"Przyszłość rządu wisiała na cienkiej nitce". Kulisy wojny o wybory 10 maja

Jacek Gądek
Obóz rządzący znalazł się na krawędzi rozpadu, bo prezes PiS Jarosław Kaczyński stawiał ultimatum, które Jarosław Gowin odrzucił: poparcie dla zmiany Kodeksu wyborczego albo dymisja wicepremiera i wyrzucenie jego partii (Porozumienie) z rządu PiS. - Przyszłość rządu wisiała na cienkiej nitce - mówi nam ważny polityk obozu PiS.

Zobacz nagranie. Kolejne obostrzenia: dzieci mogą wychodzić tylko pod opieką dorosłych, limity w sklepach, ograniczenie dostępu do parków

Zobacz wideo

Ostatecznie Nowogrodzka sięgnęła po fortel, który pozwala wyjść PiS-owi z twarzą z tego kryzysu: marszałek Sejmu Elżbieta Witek zaapelowała do marszałka Senatu o szybkie i wspólne uchwalenie zmian w Kodeksie wyborczym. A na to przecież Tomasz Grodzki się nigdy nie zgodzi, więc projekt PiS zostanie wycofany.

Polityk często bywający na Nowogrodzkiej: - Marszałek Grodzki pokaże teraz pani marszałek gest Kozakiewicza, więc PiS ma gotową narrację, że opozycja nie chce pozwolić Polakom głosować korespondencyjnie.

Wojna bez sensu

Wewnętrzna wojna w obozie prawicy jest w gruncie rzeczy bezsensowna.

Prezes PiS chce mieć możliwość zorganizowania wyborów prezydenckich 10 maja. Jeden z najbardziej zaufanych ludzi Jarosława Kaczyńskiego - poseł Krzysztof Sobolewski - wniósł więc do laski marszałkowskiej projekt zmian w Kodeksie wyborczym. Zakłada on, że wszyscy mogliby w wyborach prezydenckich głosować korespondencyjnie, a komisje wyborcze można by sformować bez względu na to, czy znaleźli się do nich ochotnicy.

Kłopot jednak w terminach. Dlaczego?

Na mocy Kodeksu wyborczego chętni do głosowania korespondencyjnego powinni zgłosić taką wolę na 15 dni przed wyborami, a pakiety z kartami do głosowania otrzymać na 7 dni przed 10 maja. Terminy te były do dotrzymania jedynie przy ekspresowym uchwaleniu ustawy. Przeszkodą do tego jest Senat, który ma 30 dni na zajęcie się każdą ustawą. Senat, wykorzystując swoje prawo, mógłby tak opóźnić wejście ustawy w życie, że - trzymając się twardo prawa - nie dałoby się z niej skorzystać 10 maja.

Ultimatum Kaczyńskiego

Po co więc Nowogrodzka forsowała tę ustawę? Nad tym głowią politycy także z samego PiS. Niemniej Jarosław Kaczyński upierał się przy ustawie i chciał wymusić na Jarosławie Gowinie, by jego posłowie zagłosowali za nią w Sejmie. Postawił Gowinowi ultimatum: albo poparcie dla ustawy w Sejmie, albo groźba dymisji i wyrzucenia Porozumienia z koalicji rządzącej. Gowin nie zgodził się na poparcie ustawy.

Dla Gowina termin 10 maja na wybory prezydenckie jest nie do zaakceptowania. Sondowanie pojedynczych posłów Porozumienia, czy zagłosują wbrew Gowinowi za projektem Nowogrodzkiej dały odpowiedź: nie da się "wyrwać" tych posłów. Nowogrodzka musiała spasować.

Fortel PiS

W efekcie - chcąc uniknąć kompromitacji i konfrontacji w Sejmie w czasie głosowań - Nowogrodzka podjęła decyzję, by wycofać się z własnego projektu. Ale nie wprost, tylko stosując fortel. Marszałek Elżbieta Witek zaapelowała do Senatu i jego marszałka prof. Tomasza Grodzkiego, by szybko i wspólnie (Sejm i Senat) uchwalić projekt PiS.

Odpowiedź Grodzkiego i całej opozycji jest z góry znana: "nie". Wobec tego PiS może obwieścić: skoro nie ma szans na szybkie uchwalenie ustawy, to w ogóle nie ma sensu się nią zajmować i będzie ona najpewniej po prostu wycofana przez wnioskodawcę. Tak PiS zażegnuje wewnętrzny kryzys, który samo sprowokowało. - Udało się uniknąć czołowego zderzenia Kaczyńskiego z Gowinem w Sejmie - mówi jeden z polityków obozu rządzącego.

Idee fixe Kaczyńskiego

Jaka intencja stała za projektem ustawy zmieniającej Kodeks wyborczy? Jak już pisaliśmy, Jarosław Kaczyński ma swoją idee fixe: mieć możliwość zorganizowania wyborów 10 maja, jeśli tego zechce. Współpracownicy prezesa PiS nie są już tak owładnięci tą myślą.

- Nie chcemy organizować wyborów po trupach - słyszymy od polityka PiS bliskiego Nowogrodzkiej. - Te poprawki to żaden taran. My tylko chcieliśmy otworzyć sobie furtkę do zorganizowania wyborów, jeśli epidemia będzie pod kontrolą - dodaje uspokajająco. Tymczasem Gowin promuje przesunięcie wyborów o rok - na wiosnę 2021 r. - i o wyborach 10 maja nie chce słyszeć, bo jego zdaniem przyczynią się do plenienia się zarazy i finalnie dorżną gospodarkę.

PiS improwizuje

Nie jest tak, że PiS ma wszystko zaplanowane i z żelazną konsekwencją ten plan realizuje. Jest dokładnie odwrotnie. Projekty są pisane z godziny na godzinę. Napięcie w obozie rządzącym było ogromne, a koncepcje się zmieniały. Projekt zmian w Kodeksie wyborczym szlifowano do ostatniej chwili.

Teraz to napięcie już gaśnie. - Z pewnością Kaczyński wykorzysta najbliższą okazję, by zemścić się na Gowinie - słyszymy od ważnego polityka obozu władzy.

O skali rozedrgania obozu władzy świadczy też taki oto fakt, że PiS nie podeszło raz a kompletnie do zmian w Kodeksie wyborczym, ale zaczęło to zrobić na raty. Pierwsza próba zmiany Kodeksu wyborczego przez obóz PiS się powiodła. W ostatniej chwili poprawki zaszyto bowiem w "tarczy antykryzysowej" przez co nawet posłowie opozycji byli de facto przymuszeni, by je poprzeć. Te poprawki było skromne: zakładały możliwość głosowania korespondencyjnego przez osoby 60+ i te objęte kwarantanną. Potem prezes PiS uznał, że to jednak za mało i stąd powstał nowy - utrącony właśnie przez Gowina - projekt zakładający możliwość głosowania korespondencyjnego przez wszystkich obywateli. - Technicznie można było to zrobić na poprzednim posiedzeniu, ale koncepcja się zmieniła - mówi nam polityk PiS.

O skali improwizacji PiS świadczy również to, że projekt ustawy jest bardzo ogólny i odsyła do rozporządzeń i uchwał ministra lub Państwowej Komisji Wyborczej - w ich wydawaniu rząd i zdominowana przez nominatów PiS PKW miałyby dowolność.

PiS i Pałac prą do wyborów 10 maja

Spór o wybory 10 maja i ich przesunięcie (poprzez wprowadzenie stanu nadzwyczajnego opisanego w konstytucji lub poprawkę do konstytucji) rozsadza obóz władzy już od tygodni.

Nowogrodzka jest przekonana, że najlepsze będą wybory 10 maja i jeśli tylko będzie logistyczna możliwość przeprowadzenia tej elekcji wówczas, a epidemia się nie rozleje, to chce to zrobić. Podobne zdanie ma prezydent Andrzej Duda, który jednak w swoich publicznych wypowiedziach jest bardzo ostrożny.

Z kolei Porozumienie Jarosława Gowina oczekuje przesunięcia wyborów o rok - na wiosnę 2021 r. - i skupienia się na ratowaniu gospodarki. W tym nie ma żadnego teatru: różnica zdań między Gowinem a Kaczyńskim jest fundamentalna. Partia Zbigniewa Ziobry (Solidarna Polska) jest z kolei bardzo mocno dotknięta koronawirusem. - Są zupełnie wycofani - słyszymy od jednego z członków rządu.

Niemniej "ziobryści" są znani z jastrzębich poglądów, więc też woleliby wybory 10 maja. Sam Zbigniew Ziobro jest w pewnym potrzasku. Bo z jednej strony pochodzi z lekarskiej rodziny, więc wie, że koronawirus to ogromne zagrożenie, stąd przez ostatnie tygodnie funkcjonował w ostrym reżimie sanitarnym, by uniknąć zarażenia. Z drugiej strony w jego resorcie wybuchło ognisko wirusa i jeden z pracowników zmarł. Finalnie jednak Ziobro - mimo że publicznie milczy - to jest zwolennikiem wyborów 10 maja.

Politycy PiS uspokajają

Nim projekt PiS zmian w Kodeksie wyborczym upadł, to politycy tej partii uspokajali, że przepisy - gdyby weszły w życie - nie musiałyby być wcale wykorzystane.

- Pokazaliśmy wolę ułatwienia przeprowadzenie wyborów, a opozycja pokazuje chęć ograniczenia możliwości głosowania korespondencyjnego. Jak sytuacja z epidemią się pogorszy, to będzie trzeba jednak podejmować inne decyzje niż organizowanie wyborów - mówił jeszcze rano jeden z parlamentarzystów PiS.

Najostrzejszy jest Jarosław Kaczyński. Nawet znany z twardogłowego podejścia prof. Ryszard Terlecki jest przy prezesie gołębiem. W wywiadzie dla Radia Kraków Terlecki buńczucznie groził, że jeśli samorządy będą sabotować przygotowania do wyborów 10 maja, to PiS zakończy ich kariery, bo "można wyznaczyć komisarzy" do ich miast. Ale już w innym zdaniu podkreślał: - Wybory będą możliwe, gdy sprawdzą się optymistyczne prognozy i epidemia zacznie słabnąć. Jak skala zachorowań będzie rosła, wtedy będzie trzeba podjąć odpowiednie decyzje.

A co więcej Terlecki zarysował prawdopodobny scenariusz rozwoju epidemii, który wskazuje na przesunięcie wyborów: - Jednak trzeba się liczyć z tym, że jak pandemia będzie trwała długo.

Efekt uboczny: wojenka na opozycji

Efektem ubocznym wojny w obozie prawicy o przesuwanie wyborów jest wojenka na opozycji.

Mówi polityk PiS: - Nie było to celem, ale to bardzo miłe, że Grzegorz Schetyna wyskoczył z pomysłem zmiany ich kandydata [Małgorzaty Kidawy-Błońskiej]. Im więcej jest mowa o przesuwaniu wyborów, czego przecież sami żądają, to tym bardziej się potykają o własne nogi. Siedzimy z popcornem i na to patrzymy.

Szumowski czeka aż odpowiedź sama się narzuci

Postacią nieobecną w wylewającym się już publicznie konflikcie wewnątrz obozu władzy jest minister zdrowia prof. Łukasz Szumowski.

Szumowski ma opinię profesjonalisty do szpiku kości. - Mówi, że jak będzie miał fakty, to będzie coś rekomendował, a na razie czeka. Mówi: podejmujemy działania, oceniamy efekty, wyciągamy wnioski i podejmujemy kolejne działania.

Szumowski przyjął strategię, że po Wielkanocy odpowiedź na pytanie, czy wybory będą bezpieczne, narzuci się sama. W swoich wypowiedziach podkreśla, że czeka nas fala zachorowań i zgonów, więc oczywistą rzeczą jest, że - choć się z tym nie zdradza - jest przeciwnikiem wyborów 10 maja.

Mówi polityk bliski Nowogrodzkiej: - Czekamy. Chcemy zobaczyć, jak zadziałają środki ordynowane przez Szumowskiego. Jeśli zaczną przynosić bardzo dobre efekty i będzie można powiedzieć, że epidemia jest pod kontrolą, to wtedy wybory będzie można zorganizować. W jądrze PiS i w Pałacu Prezydenckim nie ma wątpliwość, że najlepiej - i to pod każdym względem - jest przeprowadzić wybory 10 maja. Jeśli tylko będzie to możliwe.

Z co z wojną wewnątrz obozu prawicy? - Wkurzenie na Gowina jest bardzo duże - mówi polityk bliski Nowogrodzkiej.