Status małego świadka koronnego za haki na sędziów? Wyznanie byłej księgowej krakowskiego sądu

- Chcieli wymusić zeznania obciążające sędziów - mówi o prokuratorach Marta Kasprowicz, była główna księgowa Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Kobieta w rozmowie z Onetem opowiada o układzie, jaki mieli proponować jej śledczy.

Pod koniec 2016 r. CBA zatrzymało pięcioro pracowników Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Wśród zatrzymanych była Marta Kasprowicz, była główna księgowa sądu. Pracowała tam od ponad 25 lat. Obecnie jest oskarżona w sprawie, dotyczącej przywłaszczenia przez grupę pracowników sądu niemal 30 mln zł. Kobieta utrzymuje, że nigdy nie docierały do niej sygnały o nieprawidłowościach. Sąd drugiej instancji przychylił się do wniosku o areszt. Kasprowicz trafiła na dwa lata za kratki.

Kasprowicz opowiedziała w rozmowie z Onetem, jak wyglądały jej kontakty z prokuraturą. Wspomina, że gdy była w areszcie "znienacka" przyszli do niej śledczy  z Prokuratury Krajowej. - Dwaj panowie prokuratorzy bardzo nieżyczliwi. Najpierw chcieli mnie troszkę zastraszyć, zaczęli wyciągać moje jakby te złe uczynki. Chcieli wymusić zeznania obciążające sędziów - twierdzi rozmówczyni portalu.

Status małego świadka koronnego za "haki" na sędziów?

Kobieta wspomina, jakie pytania jej zadawali śledczy. - Czy wiem, który sędzia przyjmował korzyści majątkowe, który sędzia współpracował i miał znajomych w Platformie Obywatelskiej, który sędzia pracował przy reprywatyzacji. Takie pytania to były. Oczywiście nic nie wiedziałam, to potem nawet podczas innej wizyty proszono mnie, żebym powiedziała cokolwiek, nawet jak coś na korytarzu usłyszałam. Nawet jakieś plotki - opowiada.

Prokuratorzy mieli zaproponować jej układ. - To było mówione wprost, że dostanę "sześćdziesiątkę" (status małego świadka koronnego). Była propozycja, nie mogłam skorzystać - twierdzi Kasprowicz. Jak twierdzi, "celowano w osoby, które były widoczne w mediach".

>>> Tak PiS broniło swoich zmian w sądownictwie:

Zobacz wideo

Kobieta twierdzi, że na przesłuchanie wezwano też jej córki. - Zapytałam, z jakiej racji w ogóle mieszają moje dzieci do czegoś, o czym nie mają pojęcia. Faktycznie chodziło o to, żeby jakieś zeznania na nich wymóc. Ale z drugiej strony potem zrozumiałam, że to chyba nie o to chodziło. To był taki straszak w stosunku do mnie, że "jak nie zaczniesz mówić, to mamy twoją rodzinę".

- Nie mamy żadnej wiedzy na ten temat, przedmioty śledztwa w skrócie określiłem i zajmujemy się tylko tym i w takim zakresie te osoby są przesłuchiwane - komentuje historię Kasprowicz Mariusz Chudzik z Prokuratury Regionalnej w Rzeszowie.