Jedna debata i dwoje przegranych. Ale Jacka Jaśkowiaka będzie to kosztować znacznie więcej [ANALIZA]

Miało być wielkie show przykuwające uwagę wyborców i mediów, a było niemal półtorej godziny powtarzania tego, co wszyscy już wiedzą i dobrze znają. Prawyborcza debata Platformy Obywatelskiej zamiast partyjnym kandydatom na prezydenta pomóc, mocno im zaszkodziła. Stracona szansa bardziej uderza jednak w prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka.

Jaśkowiak zapytany przez dziennikarzy tuż po debacie, czy jest zadowolony ze swojego występu, odparł, że ani w sporcie, ani w biznesie nigdy do końca zadowolony nie jest, bo zawsze można było zrobić coś więcej, coś lepiej. W prawyborczej debacie mógł, a nawet powinien, zrobić znacznie więcej i znacznie lepiej. W końcu to on - używając sportowego języka - goni wynik i musi się wykazać, żeby 14 grudnia zyskać przychylność partyjnych delegatów.

Jednak również Małgorzata Kidawa-Błońska nie może być zadowolona ze swojego występu. Wicemarszałkini Sejmu była bardziej zdenerwowana, popełniła kilka lapsusów językowych i zasypywała zebranych ogólnikami, co chwilę podkreślając, że trzeba rozmawiać i szukać kompromisu. O tym, jak wyglądała debata kandydatów na kandydata najwięcej mówi to, że wielu oglądających ją dziennikarzy i publicystów ironicznie jako największego wygranego wskazywało prowadzącego całą imprezę dziennikarza Przemysława Szubartowicza.

Melodia, którą dobrze znamy

Rozpoczynając swoje otwierające wystąpienie, Jaśkowiak stwierdził, że "atmosfera jest jak na wyjazdowym meczu Lecha z Legią". Miało być na luzie i z dystansem - że niby prezydent Poznania gra trudny mecz na jeszcze trudniejszym terenie Kidawy-Błońskiej. Przecież w ostatnich wyborach wicemarszałkini Sejmu zdobyła w stolicy grubo ponad 400 tys. głosów. Każda kolejna minuta debaty pokazywała jednak, że Jaśkowiak nie mógł bardziej przestrzelić w swojej diagnozie, bo wartkiej akcji i pulsujących emocji było w trakcie debaty tyle, co na grzybach w smutny, jesienny poranek.

Zarówno Jaśkowiak, jak i Kidawa-Błońska grali kartami, które już dawno wyłożyli na stół. On chwalił się sukcesami w poznańskim ratuszu, zapewniał o swojej energiczności i niezależności, przypominał swój wielobarwny życiorys (biedny chłopak z robotniczej dzielnicy, który został wziętym menedżerem, wszedł na salony, a potem został prezydentem wielkiego miasta). Ona - odmieniała przez wszystkie przypadki słowa "rozmowa", "dyskusja" czy "porozumienie", zapewniała, że ważna jest prawda i szacunek, krytykowała cztery lata rządów Prawa i Sprawiedliwości oraz pięć lat prezydentury Andrzeja Dudy.

Zobacz wideo

Rzecz w tym, że w całej tej dyskusji - poza emocjami i wartką akcją - najbardziej brakowało tego, co w debacie jest najważniejsze. Konkretów. Nowych pomysłów. Świeżych idei. Zamiast tego było zatrzęsienie ogólników, "mówienie naokoło" i unikanie jednoznacznych deklaracji (chyba, że chodziło o postawienie prezydenta Andrzeja Dudy przed Trybunałem Stanu). Najdobitniej było widać to w obszarach, które są dzisiaj dla Polaków kluczowe i które Platforma chciałaby zagospodarować, ale nie bardzo wie jak - reforma służby zdrowia, ochrona środowiska, rewolucja technologiczna, efektywne polityki publiczne.

Kwintesencją problemów nie tyle dwójki kandydatów na kandydatów, ale całej Platformy A.D. 2019 było pytanie o sprawy światopoglądowe - prawo aborcyjne i rozdział państwa od Kościoła. Nawet Jaśkowiak, który wcześniej postulował przecież legalizację eutanazji i równości małżeńskiej, oświadczył, że liberalizacja prawa aborcyjnego mogłaby mieć miejsce tylko w razie przyzwolenia społecznego i zgody parlamentu.

Platforma stoi w miejscu

Tak było mniej więcej przez całą debatę, bo i taka jest dzisiaj Platforma. Chce mieć ciastko i zjeść ciastko. Być w awangardzie zmian gospodarczych, kulturowych i społecznych, ale zarazem bronić status quo, które jest bliskie wielu jej wielkomiejskim wyborcom. Krytykować PiS i srogo rozliczyć "dobrą zmianę", ale nie zniechęcić do siebie Kościoła i prawicowego elektoratu. Dać Polakom nową jakość, nową energię i nowe idee, ale jednocześnie grać możliwie zachowawczo, by nie narazić się żadnej grupie społecznej czy zawodowej.

Słowem, być partią dla wszystkich i dla nikogo. Być Platformą z 2011 roku, która stojąc w centrum głosy łowi zarówno po lewej, jak i po prawej stronie. Tyle że mamy rok 2019, a nie 2011. Czasy bezpowrotnie się zmieniły, Polska i polityczny krajobraz w naszym kraju również. A po debacie kandydatów na kandydata nie było tego widać.

Zachowawczość marszałkini Kidawy-Błońskiej specjalnie nie dziwi. Zaskoczył za to, in minus, prezydent Jaśkowiak. To on miał być waleczny, energiczny, pełen nowych pomysłów. Tymczasem nie wykorzystał być może jedynej szansy do zaprezentowania szerokiemu audytorium, że jest kandydatem wyraźnie lepszym od swojej rywalki, że to on gwarantuje pokonanie Andrzeja Dudy w majowych wyborach, że to jemu należy powierzyć tę arcytrudną misję.

Na tydzień przed ostateczną decyzją delegatów na Konwencję Krajową PO faworytką do prezydenckiej nominacji pozostaje zatem Kidawa-Błońska. To wciąż ona ma większe poparcie w partii. Poza tym, chociaż w debacie wypadła słabo, to nie straciła w niej aż tyle, ile stracić mogła. Z kolei Jaśkowiak swoich szans na prezydencką nominację może upatrywać już chyba tylko w sztuce zakulisowych rozgrywek partyjnych, którą wspierający go Grzegorz Schetyna opanował w stopniu arcymistrzowskim.

Więcej o: