Kaczyński grozi podwójnymi wyborami w sierpniu, by nikt nie chciał "umierać za Gowina"

Jacek Gądek
Jarosław Gowin ma w Sejmie wystarczającą liczbę szabel, by zablokować wybory prezydenckie w maju, ale "toleruje" termin 23 maja. Między PiS a Gowinem nie ma jednak porozumienia, jak miałyby one technicznie wyglądać. Jeśli PiS przegra w Sejmie kluczowe głosowanie, to rząd PiS wprowadzi stan nadzwyczajny i przesunie wybór prezydenta na sierpień. Jarosław Kaczyński rozważa to, aby je wtedy połączyć z przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi. - Wszystko jest na serio - mowi jeden z rozmówców bliski rządowi.

Zobacz nagranie. Wybory w maju i wygrana Andrzeja Dudy? Prof. Dudek: Dla mnie nie będzie prezydentem

Zobacz wideo

Jedno jest jasne: sprawa wyborów stoi już na ostrzu noża. W tym gąszczu można się już pogubić, ale w punktach wygląda to tak:

6 kwietnia - Sejm przyjął nowelizację Kodeksu wyborczego, która w praktyce oznacza, że wybory mogą się odbyć w maju.

6 maja - ustawa ta jest aktualnie w Senacie. Ten jest zdominowany przez opozycję, więc Senat w środę postawi "weto" wobec tej ustawy.

6/7 maja - Sejm będzie musiał ponownie zagłosować nad ustawą. Obronić ją przed senackim "wetem" może bezwzględną większością głosów (przy pełnej sali to 231 z 460 głosów). To głosowanie, jeśli dojdzie do skutku, będzie jednym z najważniejszych w czasie rządów PiS i może wiązać się z utratą przez rząd Mateusza Morawieckiego większości w Sejmie.

To będą zatem jedne z najciekawszych dni i godzin w polityce ostatnich 5 lat, bo Jarosław Gowin i część jego posłów sprzeciwiają się wyborom 10 maja.

Mapa Porozumienia

Kluczem jest arytmetyka, czyli to na ilu posłów może w rzeczywistości liczyć Jarosław Gowin w momencie głosowaniu. Oto nazwiska.

Wojciech Maksymowicz, Michał Wypij, Iwona Michałek, Magdalena Sroka - to najwierniejsze "szable" Gowina.

Andrzej Sośnierz - to wielka indywidualność. Paradoksalnie początkowo był zwolennikiem wyborów w maju, ale obecnie jest dość twardym lojalistą Gowina.

Jadwiga Emilewicz - de facto jest już "człowiekiem Mateusza Morawieckiego", a nie Jarosława Gowina. Finalnie prawdopodobniej zagłosuje "za" ustawą PiS. Mimo publicznych deklaracji lojalności i uznania dla autorytetu Gowina doszło między mini do spięć ws. stanowiska wobec wyborów w maju.

Andrzej Gut-Mostowy (ale raczej wierny Gowinowi), Mieczysław Baszko (też raczej skłaniający się ku Gowinowi), Kamil Bortniczuk, Stanisław Bukowiec, Anna Dąbrowska-Banaszek, Marcin Ociepa, Grzegorz Piechowiak (ci mogą mogą zagłosować razem z PiS) - deklarują lojalność wobec Gowina, ale finalnie niektórzy mogą zagłosować inaczej niż on. Ich lojalność jest deklaratywna, wątła. Gowin liczy, że nie skrewią w głosowaniu, a Nowogrodzka jest przekonana, że będąc pod ogromną presją zagłosują razem z PiS-em.

Michał Cieślak, Wojciech Murdzek, Włodzimierz Tomaszewski - są przeciw Gowinowi.

Jacek Żalek - najtwardszy zwolennik majowych wyborów, a więc oponent Gowina, choć paradoksalnie dotychczas to jeden z jego najwierniejszych druhów.

Jarosław Gowin jest przekonany o lojalności w głosowaniu nawet 11 swoich posłów, co wraz z jego własnym stanowiłoby 12 głosów (to wyliczenia optymistyczne dla Gowina), których PiS nie zdołałoby już pokonać w głosowaniu.

Wniosek z tej "mapy" i wszystkich rozmów jest taki: każdy jeden głos może zdecydować.

Cel: czołowe zderzenie

Centrala PiS celowo obrała narrację o kursie na czołowe zderzenie z Gowinem w czasie głosowania, bo teraz okazywanie jakiejkolwiek słabości czy wahania oznaczałoby zmniejszenie presji na posłów Porozumienia, a tę PiS chce tylko zwiększać.

Komunikat Nowogrodzkiej jest obecnie jasny: kto będzie przeciw ustawie w czasie głosowania, będzie wyrzucony z klubu PiS, a głosowanie w istocie oznacza, kto pozostanie w obozie rządzącym. Kto będzie przeciw, niech zapomni o miejscach na listach PiS. Słowem: jesteś przeciw, to jesteś skończony na prawicy.

Rozmówca z Nowogrodzkiej: - Za opuszczeniem obozu Zjednoczonej Prawicy może być już tylko Gowin i Maksymowicz. Reszta, nawet jeśli są superlojalni wobec Gowina, to nie chcą umierać za termin wyborów prezydenckich.

Wybory 23 maja?

Jarosław Gowin publicznie w mediach (w programie "Siódma9" katolickich rozgłośni radiowych) przedstawił hipotetyczny scenariusz, na który mógłby się zgodzić: wybory 23 maja - korespondencyjne, ale pakiety miałyby być dostarczane za potwierdzeniem odbiory przez wyborców. PiS skalkulowało tę opcję. Wniosek Nowogrodzkiej: nie ma takiej możliwości, bo Poczta Polska nie zdoła dostarczyć pakietów rejestrowanych w ciągu kilku dni - zajmie to jej aż miesiąc. Przesyłki nierejestrowane w liczbie 30 milionów: tylko 4 dni.

PiS rozpoznało możliwości Poczty Polskiej na wylot. Dlatego Nowogrodzka skroiła system doręczania, choć podstawą prawną może być dopiero głosowana za dwa dni ustawa: pakiety wyborcze mają roznosić pary listonosz i urzędnik pocztowy, będą oni wyposażeni w tablety z geolokalizacją. Urzędnik będzie potwierdzał, że listonosz wrzucił do skrzynki pakiet wyborczy, a w lokalizatorze można będzie zweryfikować, czy fizycznie byli tam, gdzie twierdzą, że doręczyli pakiety. Obie osoby Poczta zmotywuje do pracy dając im de facto dodatkową pensję.

Kłopot w tym, że między Gowinem a PiS nie ma porozumienia, co do sposobu doręczania tych pakietów. Mówi polityk z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego: - Jeśli Gowin przyjdzie przed głosowaniem w Sejmie i postawi warunek: zagłosuję za tą ustawą, jeśli do procedury wyborczej zostaną dodane jakieś nowe warunki, to jest duża szansa na kompromis.

Ale to nie może być - jak napisaliśmy wyżej - doręczanie pakietów za potwierdzeniem odbioru, bo PiS uznaje to za logistycznie niewykonalne w kilka dni. Kompromis może obejmować jedynie uzupełnienie procedury doręczania pakietów bez potwierdzenia doręczenia.

Czy PiS się wycofa z głosowania?

Centrala PiS kalkuluje, że nie może się wycofać z głosowania nad ustawą w Sejmie i ogłaszać stan nadzwyczajny, bo to ośmieszy rząd, który od dwóch miesięcy powtarza nieustannie, że nie ma żadnych powodów ogłaszać taki stan. Z jednej strony to racja: śmiech by był, ale z drugiej Nowogrodzka nie może nawet półsłówkiem zasygnalizować, że jest gotowa wycofać się z głosowania, bo to podniesie morale "gowinistów".

Jeśli nie dojdzie do żadnego kompromisu Nowogrodzkiej z Gowinem (co wciąż jest możliwe, bo dystans między nimi się w ostatnich dniach zmniejszył), to PiS kalkuluje dwie opcje w zależności od tego, jak to głosowanie wypadnie.

Opcja PiS nr 1

Jeśli PiS wygrywa głosowanie w Sejmie, to wybory odbywają się 23 maja (ewentualnie 17).

Nowogrodzka widzi to tak: - Dziś 8-10 posłów Porozumienia jest za wyborami w maju, ale cały czas Gowin ma 5-6 głosów przeciw nim.

Teoretycznie 5-6 posłów wystarczy, by zablokować ustawę. Ale nie do końca. Dlaczego? Bo posłowie ci mogą swój sprzeciw pokazać nie przychodząc na głosowanie. Przez to potrzeba będzie nie 231 głosów "za", ale już tylko 228. A to przy pełnej mobilizacji PiS jest osiągalne.

Nasz rozmówca z obozu PiS: - Takich rozmów jeszcze nie było. One odbywają się dopiero na godziny przed głosowaniem.

PiS gra tu, wedle deklaracji, va banque, bo liczy, że posłowie Gowina mówią mu, że są lojalni, ale w momencie głosowania mu się sprzeciwią. - Jeśli pytamy, czy wybory powinny być w maju, to na 18 posłów Porozumienia dziś jest z 8-10 za majem i mogą zagłosować za ustawą. Ale cały czas jest 5-6 posłów, którzy chcą blokować wybory majowe. A jeśli już pytamy, czy są za opuszczeniem Zjednoczonej Prawicy, jeśli taka będzie konsekwencja zablokowania wyborów w maju, to zostają tylko 2-3 osoby - mówi jeden z naszych rozmówców.

Opcja PiS nr 2

Jeśli PiS przegrywa głosowanie w Sejmie, to ponosi prestiżową klęskę, ale coś jednak zyskuje: wytłumaczenie dla wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, co PiS dotychczas wykluczało. Wobec upadku ustawy wybory powinny się odbyć 10 maja, ale nie ma żadnej możliwości ich przeprowadzenia. Słowem: kompletny chaos. Wówczas rząd PiS będzie zmuszony wprowadzić stan klęski żywiołowej lub wyjątkowy, które automatycznie odsuwają wybory o co najmniej trzy miesiące. Wytłumaczenie samo się nasuwa: to przez opozycję totalną i buntowników Gowina - ich wskaże jako winnych. Tak to przynajmniej kalkuluje Nowogrodzka.

- Jeśli wygramy głosowanie, to będą wybory. A jak będzie klęska w głosowaniu, to będziemy mieć winnych chaosu - tłumaczy nasz rozmówca z szeregów obozu PiS.

Przyspieszone wybory do Sejmu?

Ale scenariusz z porażką w głosowaniu ma ciąg dalszy. Wówczas na stole będzie bowiem leżeć decyzja, czy do przesuniętych na sierpień wyborów prezydenckich dołączyć też i przedterminowe wybory parlamentarne, bo przecież głosowanie pokazało, że rząd nie ma już większości w Sejmie. Przyspieszone wybory to groźba wobec "gowinistów" - oni nie mieliby bowiem już szans na miejsca na listach wyborczych PiS i musieliby pukać do drzwi PSL i Koalicji Obywatelskiej albo odejść z polityki.

Centrala PiS kalkuluje opcję "podwójne wybory w sierpniu" tak, że mogłyby się one odbyć 9 albo 16 sierpnia. Andrzej Duda - ciągnie się ten scenariusz - już nie wygrywa w I turze jak to mogło mieć miejsce w maju, ale będzie miał w niej ok. 45 proc.

- Duda wywinduje wynik PiS powyżej 40 proc. - słyszymy. A to przy marnych notowaniach partii opozycyjnych, które mają spłaszczone wyniki, przy metodzie D’Hondta daje PiS-owi samodzielną większość już przy wyniku 41 proc.Dla przypomnienia: w zeszłorocznych wyborach PiS zdobyło 43,6 proc.

- Jeśli przegramy głosowanie w czwartek, to już od piątku ten scenariusz z wyborami może być uruchomiony - podkreśla nasz rozmówca.