"To nie może się dobrze skończyć". Za wojnę PiS-u z sędziami zapłacą Polska i Polacy

Chociaż wojna obozu władzy ze środowiskiem sędziowskim trwa od kilku lat, dopiero teraz dotarła do miejsca, w którym jej ofiarami zaczną padać oczekujący w sądach na sprawiedliwość obywatele.

"Nienależyta obsada sądu występuje wtedy, gdy w składzie sądu bierze udział osoba wyłoniona na sędziego przez KRS w obecnym składzie" - oświadczył Sąd Najwyższy, odpowiadając na pytanie zadane przez I Prezes SN prof. Małgorzatę Gersdorf 15 stycznia. W dalszej części dokumentu czytamy: "Uchwała nie ma zastosowania do orzeczeń wydanych przez sądy przed dniem jej podjęcia. W odniesieniu do Izby Dyscyplinarnej SN ma zastosowanie do orzeczeń bez względu na datę ich wydania".

Zadane przez prezes Gersdorf pytanie miało na celu wyjaśnić, czy można podważać orzeczenia sądów ze względu na fakt, że w składzie orzekającym zasiadają sędziowie powołani na wniosek nowej Krajowej Rady Sądownictwa. Sąd Najwyższy ocenił, że w świetle Konstytucji RP i prawa europejskiego takie wyroki można podważyć. Uchwałę podjęło 59 sędziów z trzech izb Sądu Najwyższego, co jest pierwszym takim przypadkiem po 1989 roku. Sześciu sędziów SN złożyło w tej sprawie zdania odrębne.

"Dobra zmiana" idzie na wojnę

Niemal od razu na uchwałę Sądu Najwyższego zareagowało Ministerstwo Sprawiedliwości. Na briefingu prasowym szef resortu prokurator generalny Zbigniew Ziobro stwierdził:

Sąd Najwyższy procedował z rażącym naruszeniem prawa i jego tak zwana uchwała nie powoduje żadnych skutków prawnych.

Oznacza to wprost, że obóz władzy nie zamierza podporządkować się decyzji Sądu Najwyższego. Tak zwana reforma sądownictwa, którą Prawo i Sprawiedliwość przeprowadza od momentu objęcia władzy, będzie więc kontynuowana. - Władza wykonawcza otwarcie kontestuje art. 183 konstytucji, który stanowi, że Sąd Najwyższy sprawuje nadzór nad działalnością orzeczniczą sądów powszechnych i wojskowych. To nie jest pierwszy przepis konstytucji, który jest ignorowany przez władzę wykonawczą - mówi w rozmowie z Gazeta.pl konstytucjonalista prof. Ryszard Piotrowski z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Śladami ministra Ziobry bardzo szybko podążyli związani z obozem władzy sędziowie. "Jedną z reguł uchylających normy jest desuetudo - odwyknienie. Norma zanika, jak nikt jej przez lata nie stosuje. To będzie najszybsze desuetudo w historii. Jutro kilka godzin po uchwale SN nowi sędziowie KRS dalej będą sądzić. Uchwała zostanie powszechnie zignorowana" - napisał na Twitterze Maciej Nawacki, członek nowej KRS.

Jeszcze dalej w swojej ocenie posunął się Zastępca Rzecznika Dyscyplinarnego Sędziów Sądów Powszechnych Przemysław Radzik. "Dzisiejsze stanowisko niektórych sędziów trzech izb Sądu Najwyższego to nic innego, jak bezprawna próba zmiany ustroju Rzeczypospolitej. Nie ma mocy wiążącej, a sędziowie kwestionujący legalność powołania innych sędziów będą ścigani dyscyplinarnie" - ocenił również na Twitterze. W podobnym tonie na antenie Polsat News wypowiedział się wiceminister aktywów państwowych Janusz Kowalski. - Ja mam w nosie tych 60 profesorów, bo ja jestem za Polakami. To nie są dla mnie autorytety - nie przebierał w słowach.

Na ciekawą rzecz zwraca uwagę prof. Piotrowski, gdy twierdzi, że niepodporządkowanie się uchwale Sądu Najwyższego w myśl obowiązującej ustawy teoretycznie powinno skutkować... sankcjami dyscyplinarnymi dla niepokornych sędziów. - Przecież dopuszczą się utrudnienia działania wymiaru sprawiedliwości, ponieważ wydane przez nich wyroki będą mogły być kontestowane przez strony sporu. W myśl nowej ustawy należy wszcząć wobec nich postępowanie dyscyplinarne - wyjaśnia prawnik.

Przedłużenie większości parlamentarnej

Kilkanaście godzin po ogłoszeniu treści uchwały Sądu Najwyższego do gry wkroczył Mateusz Morawiecki. Premier skierował do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie zgodności z konstytucją przepisów prawa, które zostały zastosowane do wydania czwartkowej uchwały Sądu Najwyższego.

Wniosek ma na celu zbadanie przez jedyny konstytucyjny organ do tego uprawniony, czy przepisy, które zastosował wczoraj Sąd Najwyższy, mogą być stosowane w tego typu sytuacjach

- sprecyzował rzecznik rządu Piotr Müller.

Odpowiadając szefowi rządu, I Prezes Sądu Najwyższego oceniła, że "Trybunał Konstytucyjny nie ma prawa wkraczania w funkcję orzeczniczą sądów". Jej zdaniem polskie sądy powinny respektować wydaną 23 stycznia przez SN uchwałę, "ale co zrobią, to jest co innego". - Natomiast zawsze będzie to dawało - kiedyś w przyszłości - podstawę do wzruszenia tych orzeczeń - dodała.

- Wniosek premiera jest bezzasadny. Władza wykonawcza nie może kwestionować rozstrzygnięć podejmowanych przez Sąd Najwyższy w trybie nadzoru nad działalnością orzeczniczą innych sądów. A z takim rozstrzygnięciem mamy w tym przypadku do czynienia. Ono jest tak wymodelowane, żeby nie powodowało wykroczenia Sądu Najwyższego poza jego umocowanie ustawowe. Kwestionowanie przez rząd uchwałodawczej działalności Sądu Najwyższego w taki sposób jest nie do przyjęcia z punktu widzenia standardów państwa konstytucyjnego - mówi prof. Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista. 

Zdaniem prof. Piotrowskiego rząd chce rozegrać obecną sytuację wedle sprawdzonego schematu. Kiedy musi zmierzyć się z niekorzystną dla siebie decyzją polskiego albo europejskiego sądu, sięga po pomoc Trybunału Konstytucyjnego, który zawsze stwierdza, że to polskie władze mają rację, bo bronią konstytucji, która ma prymat nad innymi aktami prawnymi.

Możemy udawać, że wszystko jest w porządku, bo odpowiednie poświadczenie wyda w jakiejś sprawie Trybunał Konstytucyjny, który jest dzisiaj przedłużeniem większości parlamentarnej. Tyle że to tylko pogłębi stan niewykonywania przez państwo podstawowego prawa obywateli, a więc prawa do sądu. Niestety TK spełnia rolę politycznego pogotowia konstytucyjnego

- analizuje nasz rozmówca.

Nowa odsłona wojny z Brukselą

Niemal w tym samym momencie, w którym opinia publiczna dowiedziała się o złożeniu przez premiera Morawieckiego wniosku do TK, swój wniosek złożyła również Komisja Europejska - został skierowany do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i dotyczył zastosowania wobec Polski środków tymczasowych ws. zawieszenia działalności Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego do czasu zakończenia postępowania przed TSUE. Decyzję w tej sprawie TSUE wyda w ciągu kilku, maksimum kilkunastu najbliższych dni. Nie ma od niej odwołania. Jeśli polski rząd nie podporządkuje się tej decyzji, na Polskę mogą zostać nałożone dotkliwe kary finansowe.

Prof. Justyna Łacny, Wydział Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej: - Jeżeli TSUE przychyli się do wniosku Komisji Europejskiej, wyda postanowienie o zawieszeniu stosowania przepisów będących podstawą funkcjonowania Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Tym samym pozbawi ją podstaw prawnych funkcjonowania. Jeśli polskie organy wykonają to postanowienie, a taki obowiązek spoczywa na nich na mocy prawa UE, sądownictwo dyscyplinarne nie będzie mogło funkcjonować na obecnych zasadach do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia skargi Komisji przez TSUE. Potem kwestię te ostatecznie rozstrzygnie wyrok TSUE.

Wielu polityków i dziennikarzy przewiduje jednak, że tym razem PiS nie cofnie się przed Brukselą ws. zmian w sądownictwie. Byłby to bowiem bolesny cios w wizerunek partii w trakcie arcyważnej dla "dobrej zmiany" kampanii prezydenckiej. Co wtedy? Opcje są dwie. W łagodniejszym dla Polski wariancie czeka nas postępowanie skargowe przed TSUE, a po nim ewentualnie kary finansowe. W dotkliwszym TSUE od razu nałoży na Polskę karę za niezastosowanie środka tymczasowego. Dokładnie tak, jak było w przypadku wycinki Puszczy Białowieskiej. Tyle że tam do wyegzekwowania kary ostatecznie nie doszło, bo Polska w ostatniej chwili zrezygnowała z wycinki drzew.

Warto też pamiętać, że w Unii Europejskiej wciąż toczą się prace i dyskusje nad powiązaniem transferu unijnych środków z przestrzeganiem praworządności. Projekt stosownych regulacji podobno jest już gotowy, potrzebna jest jedynie decyzja o wprowadzeniu go w życie. W Brukseli nikt nie ukrywa, że takie narzędzie nacisku na kraje członkowskie zostało wprowadzone w efekcie działań Węgier i Polski, które wielokrotnie naruszały unijne wartości. Mając możliwość przykręcenia kurka z pieniędzmi, Komisja Europejska wreszcie przestałaby być bezbronna w starciu z państwami, które wybiórczo traktują swoje członkowskie obowiązki.

Trudne czasy dla obywateli

Poważne konsekwencje na arenie międzynarodowej to jednak tylko jedna strona medalu. Tyle że druga wcale nie jest lepsza. Dotyczy bowiem praktycznych codziennych konsekwencji wojny pomiędzy rządem i środowiskiem sędziowskim. Wojny, w której ofiarami będą oczekujący sprawiedliwości w polskich sądach obywatele.

Przede wszystkim Polaków czeka znacznie wydłużenie oczekiwania na wyroki sądów. Już dzień po uchwale Sądu Najwyższego zaczęły pojawiać się informacje, że sędziowie z różnych części Polski odwołują rozprawy i zmieniają składy orzekające właśnie po to, żeby nie naruszać prawa obywateli do niezawisłego i niezależnego sądu. Takich sytuacji będzie coraz więcej. I tak wydłużony za rządów PiS-u czas oczekiwania na rozprawę wydłuży się jeszcze bardziej. A w przypadku, gdy powołani przez nową KRS sędziowie dalej będą orzekać, da to stronom postępowań możliwość zakwestionowania wydanego wyroku. To zaś oznacza ponowne rozpatrzenie sprawy.

Nie lepiej sytuacja wygląda na odcinku unijnym. Jak mówi prof. Justyna Łacny, zarówno polscy obywatele, jak i obywatele krajów unijnych będą mogli wnosić o sprawdzenie składów sędziowskich w polskich sądach, które będą rozpatrywać ich sprawy. Wszystko po to, żeby mieć pewność, że w składzie sędziowskim nie ma osoby powołanej przez nową KRS, co groziłoby podważeniem wydanego wyroku. To, rzecz jasna, oznacza wydłużenie i tak trwających już długo postępowań.

Sytuacja wydaje się bliźniaczo podobna do tej z lipca 2018 roku. TSUE uznał wówczas, że unijne sądy rozpatrujące wnioski o wykonanie europejskiego nakazu aresztowania (ENA) przed podjęciem decyzji muszą upewnić się, że osoba objęta ENA nie jest narażona na naruszenie prawa podstawowego do niezawisłego sądu. Wszystko z powodu nieprawidłowości, które mogą mieć wpływ na niezawisłość polskich sądów. Tymi nieprawidłowościami były zmiany w ramach tzw. reformy sądownictwa.

Różnica polega na tym, że teraz skala problemu jest nieporównywalnie większa, a co za tym idzie - znacznie dotkliwsza dla obywateli. Dotyka bowiem absolutnie całego obrotu prawnego w Polsce - od przysłowiowego sporu o miedzę, przez sprawy rodzinne, po postępowania karne.

W świetle dotychczasowego orzecznictwa TSUE i czwartkowej uchwały Sądu Najwyższego sędziowie w państwach członkowskich UE zapewne będą rozważać, czy poszczególne składy orzekające w Polsce są niezależne i spełniają europejskie standardy. Sędziowie ci będą pytać o to TSUE, ponieważ sami mogą nie mieć narzędzi do weryfikacji takich informacji. Czyli może być tak, jak w przypadku ENA zrobiła irlandzka sędzia Aileen Donnelly

- tłumaczy prof. Justyna Łacny.

"To nie może się dobrze skończyć"

Z perspektywy Nowogrodzkiej obecna sytuacja jest dla PiS-u korzystna. Nie raz i nie dwa w trakcie swojej pierwszej kadencji partia rządząca zyskiwała na forsowaniu reformy sądownictwa i zwarciach ze środowiskiem sędziowskim. Brutalny fakt jest bowiem taki, że Polacy sądów nie lubią i im nie ufają. Mówiąc językiem korporacji - sądy od dawna nie dowożą targetu, którym jest poczucie społecznej sprawiedliwości. PiS skutecznie na tym żeruje, podburzając lud przeciwko sędziom i sądom, podbijając sobie w ten sposób słupki poparcia.

To samo tyczy się konfliktów z Unią Europejską. PiS-owi bardzo łatwo przedstawić to w ten sposób, że jakaś obca siła z zewnątrz chce narzucić Polsce swoją wolę. I chociaż jest to Unia, której członkiem dobrowolnie się staliśmy, na tak przedstawioną sytuację gros Polaków reaguje alergicznie. Wiadomo, jak takie ingerencje kojarzą się w naszej historii. Zwłaszcza jeśli obóz władzy wytłumaczy ludziom, że "Bruksela broni kasty sędziowskiej", która przecież ma tyle na sumieniu.

Opozycja nie ma tak prostej i wiarygodnej opowieści, żeby skontrować przekaz PiS-u. Na jej niekorzyść przemawia też fakt, że chociaż ma rację, broniąc niezawisłości i niezależności sądów oraz trójpodziału władzy, to w tej obronie musi stawić czoła potężnej społecznej niechęci do bronionego. A to z pewnością nie ułatwia ani samej obrony, ani zbicia na tym politycznego kapitału.

Mając w pamięci efekty takich starć z przeszłości, także tym razem PiS może postawić na zwarcie z opozycją i Brukselą ws. sądów. Tyle że tym razem byłaby to konfrontacja ostateczna. Nikt nie ma już złudzeń, że w walce o reelekcję Andrzeja Dudy PiS postanowiło przede wszystkim dopieścić swój twardy elektorat, a dopiero potem (jeśli w ogóle) martwić się o polityczne centrum. Dlatego nie może pozwolić sobie na wizerunkowe samobójstwo, którym byłoby ukorzenie się przed Komisją Europejską i TSUE.

Tyle że to bardzo ryzykowna strategia. Nie chodzi nawet o kary, które na nasze państwo może nałożyć TSUE czy o powiązanie transferu unijnych środków z praworządnością. Już teraz widać, że w polskim wymiarze sprawiedliwości zapanuje niewyobrażalny dotąd chaos. Chaos, który z całą siłą uderzy nie w PiS, ale w Polaków. W tym w wyborców PiS-u. Jarosław Kaczyński nie może mieć zaś pewności, że rozwścieczonych dłużącymi się ponad wszelką miarę postępowaniami Polaków jego ludzie zdołają przekonać, że za wszystko odpowiada opozycja i zagranica. Chociaż z pewnością spróbują to zrobić.

- Nie mam co do tego wątpliwości - mówi nam prof. Ryszard Piotrowski. I dodaje:

Ale to nie wyeliminuje niesprawności sądownictwa. To może tylko spowodować, że władza wykonawcza będzie spodziewać się akceptacji społecznej dla kolejnych kroków mających na celu dalsze zredukowanie niezależności władzy sądowniczej. Oznaczałoby to odejście od standardu zarówno konstytucyjnego, jak i europejskiego. To nie może się dobrze skończyć, bo będzie powodować konflikt z wartościami europejskimi i konieczność reakcji ze strony instytucji unijnych. Sami stawiamy się poza systemem prawnym Unii Europejskiej.

A jeśli ludzie Kaczyńskiego zawiodą na tym polu, gniew suwerena zogniskuje się na partii władzy jako tej, która przecież odpowiada za sprawne funkcjonowanie państwa. W decydującym momencie kampanii prezydenckiej gorszego scenariusza na Nowogrodzkiej nie mogliby dla siebie wymyślić.

Więcej o: