za co ceną będzie brak reelekcji. Tym bardziej, że Trzaskowski Dudzie odpuszczać nie planuje.

Zamierzam się skupiać na Andrzeju Dudzie, bo to on osłabił ponad miarę urząd prezydenta RP

- zapowiada w wywiadzie dla "Magazynu Świątecznego".