Kaczyński upokorzony, Gowin na celowniku, demokracja na kolanach. Na "porozumieniu Jarosławów" przegrali wszyscy [ANALIZA]

Porozumienie Jarosława Gowina i Jarosława Kaczyńskiego, które odsuwa w czasie wybory prezydenckie, to początek, a nie koniec problemów Zjednoczonej Prawicy. Jednak z trwającego od ponad miesiąca konfliktu mniej lub bardziej poobijane wychodzą też inne strony - opozycja oraz prezydent Andrzej Duda. Ale przede wszystkim: polskie państwo.

- To nie jest koniec, to nawet nie jest początek końca. Ale, być może, jest to koniec początku! - stwierdził w listopadzie 1942 roku brytyjski premier Winston Churchill. Jedna z jego najsłynniejszych wypowiedzi dotyczyła zwycięstwa Brytyjczyków nad Afrika Korps pod El-Alamein. Dzisiaj tymi słowami można opisać sytuację w obozie Zjednoczonej Prawicy po trwającym przeszło miesiąc konflikcie wokół organizacji majowych wyborów prezydenckich.

Porozumienie, które nieoczekiwanie na ostatniej prostej przed sejmowym głosowaniem ws. ustawy o majowych wyborach prezydenckich zawarli Jarosław Gowin i Jarosław Kaczyński, zmienia wszystko. Zamyka stary i otwiera nowy rozdział w historii tak Zjednoczonej Prawicy, jak i polskiego parlamentaryzmu. Z batalii o prezydencką elekcję wszyscy wychodzą mniej lub bardziej poobijani - PiS, Porozumienie, prezydent Andrzej Duda, opozycja. Paradoksalnie, najwięcej (przynajmniej na razie) traci ten, któremu wiele osób przypisało właśnie kolejne spektakularne polityczne zwycięstwo.

Zobacz wideo

Kaczyński chce zemsty

Chodzi rzecz jasna o prezesa Kaczyńskiego. Oraz PiS. Zakładając, że partia rządząca nie wbije noża w plecy Gowinowi i jego ludziom, idée fixe prezesa, a więc wybory prezydenckie w maju, nie spełni się. Nie spełni, chociaż PiS rzuciło do tej walki wszystko, co mogło. Były prośby i groźby, układy i szantaże. Mimo tego, na końcu to Gowin postawił na swoim, bo wyborów prezydenckich w maju nie będzie.

Od momentu przejęcia władzy w 2015 roku Kaczyński nie został jeszcze tak mocno upokorzony. Musiał zrobić krok w tył w sprawie dla siebie absolutnie fundamentalnej. Fundamentalnej politycznie i ambicjonalnie. To cios mocniejszy nawet niż odwołanie przed dwoma miesiącami z funkcji prezesa TVP Jacka Kurskiego. Wówczas Kaczyński potrzebował raptem dwóch dni, żeby odegrać się na Andrzeju Dudzie. Dzisiaj już zupełnie otwarcie mówi się, że Jacek Kurski ma duże szanse, żeby niedługo wrócić na stanowisko, które zajmował jeszcze w marcu.

Prezydent został okrutnie rozegrany przez prezesa PiS-u. Nie można wykluczyć, że podobny los spotka Gowina. Takiego upokorzenia, jakiego doznał z rąk byłego wicepremiera, Kaczyński nigdy nie zapomni i nigdy nie wybaczy. Jeden z polityków z kierownictwa Platformy Obywatelskiej, pytany o aktualny rozkład sił w Zjednoczonej Prawicy, powiedział nam, że to sytuacja, w której "doszło do nieodwracalnego pęknięcia pomiędzy Gowinem a Kaczyńskim". Nie ma w tym krzty przesady. Prawica zjednoczona jest dzisiaj już tylko z nazwy. Niezależnie od tego, jak mocno na konferencjach prasowych i mównicy sejmowej politycy tego obozu będą próbowali zaklinać rzeczywistość.

A ta rzeczywistość jest jasna. Kaczyński zechce dopaść Gowina. Już zdołał zniszczyć mu partię, ale nie był w stanie przejąć jej w 100 proc. Dlatego przegrał i musiał ustąpić. Gowinowi zostało dzisiaj ledwie kilku - wedle różnych szacunków: pięciu, może sześciu - bezwarunkowo lojalnych posłów. Tych "niezłomnych" PiS weźmie teraz na celownik, zrobi wszystko, żeby przeciągnąć ich na swoją stronę i odebrać Gowinowi władzę nad sejmową większością. Brzmi znajomo, prawda? Déjà vu z początku 2007 roku.

