Trzaskowski za Kidawę-Błońską to być albo nie być Platformy Obywatelskiej [ANALIZA]

Wystawiając Rafała Trzaskowskiego do walki o prezydenturę, Platforma Obywatelska gra va banque. Jeśli prezydent Warszawy wygra, zostanie bohaterem całej opozycji i da swojej partii nowe życie. Jeśli poniesie spektakularną klęskę, wbije ostatni gwóźdź do trumny całej Platformy.

- Idę się bić o państwo, w którym wyciąga się wnioski z błędów III RP, ale nie depcze się wszystkiego, co przez te 30 lat udało się osiągnąć - zapowiedział w piątkowe popołudnie Trzaskowski. Na zwołanej w Sejmie po posiedzeniu Zarządu Krajowego PO konferencji prasowej zapewnił również: - Mam nadzieję, że właśnie od Warszawy zacznie się ta olbrzymia fala zmiany. Wszyscy musimy do tych wyborów, które wywalczyliśmy, po prostu pójść i zagłosować.

Trzaskowski zastępuje Małgorzatę Kidawę-Błońską, która wraz ze swoim sztabem w dobie koronawirusa kompletnie się pogubiła. Efekt dla Platformy okazał się zabójczy, bo w raptem trzy miesiące z poziomu 29 proc. w sondażach wicemarszałkini Sejmu zleciała nawet do 2 proc. Mniejsza o to, czy był to efekt niespójnej kampanii i wielu błędów na wielu poziomach, czy zadziwiającej skuteczności apelu o bojkot wyborów. Fakty są takie, że gdyby kandydatka największej formacji opozycyjnej zakończyła wyścig prezydencki z takim rezultatem, słono zapłaciłaby za to także sama Platforma.

Zobacz wideo Przewodniczący PO Borys Budka w "Porannej Rozmowie Gazeta.pl" sugerował wymianę Małgorzaty Kidawy-Błońskiej

Kandydat jak z obrazka

W PO wszyscy są tego doskonale świadomi. I to już od dłuższego czasu.

W partii trwała dyskusja nad koniecznością jej wymiany. W ostatnich dniach czy tygodniach to było wręcz przekonanie, że trzeba tej wymiany dokonać, kiedy tylko nadarzy się okazja

- mówił nam na kilkanaście godzin przed ogłoszeniem zamiany kandydatów polityk KO znający kulisy sprawy.

Jednocześnie wszyscy nasi rozmówcy podkreślali, że wybór jest już dokonany i Kidawę-Błońską zastąpi właśnie prezydent Warszawy. W pokonanym polu zostawił takie nazwiska, jak Radosław Sikorski (do ostatnich minut przed posiedzeniem Zarządu Krajowego starał się o nominację), Tomasz Grodzki, Jacek Jaśkowiak czy (etatowo już) Donald Tusk.

Z perspektywy Platformy wysłanie w bój Trzaskowskiego jest wielce wymowne. Decyzja spóźniona, ale będąca też pewnym świadectwem. PO posyła do morderczej walki swoje "złote dziecko", które w "dużej" polityce jeszcze nigdy niczego nie przegrało. Europoseł, minister administracji i cyfryzacji, poseł na Sejm RP, członek Zarządu Krajowego PO, wiceprzewodniczący Europejskiej Partii Ludowej, wreszcie prezydent Warszawy - polityczne CV 48-letniego Trzaskowskiego wygląda jak wycięte z żurnala.

Prezydent Warszawy ma zalety, których brakowało Kidawie-Błońskiej. Jest politycznie samodzielny, doskonale wypada w mediach, nieźle przemawia, a jego znajomi zapewniają, że w ogniu kampanii czuje się jak ryba w wodzie. Do tego jest zdeterminowany, bo - jak podkreślają nasi rozmówcy - ambicje prezydenckie miał od dawna i wreszcie może przystąpić do ich realizacji.

Jeśli dodać do tego znajomość pięciu języków obcych (angielski, francuski, hiszpański, rosyjski i włoski), tytuł doktora nauk humanistycznych, nienaganną prezencję i wielką popularność w elektoracie PO, dostajemy niemalże idealnego kandydata na najwyższe państwowe urzędy. Trzaskowski bez wątpienia ma to, co w polityce nazywa się "formatem prezydenckim". Nie bez powodu już od kilku lat jest namaszczany na następcę Tuska w polskiej polityce i przyszłego premiera bądź prezydenta.

Rysy na krysztale

Jednak nawet na tym wizerunku jest kilka rys, które w ciągu najbliższych tygodni mogą zarówno Trzaskowskiemu, jak i Koalicji Obywatelskiej mocno zaszkodzić. Przede wszystkim, 48-latek ma wizerunek przedstawiciela wielkomiejskiej elity, która na prowincję patrzy protekcjonalnie i z dystansem. Bliżej mu do niedostępnego arystokraty niż "swojego chłopa". Jeśli chce pokonać Andrzeja Dudę, musi zawalczyć o głosy prowincji i małych miasteczek, czyli tych miejsc, które Platforma w ostatnich latach potwornie zaniedbała. Z wizerunkiem warszawskiego panicza nie ma na to szans. Do niego i jego sztabu - ciekawe, czy w 100 proc. będzie to sztab Kidawy-Błońskiej - należy, żeby jak najszybciej przekonać tzw. Polskę B, że Trzaskowski może być też ich prezydentem.

Nowy kandydat Koalicji Obywatelskiej musi poszerzyć elektorat swojej partii. I to znacząco. Zdobyć głosy, które obecnie przypadają w udziale Szymonowi Hołowni i Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi. Odbić umiarkowane centrum, a potem rozsądnie i z pomysłem przesuwać się na oba polityczne skrzydła. Zadanie niezwykle trudne. Jak jednocześnie bronić praw mniejszości seksualnych, ale też wyrażać szacunek dla polskiej tradycji i historii? Tę łamigłówkę - a pewnie również wiele innych - Trzaskowski i jego doradcy będą rozwiązywać przy kolejnych kubkach kawy na posiedzeniach sztabu w najbliższych dniach i tygodniach.

Podobnie będą też szukać skutecznej drogi ucieczki z artyleryjskiego ostrzału, jaki bez chwili zwłoki urządzi im PiS oraz media publiczne i prorządowe. Historie o podpisanej karcie LGBT+ (znów padną absurdalne, ale bardzo groźne zarzuty o chęć "sekusalizacji polskich dzieci"), awarii oczyszczalni ścieków "Czajka" (zdaniem posła Marka Suskiego to drugi Czarnobyl) czy idiotycznie wydanych pieniądzach na "strefę relaksu" będą odgrzewane raz za razem. I tak do znudzenia. Jako prezydent Warszawy Trzaskowski nie znalazł prostej i chwytliwej odpowiedzi na żaden z tych zarzutów. Teraz musi to zrobić, bo inaczej przegra ten wyścig jeszcze przed startem.

Być albo nie być Platformy

Decyzja Platformy o nominacji dla Trzaskowskiego została przez wyborców i sympatyków tej partii odebrana z entuzjazmem i ulgą, ale to także hazard i wyraz potężnej desperacji. Sytuacja PO w kampanii prezydenckiej jest dzisiaj tragiczna. Sytuacja w polityce krajowej - z pewnością lepsza, ale do ideału wiele jej brakuje, zwłaszcza, że trend jest spadkowy, bo nieudana kampania Kidawy-Błońskiej ciągnie w dół całą formację. W tym momencie Platforma wykłada na stół swoją najmocniejszą kartę. Wprowadza na boisko jedynego zawodnika, który jest w stanie odmienić losy meczu.

Plan minimum Trzaskowskiego, który - wszystko na to wskazuje - na kampanię będzie mieć nieco ponad miesiąc, to osiągnięcie drugiej tury wyborów i wyrównane starcie z Andrzejem Dudą. Planem maksimum jest, rzecz jasna, zdobycie Pałacu Prezydenckiego, co oznaczałoby przesilenie w polityce krajowej i początek końca "dobrej zmiany". Jaki jest plan optimum? To tchnięcie życia w Platformę i ściągnięcie jej znad przepaści, nad którą stanęła z powodu obumierającej z każdym dniem kampanii Kidawy-Błońskiej.

To gigantyczna odpowiedzialność, bo od wyniku Trzaskowskiego będzie zależeć przyszłość jego partii. Dobry wynik może zapewnić jej nowe otwarcie. Spektakularna klęska - taką z pewnością będzie brak osiągnięcia choćby drugiej tury - oznacza wbicie ostatniego gwoździa do politycznej trumny. W razie porażki Trzaskowski wróci do stołecznego Ratusza, gdzie czeka go jeszcze ponad połowa kadencji. Dozna pierwszej poważnej porażki, ale z pewnością nie będzie jeszcze skończony jako polityk. Platforma takiego luksusu nie posiada, nie ma gdzie wracać. Stawia wszystko na jedną kartę, na Trzaskowskiego. Jeśli w wyborczym wyścigu straci swoje "złote dziecko", okaże się, że król jest nagi i nie ma Polakom już nic do zaoferowania. Wówczas wyłącznie kwestią czasu będzie podzielenie przez Platformę losu Unii Wolności.

Więcej o: