"Z natury jestem zawodnikiem, nie kibicem, wolę się bić, niż kalkulować". "Szczerze" pokazuje, że Tusk nigdy nie porzucił polskiej polityki

Wszyscy myśleli, że rezygnacja Donalda Tuska z walki o prezydenturę oznacza definitywne pożegnanie z polską polityką. Tymczasem jego książka "Szczerze" pokazuje, że były premier cały czas miał oko na krajowe sprawy i nigdy nie porzucił myśli o powrocie do gry. Ani o wzięciu odwetu na swoich przeciwnikach.

Człowiek może wyjść z polskiej polityki, ale polska polityka z człowieka - nigdy. To chyba pierwszy wniosek dotyczący naszego krajowego podwórka, jaki płynie po lekturze dzienników Tuska. Jak na dłoni widać w nich, że były przewodniczący Rady Europejskiej ani na moment nie zapomniał o Polsce i polskiej polityce, swoich dawnych sojusznikach i dawnych wrogach. Przez cały swój pobyt w Brukseli pilnie śledził wydarzenia w kraju, analizował układ sił i... przygotowywał się do powrotu, który jednak będzie wyglądać zupełnie inaczej, niż to sobie wszyscy wyobrażali.

O ile publicznie Tusk wielokrotnie musiał się gryźć w język, żeby nie powiedzieć wszystkiego, co naprawdę o sytuacji w Polsce myśli - przewodniczącemu Rady Europejskiej pewnych rzeczy zwyczajnie nie wypadało mówić - o tyle w "Szczerze" daje sobie znacznie więcej swobody. Nawet biorąc poprawkę, że część wpisów mógł zredagować post factum, przez co wychodzi na niemal nieomylnego, książka dobrze pokazuje sposób myślenia Tuska o polskiej polityce i ewolucję jego spojrzenia na krajowe sprawy.

Przede wszystkim pokazuje jednak, że Tusk nigdy nie porzucił Polski, jak lubili to przedstawiać jego przeciwnicy i sprzyjające Prawu i Sprawiedliwości media. Wręcz przeciwnie. Przez pięć lat myślał o Polsce często, o powrocie do krajowej polityki również. Wzbierała w nim też chęć wzięcia odwetu.

Ta książka zamyka pewien etap w moim życiu, otwiera też nowy, w którym polskie sprawy znów zajmować będą centralne miejsce. Przychodzi czas, aby wyrównać rachunki i spłacić wszystkie długi

- pisze Tusk we wstępie swoich dzienników.

Audyt, sądy, Amber Gold

Nie trzeba być Nostradamusem, żeby przewidzieć, z kim były już "prezydent Europy" chce wyrównać rachunki w pierwszej kolejności. W "Szczerze" krytyki "dobrej zmiany" i kąśliwych wzmianek o rządzie PiS-u nie brakuje. Tusk w kilku miejscach bardzo dobitnie opisuje swój pogląd na to, jak państwem zarządzają jego polityczni oponenci.

We wpisie z 11 maja 2016 roku Tusk nie zostawia suchej nitki na audycie rządów PO-PSL, który miał pogrążyć ekipę Tuska, ale jak czas pokazał, poza szumnymi zapowiedziami i poważnymi oskarżeniami - niczego nikomu nie udowodnił. "Obydwoje nie zdają sobie sprawy, że obwiniając oponentów o wszystko, co najgorsze, rujnują elementarne zaufanie między ludźmi. A także obywateli do państwa. Tak było po Smoleńsku, kiedy wyzywali nas od zdrajców i morderców, czy teraz, kiedy zarzucają grabież i doprowadzenie Polski do ruiny" - pisze o Beacie Szydło i Jarosławie Kaczyńskim. Dalej już konkretnie o ówczesnej premier, że "okazuje się dobrą uczennicą Kaczyńskiego, mistrza insynuacji i oskarżeń bez pokrycia".

Gdy latem 2017 roku opozycja broniła niezależności i niezawisłości sądów, a tysiące Polaków w całym kraju protestowały przeciwko ich upolitycznieniu, Tusk pisał:

Z jednej strony pięści same się zaciskają na myśl o tym, jak PiS próbuje podporządkować sobie sądy, z drugiej łzy wzruszenia napływają do oczu na widok wielotysięcznych manifestacji. Trudno skupić się na bieżącej pracy

Jego zdaniem, "podporządkowanie sądów partii rządzącej w sposób, jaki zaproponował PiS, zrujnuje i tak nadszarpniętą opinię na temat polskiej demokracji". Tusk zaznacza, że próbował o sprawie porozmawiać z prezydentem Andrzejem Dudą, na którego weto liczył, ale głowa państwa nie była zainteresowana spotkaniem. Co ciekawe, mimo tego prezydent jednak zawetował dwie ustawy swojej dawnej formacji, co wywołało kilkutygodniowy okres napięć w obozie władzy.

W "Szczerze" Tusk wspomina też swoje przesłuchanie przed komisją śledczą ds. afery Amber Gold. Nie przebierając w słowach, nazywa ją "parodią komisji śledczych, z wybitną na początku rolą Marka Suskiego, albo 'Komisją Dopadnięcia Tuska Za Wszelką Cenę'". Podkreśla, że o ile przy "niemądrych pytaniach" czy "strzelistych aktach oskarżenia, też dość niemądrych" stara się trzymać nerwy na wodzy, o tyle nie wytrzymuje, gdy przesłuchujący go posłowie biorą na warsztat jego syna Michała. "W pewnym momencie nie wytrzymuję" - przyznaje Tusk. A potem odgryza się swoim przeciwnikom: "Kiedy patrzę, jak pisowska 'dobra zmiana' uwłaszcza się na państwowym majątku, jak na sowicie opłacane posady wciskają już nie tylko swoich działaczy, ale też ich dzieci i rodziny, krew mnie zalewa".

Obsesja Kaczyńskiego, maska Dudy, Kurski na dnie

Książka Tuska nie byłaby książką Tuska, gdyby swojego miejsca w niej nie otrzymał jego odwieczny rywal - Jarosław Kaczyński. Prezes PiS-u przewija się w licznych wpisach, a czytelnik często otrzymuje na jego temat anegdoty, z którymi do tej pory zapoznać się zapewne nie miał okazji.

Gdy blokada Sejmu w wykonaniu opozycji dobiegała końca, Kaczyński w wywiadzie dla "Gazety Polskiej" próbował narzucić narrację, że przeciwnicy "dobrej zmiany" chcieli siłowo obalić rząd Zjednoczonej Prawicy. Tusk wspomina tamte słowa i wytyka obsesję spisku, którą - jego zdaniem - prezes PiS-u ma od wielu lat. Na poparcie swoich słów przytacza historię sprzed lat. Początek lat 90., Warszawa. W mieszkaniu jednego ze współpracowników ówczesnego premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego trwają rozmowy na temat potencjalnej współpracy liberałów z Porozumieniem Centrum braci Kaczyńskich.

Atmosfera była napięta, w którymś momencie powiedziałem, że to, co Jarek o nas mówi, spływa po mnie jak woda po... i tu się zawahałem, znając jego nadwrażliwość. 'Jak woda po gęsi' - wybrnąłem. Spojrzał nieufnie. W tym samym momencie przez otwarte okno dobiegło z pobliskiego stawu głośne 'kwa, kwa'. Jarosław wstał i rzucił do brata: 'Leszek, idziemy stąd, to celowa prowokacja'

- czytamy w "Szczerze".

Inna dygresja dotycząca Kaczyńskiego pojawia się przy okazji protestów w obronie sądów. Twarzą "reformy" sądownictwa ze strony PiS-u był wówczas Stanisław Piotrowicz, prokurator stanu wojennego. W swojej książce Tusk nie kryje swojego oburzenia z tego powodu. Po chwili tłumaczy jednak, dlaczego Kaczyński wybiera takich ludzi do tego rodzaju zadań:

Kiedy dawno temu zapytałem Kaczyńskiego, wówczas prezesa Porozumienia Centrum, czy nie widzi, jak marni otaczają go ludzie, odpowiedział z uśmiechem: 'Dla mnie partia jest narzędziem do robienia porządków w Polsce, a brudną ścierką też można sporo brudu wytrzeć'. Taka filozofia polityczna

W "Szczerze” Tusk opisuje też jedno ze swoich pierwszych spotkań z prezydentem Dudą. Była połowa stycznia 2016 roku. PiS bezceremonialnie rozprawiało się z Trybunałem Konstytucyjnym, opozycja była bezradna i rozbita. Duda przyleciał do Brukseli porozmawiać o agendzie europejskiej, brexicie, gazociągu Nord Stream II, migracji, konflikcie na Ukrainie.

Patrzę na prezydenta Dudę siedzącego w moim gabinecie i zastanawiam się, która twarz jest prawdziwa: uśmiechnięta, serdeczna i europejska, jaką prezentuje w czasie wizyty w Brukseli, czy wersja krajowa, zdecydowanie mniej sympatyczna

- zastanawia się Tusk.

Dalej pisze, że w pewnym momencie dyskusji prezydent Duda "zauważa, że właściwie mamy na te wszystkie sprawy identyczne poglądy". "Chce pokazać, że jest gotowy wznieść się ponad podziały. Umie się przystosować do miejsca i do rozmówcy, jak wielu polityków potrafi nakładać różne maski i sprawnie odgrywać różne role. Dziś obsadził się w roli otwartego Europejczyka" - analizuje były szef Rady Europejskiej.

Na "czarnej liście" Tuska są też prorządowe media. Zwłaszcza Telewizja Polska i tygodnik "Sieci". Pod koniec 2017 roku tygodnik braci Karnowskich przedstawił Tuska w mundurze przypominającym te, w których chodzili członkowie Hitlerjugend. Na okładce Tusk trzyma na smyczy dwa rozwścieczone owczarki niemieckie. Tytuł: "Dlaczego Tusk szczuje na Polskę?". "W zależności od potrzeby jestem albo spadkobiercą Hitler, albo Stalina" - pisze polityk. I dodaje:

Staram się nie przejmować, ale nie mam złudzeń, że metody Goebbelsa są skuteczne także dziś. Wielu to kupuje. I zaczyna nienawidzić

Tego typu refleksji jest w dziennikach Tuska więcej. Polityk zdaje sobie sprawę, że jego wizerunek jest konsekwentnie niszczony, a wzbudzana - nieufność, niechęć, być może nawet nienawiść. Początek maja 2019 roku, Warszawa Gdy na finałowym meczu Pucharu Polski pomiędzy Lechią Gdańsk a Jagiellonią Białystok Tusk spotyka prezesa TVP Jacka Kurskiego, komentuje to następująco: "Przy wyjściu spotykam Jacka Kurskiego. Uśmiecha się fałszywie, chyba chce się przywitać, ale są granice tolerancji. Odwracam się plecami, choć z reguły unikam tego typu zachowań. Kilka tygodni temu podczas meczu w Gdańsku pytał na cały głos Piotra Adamowicza, dlaczego robimy z Pawła takiego bohatera. Lata temu grałem z Kurskim w piłkę w jednej drużynie, nikt z chłopaków specjalnie za nim nie przepadał, ale nie przypuszczaliśmy, że skończy na samym dnie".

Radosław Sikorski również uważa, że zmiana nastawienia Polaków do Tuska to efekt działań mediów publicznych:

Zobacz wideo

Krytycznie o swoich

Lektura dzienników Tuska pokazuje też, że jego stosunek do opozycji i Platformy Obywatelskiej mocno różnił się od tego, co myślała opinia publiczna w kraju. Być może wpisy zostały odpowiednio zredagowane przed publikacją książki, niemniej to, co otrzymaliśmy w "Szczerze" jasno pokazuje, że Tusk od dawna nie widział siebie w roli rycerza na białym koniu, który przybywa na odsiecz opozycji. I to nawet pomimo tego, że taka wizja niezwykle łechtała jego ego (w niektórych fragmentach sam się zresztą do tego przyznaje). Podobnie jest z sytuacją w Platformie, którą Tusk ocenia niezwykle trzeźwo i celnie, nie szczędząc kolegom i koleżankom z dawnej partii cierpkich słów.

Już na samym początku książki ostro dostaje się Platformie za sposób prowadzenia kampanii Bronisława Komorowskiego. Za jej niemrawość, za spadające sondaże, za unikanie debat.

Po raz pierwszy w tej kampanii czuję, że istnieje poważne ryzyko przegranej

- pisze w jednym z fragmentów Tusk. Później opisuje, że mimo chęci z jego strony nie było okazji do spotkania z Komorowskim i rozmowy o jego kampanii, na którą Tusk, jak sam zaznacza, planował ponarzekać. "'I tak już mu nie pomogę, tylko humor zepsuję' - myślę sobie. Mam nadzieję, że mimo błędów i tak wygra" - czytamy.

Suchej nitki nie zostawia na wyjeździe Ryszarda Petru z partyjną koleżanką Joanną Schmidt do Portugalii, podczas gdy opozycja blokowała Sejm w ramach protestu przeciwko polityce PiS-u (m.in. planom wyrzucenia dziennikarzy z Sejmu). Wspomnianą wycieczką Tusk określa jako "poważny problem". Jego zdaniem kontrast między powagą sytuacji w Sejmie, a takim zachowaniem jest nie do obrony. Wieszczy, że "taki dysonans może się okazać rujnujący dla Nowoczesnej i jej lidera".

Samą blokadę Sejmu również opisuje w sposób ambiwalentny, dostrzegając, gdzie opozycja popełniła błędy, których łatwo można było uniknąć.

Dramatyczna okupacja sali sejmowej wzbudziła sporo emocji i kontrowersji, niektórych drażniły elementy happeningu i zabawy, a przecież chodzi o bardzo poważną sprawę

- ocenia były premier. "Trzymam za nich wszystkich kciuki, wiem, jak trudno w takiej sytuacji zachowywać bez przerwy śmiertelną powagę. Pytanie, czy trzeba to wszystko transmitować w sieci?" - zastanawia się.

Schetyna inteligentny, ale nie błyskotliwy

"Szczerze" daje też wgląd w relacje Tuska z czołowymi politykami Platformy. O Ewie Kopacz dowiadujemy się, że jest emocjonalna, ale waleczna - "Widać, że bardzo przeżywa porażkę w wyborach parlamentarnych, chociaż moim zdaniem jak zwykle walczyła bardzo dzielnie, do samego końca". Była premier ma zresztą do Tuska pretensje o to, że zostawił partię i wyjechał do Brukseli na chwilę przed tym, gdy sympatie społeczne odwróciły się o 180 stopni. "'Ty wiedziałeś, że tak będzie' - mówi z wyraźną pretensją w głosie" - czytamy w książce Tuska.

Swoje miejsce w rozważaniach Tuska ma także jego wieloletni polityczny partner i największy przeciwnik - Grzegorz Schetyna. Gdy na początku 2016 roku zbliżały się wybory nowego przewodniczącego Platformy, Tusk cytował swoją rozmowę z Kopacz, która przekonywała, jak bardzo Schetynie zależy na tym stanowisku. "Wiem" - odparł krótko Tusk.

Gdy popularny "Schet" przejął władzę w partii, Tusk poświęcił mu już znacznie więcej miejsca w swoich zapiskach:

Jest bardzo inteligentny (chociaż nie błyskotliwy) i bardzo ambitny. Kocha i rozumie władzę, potrafi uwieść rozmówców szczerością, by następnego dnia ograć ich bezlitośnie. Jest dość bezwzględny, lubi pozować na twardziela i taką zbudował reputację. Nasze relacje są trudne, nie jest łatwo zachować w polityce przyjaźń. Czy Grzegorz wyprowadzi Platformę na prostą? Bardzo mu tego życzę. Chociaż ludzi za sobą nie porwie, to większych błędów też nie zrobi. Czy to wystarczy, nie wiem

Dużo cieplej były przewodniczący Rady Europejskiej pisze o Rafale Trzaskowskim, w Platformie nazywanym swego czasu "nowym Tuskiem" (prezydent Warszawy nigdy nie przepadał za tym określeniem).

Inteligentny, z dużą kulturą osobistą i coraz bardziej zdeterminowany. Już rozumie, że prawdziwa polityka przypomina raczej rzeźnię i bokserski ring niż kawiarnię literacką czy uniwersytet. To jeden z najzdolniejszych polityków w kategorii wiekowej czterdzieści plus

- zachwala młodszego kolegę Tusk.

Jestem zawodnikiem, nie kibicem

O ile wgląd w to, co Tusk myślał o swoich najbliższych współpracownikach jest niewątpliwie ciekawy, o tyle dużo ciekawsze wydają się jego przemyślenia na temat samego siebie, swojej (zmieniającej się) roli w polskiej polityce i wreszcie szans oraz sensu powrotu na krajowe podwórko w kontekście wyborów prezydenckich.

Tusk ani na chwilę nie stracił z oczu polskiej polityki. Już po przegranych przez jego formację wyborach parlamentarnych w 2015 roku pisze: "Wraca uporczywa myśl i drąży od środka mózg: czy dobrze zrobiłem, że wyjechałem?". Sympatycy opozycji podsycali te wątpliwości, wyczekując rycerza na białym koniu, który przyjedzie z Brukseli i pokona zły PiS. Tusk miał pełną świadomość tych oczekiwań, ale nie brał jej na poważnie. Jak twierdzi, przytaczając swoją wypowiedź z wywiadu dla "Polityki", to znaczyłoby, że opozycja sama w sobie nie stanowi dla PiS-u żadnej konkurencji. "A moim zdaniem tak nie jest" - zaznacza Tusk.

Gdy pod koniec marca ówczesny szef Rady Europejskiej spotkał się w Brukseli ze Schetyną, cała Platforma zgodnie zapewniała, że to Tusk jest ich atutową kartą, jeśli chodzi o wybory prezydenckie. Tymczasem sam Tusk zdradza, że już wtedy bardzo wątpił w swój start.

O wyborach prezydenckich nie rozmawiamy. Ale już pół roku temu mówiłem Grzegorzowi, że powinien szukać innego kandydata, bo ja mogę okazać się kandydatem niewybieralnym. Nie naciska, ma podobne zdanie. Przecież widzi na co dzień, co się dzieje chociażby w telewizji publicznej

- wspomina tamtą rozmowę były premier.

Właśnie ofensywę mediów publicznych i prorządowych Tusk w dużej mierze obarcza za to, jak zmieniło się nastawienie Polaków do niego. Czytaj: jak pogrzebano (przynajmniej na razie) jego szanse na powrót do czynnej krajowej polityki. W niektórych fragmentach Tusk jest już nie tyle wściekły, co zrezygnowany i pogodzony z losem. Jak wtedy, gdy żali się, że "Wiadomości" TVP zestawiły jego wizerunek z Hitlerem i Stalinem. "(...) ale parę milionów ludzi co miało zobaczyć i zrozumieć, zobaczyło i zrozumiało" - odnotowuje w swoich dziennikach.

Napięte relacje między Tuskiem a Telewizją Polską nie są tajemnicą. Pokazało to dobitnie niedawne spięcie byłego premiera z dziennikarką TVP:

Zobacz wideo

Po ostatnich wyborach parlamentarnych Tusk odnotowuje rolę, jaką może odegrać odbicie Senatu. Przewiduje też powolny upadek potęgi "systemu Kaczyńskiego", który ma się ugiąć "pod ciężarem zła, jakie wyprodukował". Co ciekawe, w tym samym miejscu podkreśla jednak, że droga do tego będzie długa, a jego obóz polityczny ma jeszcze przed sobą wiele pracy:

Opozycja nie jest na to jeszcze gotowa, trzeba sporo pracy, raczej obliczonej na lata niż na miesiące

Początek listopada 2019 roku. Lada dzień Tusk ogłosi, że rezygnuje z ubiegania się o prezydenturę. W "Szczerze" polityk pokazuje cały proces analityczno-myślowy, który towarzyszyły podjęciu tej decyzji. Jest świadomy tego, jak duży elektorat negatywny ma w kraju (w dużej mierze dzięki "czarnemu pijarowi", jaki przez lata robiło mu PiS i prorządowe media) i że dla opozycji może być obciążeniem, a nie atutem. Decyzja nie przychodzi mu łatwo, gdyż - jak sam stwierdza - "z natury jestem zawodnikiem, nie kibicem, wolę się bić, niż kalkulować (co nie znaczy, że czasami się nie boję)". Nieco później dodaje jednak: "Jak to ktoś powiedział: Tusk najlepszym kandydatem z najmniejszymi szansami".

Swoje rozważania nad wycofaniem się z walki o prezydenturę kwituje nadzieją na to, że w ten sposób pokrzyżuje plany rządzących, którzy szykowali się już do starcia Duda vs Tusk. Ma nadzieję, że opozycja z nowym, świeżym kandydatem albo kandydatką zdoła zaskoczyć "dobrą zmianę" i zdobyć Pałac Prezydencki. "Jeśli zatem ryzyko przegranej jest największe, gdy to ja kandyduję, musimy szukać innego rozwiązania. Przykre, ale chyba realistyczne. Przegrać w pięknym stylu, jeśli istnieje ktoś, kto może wygrać? Nie do wybaczenia" - pisze na koniec.