Pyrrusowe zwycięstwo Gowina

Co z samym Gowinem? Odniósł zwycięstwo i to nie tylko moralne, ale również, mimo wszystko, polityczne. Problem w tym, że jest to zwycięstwo pyrrusowe. I bardzo kosztowne. Gowin swojej wolty omal nie przypłacił utratą partii. Mimo tego i tak przekonał się, że spośród osiemnaściorga posłów, w chwili próby w 100 proc. mógł być pewny lojalności zaledwie kilkorga z nich. Reszta albo przeszła na stronę PiS-u - m.in. wiceprezesi Zbigniew Gryglas i Arkadiusz Urban czy przewodniczący Konwencji Krajowej Adam Bielan - albo do końca wahała się, po której stronie stanąć.

Pozytyw tej sytuacji jest dla Gowina taki, że wizerunkowo, dla ludzi nie śledzących polskiej polityki, dopiął swego - wybory w maju się nie odbędą (o ile Kaczyński i PiS nie złamią warunków porozumienia). W ramach Zjednoczonej Prawicy Gowin i jego Porozumienie na pewno bardzo się upodmiotowili, jednak weszli na wojenną ścieżkę z prezesem Kaczyńskim i PiS-em. I będzie to wojna totalna, bez taryfy ulgowej. Gowin będzie więc traktowany poważniej, ale jako wróg, na którym trzeba się odegrać. Oceniając jego położenie w ramach Zjednoczonej Prawicy, można posłużyć się znanym powiedzeniem: dobrze już było. Teraz będzie tylko gorzej.

Dopóki Gowin ma pewność, że murem stoi za nim wspomniana piątka, może szóstka posłów, jest względnie bezpieczny i kupuje sobie czas na obmyślenie planu ewakuacji ze Zjednoczonej Prawicy. Kłopoty zaczną się, jeśli PiS zdoła przeciągnąć ich - wszystkich lub chociaż część - na swoją stronę. Wówczas były wicepremier może stać się zbędny nie tylko dla "dobrej zmiany", ale także dla opozycji, której nie będzie mógł już ofiarować politycznego posagu w postaci odsunięcia PiS-u od władzy.

Uciekający czas prezydenta

W całej tej historii rolę odgrywa też prezydent Duda. Jako strona jest żywotnie zainteresowany tym, kiedy odbędą się wybory. Podobnie jak prezes Kaczyński, był zwolennikiem majowego terminu. Im szybciej doszłoby do wyborów, tym jego szanse na reelekcję byłyby większe. Kilka tygodni temu sondaże prognozowały nawet jego zwycięstwo w pierwszej turze. Obecnie potrzebowałby wyborczej dogrywki, żeby pozostać lokatorem Pałacu Prezydenckiego na kolejne pięć lat, ale to wciąż on pozostaje zdecydowanym faworytem tej rozgrywki.

Niemniej, im dłużej trwa stan epidemii i kryzys gospodarczy wywołany pandemią koronawirusa, tym bardziej prezydent Duda traci bonus, jaki władza otrzymuje od wyborców w czasach kryzysu. Głowa państwa z czasem coraz bardziej będzie twarzą prawo-wyborczego chaosu, który Polakom zaserwowali rządzący, a nie symbolem udanej walki władz z epidemią koronawirusa. To efekt uboczny prowadzenia przez niego kampanii w czasach zarazy i firmowania swoją twarzą wszystkich kluczowych posunięć rządu.

Inna rzecz, że w konflikcie PiS-u z Porozumieniem prezydent został politycznie dość mocno zmarginalizowany. Poza jednym spotkaniem z członkami formacji Jarosława Gowina, nie było słychać o jego zaangażowaniu w próby rozwiązania patowej sytuacji, która szkodziła zarówno Zjednoczonej Prawicy, jak i państwu polskiemu. Późniejszy termin wyborów niesie dla Dudy jeszcze jedno zagrożenie. Jeśli nowelizacja ustawy o wyborach prezydenckich faktycznie będzie umożliwiać zgłaszanie nowych kandydatur, oznaczać to może, że przeciwnicy, z którymi musi zmierzyć się prezydent w walce o reelekcję zmienią się. Słabsi i dołujący w sondażach Robert Biedroń i Małgorzata Kidawa-Błońska mogą zostać wymienieni na nowe figury i jeszcze mocniej skomplikować starania Zjednoczonej Prawicy o utrzymanie Pałacu Prezydenckiego.

Polityczni przegrani i moralni zwycięzcy

Relatywnie dobrze z wyborczego zamieszania wyszła opozycja. Tylko dwie z czterech opozycyjnych formacji - Platforma i PSL - usiadły do rozmów z Gowinem. Jednak ani PO, ani ludowcy nie potrafili dogadać się z byłym wicepremierem i przeciągnąć go na stronę opozycji. Mimo że w przestrzeni publicznej pojawiały się oferty, które miały gwarantować liderowi Porozumienia funkcję premiera opozycyjnego rządu oraz stanowisko marszałka Sejmu.

Te wszystkie scenariusze są super, ale mają wartość jedynie publicystyczną. Wszyscy nagle zapominają o kluczowej rzeczy - Gowin ze swoimi posłami umówił się na zablokowanie majowych wyborów, a nie na rozwalenie bloku Zjednoczonej Prawicy

- tłumaczył nam jeden z posłów Koalicji Polskiej, który znał przebieg rozmów z gowinowcami.

Po publikacji oświadczenia Gowina i Kaczyńskiego Platforma Obywatelska usilnie próbuje przekonać Polaków, że przesunięcie wyborów na późniejszy termin, to wielki sukces jej samej i przede wszystkim Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. To oczywista nieprawda i robienie dobrej miny do złej gry. PO może być zadowolona, że wybory odbędą się w późniejszym terminie, bo o to chodziło jej od początku. Jednak polityczna cena tego sukcesu jest bardzo wysoka. Kandydatka Koalicji Obywatelskiej tak mocno zakiwała się w ciągłym zmienianiu stanowiska na temat wyborów, że w sondażach ma poparcie na granicy błędu statystycznego.

Platforma miała też szansę przeciągnąć Gowina na stronę opozycji (zawetowanie ustawy o wyborach korespondencyjnych albo opcja "premier Gowin") albo przynajmniej pozbawić PiS kontroli nad Sejmem (opcja "marszałek Gowin"). Nic z tego jednak nie wyszło. Paradoksalnie, nawet mimo oświadczenia Kaczyńskiego i Gowin, szansa na to może się jeszcze nadarzyć. Gowin będzie konsekwentnie sekowany w obozie Zjednoczonej Prawicy, co będzie popychać go w stronę opozycji.

Na przeciągnięcie Gowina liczyło i liczy też PSL. Na ostatniej prostej przed głosowaniem ws. wyborów pojawiła się nawet plotka, że gowinowcy z ludowcami i częścią konserwatywnych posłów PO mogliby w przyszłości zbudować "nowe centrum".

Jeżeli okaże się, że opozycja ma zwycięstwo, to według mnie będziemy szybko składać wniosek o zmianę marszałka Sejmu na Jarosław Gowina

- mówił w rozmowie z Gazeta.pl prominentny polityk Koalicji Polskiej na kilka godzin przed publikacją oświadczenia Kaczyńskiego i Gowina.

Przełożenie terminu wyborów to dla ludowców szansa na odrobienie strat przez Władysława Kosiniaka-Kamysza do Szymona Hołowni. Dziennikarz-celebryta wyprzedził ostatnio w sondażach prezesa PSL i zajął drugie miejsce za plecami Andrzeja Dudy. Przegranie z Hołownią walki o drugą turę wyborów byłoby dla ludowców bolesnym ciosem i mocno skomplikowało ich plan, żeby to Kosiniak-Kamysz został w przyszłości liderem opozycji.

Najmniej na porozumieniu pomiędzy liderami Zjednoczonej Prawicy straciły Lewica i Konfederacja. Obie formacje nie wyraziły chęci rozmowy z Gowinem o zmianie konstytucji, krytykowały jego propozycję i dzisiaj mogą przedstawiać się jako ci, którzy od początku mieli rację.

Jeżeli ktoś myślał, że z nimi cokolwiek ustali, to był w błędzie. Od miesiąca konsekwentnie to mówiliśmy, od miesiąca mieliśmy rację, pomimo tego, że byliśmy oskarżani o różne rzeczy, które okazały się głupotą rozmów z Gowinem

- ocenił podczas konferencji prasowej w Sejmie szef SLD Włodzimierz Czarzasty.

W kontekście sytuacji opozycji nie można pominąć także Szymona Hołowni, który spośród opozycyjnych kandydatów najlepiej odnalazł się w realiach epidemii koronawirusa i prawno-wyborczego chaosu. Mówiąc językiem i z perspektywy zwykłych obywateli - nawet jeśli czasami w sposób irytująco egzaltowany - dotarł do Polaków i stopniowo budował swoje poparcie. Dzisiaj to on, a nie Kosiniak-Kamysz, Kidawa-Błońska czy Biedroń, wydaje się politykiem, który może powalczyć z Andrzejem Dudą w drugiej turze wyborów prezydenckich. Pytanie, czy po wyjaśnieniu sytuacji z majowymi wyborami nie straci nagle impetu.

Koniec obywatelskiego bezpieczeństwa

Na "porozumieniu Jarosławów" najwięcej nie stracił jednak żaden polityk czy partia polityczna. Jakkolwiek patetycznie to zabrzmi, najwięcej przegrało państwo polskie, nasza kultura prawna, zaufanie obywateli do władzy, standardy demokratyczne. Mamy bowiem oto sytuację, w której dwóch szeregowych posłów - uprzedzam od razu uwagi, że to szefowie dwóch z trzech partii koalicji rządzącej - mimo braku takowych prerogatyw konstytucyjnych decyduje o tym, czy i kiedy odbędą się wybory prezydenckie. Jednocześnie w swoim oświadczeniu zakładają, co zrobią teoretycznie niezależne od władzy ustawodawczej PKW i Sąd Najwyższy.

Nie było żadnej kompetencji, jeśli chodzi o dwóch panów, którzy spotkali się wieczorem i ustalili, że wybory się nie odbędą, a usprawiedliwienie nam do tego da Sąd Najwyższy. To jest naruszenie konstytucji

- ocenił na antenie TVN24 prof. Andrzej Zoll, były szef PKW, były prezes Trybunału Konstytucyjnego i były Rzecznik Praw Obywatelskich.

Można powiedzieć, że przestaliśmy być państwem demokratycznym. To jest decyzja osoby, która się postawiła ponad prawem, ponad konstytucją, ponad ustawami obowiązującymi i związanymi z konstytucją

- podsumował, dodając jeszcze, że "mamy do czynienia z jakąś formą dyktatury".

Kolejnym absurdem jest, że w niedzielę 10 maja odbędą się wybory prezydenckie, chociaż lokale wyborcze będą zamknięte i nikt nie odda głosu. Nie zostały odwołane ani przesunięte, ale zostaną (zapewne) uznane za nieważne. Wskutek zażegnania konfliktu między Porozumieniem i PiS-em w Sejmie przegłosowano ustawę o wyborach prezydenckich, która niemal w całości powierza ich organizację ministrowi aktywów państwowych, sprowadzając PKW do roli biernego asystenta, a w najlepszym razie ciała opiniującego niektóre decyzje. Wreszcie marszałek Sejmu prosi (nie oszukujmy się: dyspozycyjny politycznie) Trybunał Konstytucyjny o stwierdzenie, czy na mocy wspomnianej ustawy może przełożyć termin wyborów. Jest niemal pewne, co orzeknie w tej kwestii TK.

Wszystko to powoduje, że prawo i standardy demokratyczne zostały sprowadzone do roli nielubianej książki, którą można na lata rzucić na półkę i na dobre o niej zapomnieć. Kluczowa jest wola polityczna, czasami jeszcze obudowywana "interesem państwa" czy "oczekiwaniami suwerena". Pokazuje to, że w Polsce A.D. 2020 nie ma już żadnych instytucjonalno-prawnych świętości. Ostatecznie podkopane zostało poczucie obywatelskiego bezpieczeństwa i fundamentalna wiara milionów Polaków w to, że są jakieś zasady, które obowiązują nas wszystkich bez żadnych wyjątków. Demokratyczne wybory były jednym z ostatnich, a być może wręcz ostatnim takim symbolem. Teraz, nie ma już nawet tego.

Co ciekawe, człowiek, który umożliwił PiS-owi przeprowadzenie tej maskarady, wcale nie ma gwarancji, że koniec końców nie zostanie oszukany. Swoją rolę już przecież odegrał - dał PiS-owi potrzebne w Sejmie głosy. Teraz pozostaje mu jedynie liczyć, że Jarosław Kaczyński swoje słowo honoru stawia wyżej niż chęć przeprowadzenia wyborów jeszcze w maju. A tutaj gwarancji nikt dać mu nie może.

Więcej o: