Gdzie jest sufit dla Adriana Zandberga? "Ponury Duńczyk" licytuje wysoko

Ma opinię marudy i inteligenta, od żmudnej pracy organizacyjnej woli brylowanie w mediach, a znajomi mówią, że słabo wpisuje się w wizerunek stereotypowego lewaka. Jednak to właśnie od Adriana Zandberga może zależeć los Lewicy w najbliższej kadencji Sejmu.

- Wielka polityka przy Wiejskiej nie przetrąci panu kręgosłupa? - pytam Zandberga.

- Nie wiem. Uczciwej odpowiedzi będzie można udzielić za kilka lat - odpowiada bez chwili namysłu.

- Niejednego idealistę i politycznego marzyciela Sejm już przeżuł i wypluł.

- Sejm i sejmowa mównica są potężnymi narzędziami, przy pomocy których można upomnieć się o sprawiedliwość społeczną i wolność - podkreśla Zandberg. Zamyśla się. Po chwili dodaje: - Ale rzeczywiście Sejm jest maszynką, która wielu polityków i wiele polityczek zmieliła, zmusiła do porzucenia wartości, a potem wypluła. I każdy miał pewnie nadzieję, że uniknie takiego losu.

Boom na Adriana

Na razie Zandberg swoich wartości nie porzuca. Do Sejmu wszedł z wielkim impetem i już na pierwszym posiedzeniu dał show, o którym przez kilka dni mówiła cała polityczna Polska. Chodzi, rzecz jasna, o jego odpowiedź na exposé premiera Mateusza Morawieckiego. Chociaż politycy Lewicy, z którymi rozmawiamy mówią wprost: Adrian wygłosił swoje exposé, exposé Lewicy.

W 25-minutowym przemówieniu Zandberg dał rządzącym wykład na temat tego, czym w rzeczywistości jest państwo dobrobytu i jak daleko Prawu i Sprawiedliwości do jego budowy. Zabolało. Poseł-debiutant uderzył w najczulsze miejsce "dobrej zmiany" - wizerunek obrońcy narodu, który pomaga najsłabszym, wyrównuje szanse i podnosi kraj z zapaści.

- Powtarzał pan jak mantrę pojęcie "państwa dobrobytu", więc porozmawiajmy, czym ono jest - zaproponował szefowi rządu Zandberg. A potem zaczął wyliczać. - Państwo dobrobytu to tanie mieszkania na wynajem, to dobrze dofinansowane szpitale, bezpłatna ochrona zdrowia i edukacja. To państwo, w którym każdy czuje się bezpiecznie, a nie jest ofiarą bicia i wyzwisk ze strony prawicowych radykałów, jak działo się całkiem niedawno pod pańskimi rządami w Białymstoku. Nowoczesne państwo dobrobytu szanuje pracowników; podatki płacą wielkie korporacje, a nie tylko pracownicy i mali przedsiębiorcy - punktował.

Tyrada 39-latka szybko zdobyła popularność w sieci. Na YouTubie w tydzień obejrzało ją ponad 810 tys. osób. Jeszcze lepszy wynik film z Zandbergiem wykręcił w mediach społecznościowych Lewicy.

Jest gigantyczny boom na Adriana. Na Facebooku Lewicy jego kontra do exposé Morawieckiego ma już ponad milion wyświetleń. To absolutny rekord naszych social mediów

- mówi nam jeden z działaczy Lewicy.

Zobacz wideo

Zmarnowana szansa

O Zandbergu i jego wystąpieniu mówiły przez kilka dni wszystkie media. Chwaliła go nawet część dziennikarzy, komentatorów i publicystów od dawna sympatyzujących z PiS-em. Można by powiedzieć, że jeden z liderów Razem przeżywa właśnie polityczne déjà vu. Swoje drugie pięć minut. Niemal dokładnie cztery lata temu Zandberg przebojem wdarł się na czołówki mediów po debacie parlamentarnej, w której zdystansował bardziej doświadczonych kolegów i koleżanki z innych partii. - Byłem przekonany, że to będzie trudniejsza konfrontacja - przyznał niedawno w rozmowie z "Newsweekiem" pytany o tamtą debatę.

Sukces Zandberga w debacie dał wiatr w żagle Razem. Tyle że było już zbyt późno - finisz kampanii, raptem kilka dni do wyborów. Młodzi socjaliści co prawda skoczyli z poziomu 1-2 proc. na 3,62 w samych wyborach, ale żeby zdobyć bilet na Wiejską było to zdecydowanie zbyt mało. Nagrodę pocieszenia stanowiła subwencja budżetowa, która przysługuje komitetom z wynikami powyżej 3 proc. Pieniądze z państwowej kasy zapewniły w miarę spokojne funkcjonowanie na kolejne cztery lata. Dały czas na rozbudowę struktur i prace nad programem.

Tyle że kolejnych skoków poparcia ani wzrostu znaczenia Razem na polskiej scenie politycznej już nie było. Co prawda Razem weszło do głównego nurtu debaty publicznej, ale sondażowe słupki nieubłaganie wskazywały 1-2 proc. I to pomimo tego, że partii udało się wypromować kilka innych nazwisk. Chociażby dzisiejszych posłów i posłanki - Marcelinę Zawiszę, Agnieszkę Dziemianowcz-Bąk czy Macieja Koniecznego.

Partia i jej liderzy stawiali na wierność swoim ideałom i bezkompromisowość w wyrażaniu poglądów. Odrzucali możliwość zawierania sojuszy, nawet tych po lewej stronie, czego dowodzi awantura z Wiosną przed eurowyborami. Cały czas silne były resentymenty antypezetpeerowskie, antykomunistyczne i antyeseldowskie. "Błąd strategiczny i zabójczy dla partii dotyczył jednak wyboru elektoratu, do którego było kierowane jej przesłanie. Krótko: Razem wymyśliła sobie elektorat, którego nie było, aktywnie zrażając ten, który miała" - pisał w połowie lutego tego roku na łamach "Krytyki Politycznej" Adam Leszczyński.

Mówi prof. Ryszard Bugaj, polityk, ekonomista i były przewodniczący Unii Pracy, w której Zandberg stawiał pierwsze polityczne kroki:

Razem przegrało swoją szansę po wyborach w 2015 roku. Nie zagospodarowało elektoratu, który powinien być ich elektoratem bazowym - klasy robotniczej, budżetówki, nisko wynagradzanych pracowników na "śmieciówkach". Łączyli w sobie radykalizm gospodarczy z radykalizmem światopoglądowym, a elektoratu, który byłby skory poprzez taką ofertę po prostu w Polsce nie ma

Wzloty i upadki

Dla Zandberga minione cztery lata pod kątem politycznym były słodko-gorzkie. Z jednej strony, konsekwentnie budował swoją pozycję na lewicy, wzmacniał wizerunek i zwiększał rozpoznawalność. Pod koniec kadencji był jednym z trzech, czterech najważniejszych nazwisk na lewicy. Z drugiej strony, porażką, także osobistą, okazała się sytuacja Razem. Partia zatrzymała się w miejscu, zamiast rozszerzać swoje wpływy. Kubłem zimnej wody były wyniki wyborów samorządowych i europejskich. W pierwszych Razem dostało 1,57, a w drugich 1,24 proc. głosów. Na wizerunku młodego lidera polskiej lewicy pojawiły się poważne rysy.

Wszyscy myślą, że Adrian dzieli i rządzi w Razem, a to kompletna bzdura, którą wykreowały media

- mówi mi dobry znajomy Zandberga. I dodaje: - Partią tak naprawdę rządzi bardziej Marcelina (Zawisza, posłanka Lewicy - przyp. red.) niż on. Dawniej tę rolę pełniła Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (inna z posłanek Lewicy, w lutym tego roku odeszła z Razem - przyp. red.). Aga była zresztą od Adriana popularniejsza wśród członków partii, dostawała nawet więcej głosów w wyborach do zarządu krajowego. Dopiero kiedy odeszła z Razem, Adrian został ulubieńcem działaczy.

Pytam o to Dziemianowicz-Bąk. O Zandberga także. - Na pewno lubi być doceniany i chwalony, ale nie wiem, czy można określić to mianem sodówki - mówi.

Aż do momentu, który przesądził o moim odejściu z Razem nie podejrzewałam, że Adrian mógłby czuć, że jego pozycja w partii jest zagrożona

- dodaje po chwili.

Dziemanowicz-Bąk z Razem rozstała się po fiasku negocjacji jej partii z Wiosną na temat wspólnego startu w eurowyborach. Był początek 2019 roku, Wiosna była na fali wznoszącej, podczas gdy Razem grunt powoli zaczynał palić się pod nogami. Z przecieków medialnych wiadomo, że partia Roberta Biedronia postawiła dwa warunki współpracy: wpłatę przez Razem 900 tys. zł na kampanię europejską i schowanie w jej trakcie Zandberga.

Takie ultimatum nie wzbudziło entuzjazmu w gremiach kierowniczych Razem. - Przed porażką w eurowyborach niechęć części władz Razem do współpracy była tak silna, że uzasadniała nawet mocno niedemokratyczne metody działania - wspomina Dziemianowicz-Bąk. Jednym z głównych przeciwników sojuszu z formacją Biedronia był właśnie Zandberg.

Lider ambiwalentny

Ze względu na częstą obecność w mediach Zandberg przez wiele osób jest (błędnie) uważany za przewodniczącego Razem. Sam zawsze to prostuje i podkreśla kolegialny charakter przywództwa w jego ugrupowaniu. Nasi rozmówcy z Razem przyznają, że mimo popularności i rozpoznawalności Zandberg nie ma w partii ani swojej frakcji, ani - co jest bardzo popularne w innych ugrupowaniach - otaczającego go dworu.

Myślę, że to lider nowego typu, bez autorytarnych skłonności jak Schetyna czy Kaczyński

- wyjaśnia w rozmowie z Gazeta.pl osoba dobrze znająca Zandberga. - O Marcelinie (Zawiszy - przyp. red.) ktoś kiedyś powiedział, że to Schetyna w spódnicy. Ale chodziło o zarządzanie ludźmi i o to, że się jej słuchają, a nie że jest autorytarna - słyszymy.

Adrian preferował działalność zewnętrzną, ekspozycję medialną, reprezentowanie partii na zewnątrz, a nie pracę wewnątrz organizacji

- dowiadujemy się od jednej z byłych polityczek Razem. Inny z naszych rozmówców pytany o Zandberga-lidera dodaje:

Nigdy nie chciał brać pełnej odpowiedzialności za rolę lidera. Preferował formę przywództwa medialnego, nieformalnego, niekoniecznie z całym dobrodziejstwem inwentarza. Można było odnieść wrażenie, że nie może się zdecydować, czy chce być liderem pełną gębą. Był więc liderem ambiwalentnym

Gdy mówimy o Zandbergu, pierwszym skojarzeniem jest rosły, brodaty jegomość z telewizji bądź radia, który swoim rozmówcom nie szczędzi ironii i sarkazmu, zawsze jest świetnie przygotowany merytorycznie, a kiedy nadarzy się okazja, lubi wyciągnąć z rękawa cytat z jakiegoś antropologa, filozofa albo socjologa (wbrew obiegowej opinii nie jest to tylko Karol Marks).

Pewny siebie medialny "pistolet" to tylko jedna z twarzy Zandberga-polityka. Gdy gasną światła kamer i wyłączają się mikrofony, Zandberg nie traci atutów, które prezentuje na wizji. Nasi rozmówcy z jego bliskiego otoczenia podkreślają zalety 39-latka: inteligentny, erudycyjny, posiadający olbrzymią wiedzę, pracowity, zdeterminowany, konkretny, szukający kompromisów. - Dobrze się z nim pracuje. Ma swoją bardzo klarowną wizję niemal na każdy temat, ale nie strzela fochów i można z nim o wszystkim porozmawiać, przekonać, ustalić coś innego - mówi Gazeta.pl jeden z jego współpracowników.

- Jest zrzędą, ale to dobry człowiek - dorzuca inny znajomy lidera Razem. - Marudzi strasznie na wszystko. Serio. Ale nie jest furiatem, z wad najgorsze jest marudzenie - dodaje.

Zandberg nie kryje, że zdarza mu się pozrzędzić. - Coś jest na rzeczy, bywa że przesadzam np. z dopieszczaniem tekstu. I jak jestem niezadowolony z efektów, to rzeczywiście zdarza mi się marudzić - przyznaje, kiedy pytam go o narzekanie. Gdy pada pytanie o brak zdolności organizacyjnych, odpowiada:

Mam ten komfort, że w Razem dobrze się uzupełniamy. To jedna z niewątpliwych zalet kolegialnego kierownictwa. Ludzie mają w końcu różne zdolności. Te czysto organizacyjne to faktycznie raczej nie ja (śmiech)

Jeszcze inną twarz Zandberga dało się dostrzec w kampanii. Gdy Lewica objeżdżała kolejne gminy, powiaty i województwa, spotykając się codziennie z tysiącami wyborców, Zandberg nie był w swoim żywiole. Przynajmniej na początku. Dopiero z czasem nastąpiła przemiana. - Zaczynał nieco spięty, nieco zamknięty, ale z czasem się otworzył, nabrał pewności siebie, wyluzował. Dzięki temu złapał bardzo dobry kontakt z naszymi wyborcami - opowiada osoba, która razem z nim jeździła tzw. Lewicobusem.

Na dowód swoich słów wspomina tańce kandydatów Lewicy na spotkaniu w Gnieźnie. Na miejskiej scenie do latynoskich rytmów razem z innymi politykami i polityczkami kołysał się także Zandberg. Nasze źródło dorzuca też pewną anegdotę z kampanii:

Wśród wyborców Adrian często był, może nadal jest, nazywany "Srogim Duńczykiem" albo "Ponurym Duńczykiem". W ostatniej kampanii przeszedł proces przemiany w "Uśmiechniętego Duńczyka"

Na politykę nie patrzę jak na wojnę

Przemiana to zresztą proces, który Zandbergowi nie jest obcy. Osoby mniej interesujące się polityką kojarzą go najwyżej od pamiętnej debaty parlamentarnej z 2015 roku. Prawda jest jednak taka, że urodzony w duńskim Aalborgu 39-latek swoje losy związał z polityką już niemal dwie dekady temu.

Zaczynał w 2000 roku jako współpracownik lidera Polskiej Partii Socjalistycznej Piotra Ikonowicza. Pomagał mu w trwającej wówczas kampanii prezydenckiej. Następnym przystankiem na politycznej drodze Zandberga była Unia Pracy, w której był przewodniczącym partyjnej młodzieżówki - Federacji Młodych Unii Pracy. To w młodzieżówce UP poznał Barbarę Nowacką, inną z dzisiejszych gwiazd Lewicy. Na studiach przez trzy lata byli parą. Z czasów Unii Pracy Zandberg kojarzony jest najbardziej z protestów w obronie nieodpłatności studiów i przeciwko wojnie w Iraku.

To właśnie ta druga kwestia była jednym z głównych powodów jego niechęci do SLD. Nic więc dziwnego, że w 2005 roku opuścił Unię Pracy po tym, jak partia mocno zbliżyła się z Sojuszem. Z tego samego powodu pożegnał się ze swoją kolejną formacją - Unią Lewicy III RP, którą współtworzył i w której zarządzie zasiadał. Latem 2009 roku został wybrany do Rady Naczelnej Prezydium Polskiej Partii Socjalistycznej. Jego ostatnim projektem politycznym było Razem, które budował od podstaw i w którego zarządzie zasiada.

Młody Zandberg nie lubił kompromisów. Był wojującym alterglobalistą, ostrym krytykiem kapitalizmu i konsumpcjonizmu. Słuchał punk rocka i chodził z irokezem na głowie. Był zafascynowany Jackiem Kuroniem, z którym zresztą napisał do "Gazety Wyborczej" głośny artykuł "III RP dla każdego". W tekście autorzy stawiali tezę o deficycie demokracji w Polsce i analizowali możliwe kierunki rozwoju państwa. Ale Zandberg stanowczy był nie tylko jako publicysta. Na debatach potrafił jak równy z równym ścierać się z politykami formatu Bronisława Geremka. Nie czuł respektu przed nikim. Chciał grać na swoich zasadach albo wcale.

- Lubi pan budzić kontrowersje, wygłaszać ostre i budzące emocje tezy? - pytam.

- Ostre? To, co mówi od lat Razem, to jest mainstream europejskiej lewicy - wzdryga się Zandberg.

- Pana oponenci tak nie sądzą, przypinają panu łatkę lewackiego radykała, neomarksisty.

- To, jak te diagnozy wybrzmiewały w Polsce pokazuje, jak mocno nasz kraj jest przesunięty do prawej ściany. Przecież to, o czym mówimy, to rozwiązania przyjmowane nie tylko przez europejską lewicę, ale w wielu przypadkach nawet przez europejską chadecję.

Dopytywany, skąd wzięły się jego mocno lewicowe poglądy, Zandberg wskazuje lata dzieciństwa. Na przyszłym pośle ogromne wrażenie, jak sam mówi, zrobiło obserwowanie polskiej transformacji z perspektywy podwórka na warszawskim Mokotowie. - Nie był to ładny widok. W tym, kto wylądował na szczycie, a kto poleciał w przepaść, było sporo niesprawiedliwości i przypadku. I miewało to niewiele wspólnego z tym, czy ktoś się starał, czy ciężko pracował - wspomina. - Można powiedzieć, że pierwszą lekcję lewicowego myślenia zawdzięczam Leszkowi Balcerowiczowi - śmieje się.

Jak to bywa w przypadku młodych buntowników, chęć ścierania się ze światem zawsze i o wszystko przytemperował czas. I porażki, które jak nic innego uczą pokory, zmieniają spojrzenie na świat. Dla Zandberga przełomowym momentem były dwie niedawne klęski Razem - w wyborach samorządowych i europejskich. To wtedy wyleczył się z antykomunistycznych i antyeseldowskich resentymentów. Błyskawiczna kuracja zajęła raptem kilka miesięcy.

Przed ostatnimi wyborami rozmawiałem z Adrianem o sytuacji Razem i powiedział mi, że po prostu nie mieli wyjścia, że to była kwestia być albo nie być

- mówi mi prof. Ryszard Bugaj.

Sam Zandberg w sierpniowym wywiadzie dla Gazeta.pl przyznał, że kurs partii zmienili jej wyborcy i sympatycy, którzy niejako wymogli na partii pragmatyzm, a nie ideologiczne sekciarstwo. - Ludzie mówili nam jasno: chcą, żeby nasz głos był bardziej słyszalny. A po czterech latach to wiem aż za dobrze: słyszalny będzie z Wiejskiej - tłumaczył jeden z liderów Razem.

Anna Maria Żukowska, posłanka i rzeczniczka prasowa SLD: - Myślę, że Razem zobaczyło zmianę, jaka zaszła w SLD w ostatniej kadencji. Zobaczyło, że to już nie jest to millerowskie SLD, którego nie znosili. Zobaczyli, że angażujemy się w strajki i obronę praw pracowniczych, że bronimy prawdziwie lewicowych wartości, że jako partia lewicowa staliśmy się znów wiarygodni.

Dzisiaj Zandberg pytany o pojednanie z Włodzimierzem Czarzastym zapewnia, że "nie było jakichś magicznych, filmowych momentów". Rozmowy trwały wiele miesięcy.

To były bardzo uczciwe rozmowy, także o błędach formacji Włodzimierza Czarzastego w czasach, gdy ta była przy władzy. O błędach, których nie można powtórzyć, jeśli lewica ma coś w Polsce znaczyć i cokolwiek zmienić

- wyjaśnia. I dodaje: - Udało się także dlatego, że Włodzimierz Czarzasty potrafi spojrzeć krytycznie na tę przeszłość i wyciągnąć wnioski.

Ja na politykę nie patrzę jak na wojnę, ale jak na przestrzeń, w której można przekonywać ludzi, którzy myśleli dotąd inaczej niż my. I jak to się udaje, to się po prostu cieszę

- zapewnia mnie Zandberg.

Nietypowy lewak

W życiu prywatnym Zandberga cieszy spokój i czas spędzany z rodziną - żoną Barbarą (zajmuje się statystyką i badaniami społecznymi), synem Olafem (przedszkole) i córką Olgą (podstawówka). Tego czasu ma zdecydowanie mniej, niż by chciał. Jego znajomi mówią, że doskwiera mu popularność i rozpoznawalność. - Po debacie w 2015 roku stał się nagle osobą publiczną. Jak siedzimy z Marceliną (Zawiszą - przyp. red.) w knajpie, to nie jest tak, że wszyscy się na nas patrzą. A jego ludzie masowo rozpoznają od kilku lat. To go męczy, bo na przykład nie może pojechać na wakacje w Polsce i normalnie odpocząć - mówi mi jeden z nich.

Sam Zandberg stara się robić dobrą minę do złej gry. Przyznaje, że "lubi się czasem odciąć, żeby odpocząć", ale przez rozpoznawalność "trzeba włożyć więcej wysiłku, żeby to się udało". - Na przykład wyjechać na urlop w nieco mniej oblegane miejsce. W tym roku kręciliśmy się po pograniczu ukraińsko-rumuńskim. Polecam! - śmieje się.

Chociaż wśród przeciwników Zandberg ma opinię nie tyle socjalisty, co wręcz bolszewika, komunisty czy w najlepszym razie neomarksisty, to ludzie z jego otoczenia żartują, że stereotypowego lewaka w nim niewiele. Je mięso, ma prawo jazdy (samochodu nie posiada, woli jeździć metrem), jest po ślubie (ale cywilnym). W dodatku mimo, że jest doktorem historii, już od wczesnych lat studenckich zarabiał na życie programując aplikacje mobilne dla biznesu. Wykładał też na Wydziale Kultury Japonii Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych oraz w Wyższej Szkole Komunikowania, Politologii i Stosunków Międzynarodowych w Warszawie. I z kariery akademickiej, i z programowania zrezygnował, żeby poświęcić się polityce podczas kampanii parlamentarnej.

Prezydent Zandberg

Poświęcenie się opłaciło, Zandberg został posłem. Jednak, jak się dowiadujemy, jego udany debiut przy Wiejskiej sprawił, że coraz poważniej myśli o prezydenckiej nominacji z ramienia Lewicy.

Adrian to jeden z liderów Lewicy, ma wszelkie przymioty, których oczekiwalibyśmy od dobrego kandydata na prezydenta

- ocenia Anna Maria Żukowska, którą pytam, czy Zandberg byłby optymalnym wyborem Lewicy na batalię o Pałac Prezydencki.

Rzecz w tym, że apetyt na walkę o prezydenturę ma też Robert Biedroń. Do niedawna to właśnie prezes Wiosny był najpopularniejszym i najbardziej rozpoznawalnym politykiem Lewicy. Chociaż w ostatnich miesiącach zaliczył kilka mniejszych lub większych wpadek - najgłośniejsza dotyczyła tego, że mimo zapewnień nie zrzekł się mandatu europosła - wydawało się, że nominacja prezydencka jest niezagrożona. W kuluarach klubu Lewicy spekuluje się też o kandydatce na prezydenta, bo to właśnie kobieta mogłaby skutecznie przyciągnąć do Lewicy żeński elektorat.

Zobacz wideo

Ostatnie kilkanaście dni to jednak festiwal Zandberga, który jest na ustach wszystkich. Potwierdzają to zresztą sondaże, w których lider Razem zaczął być uwzględniany zamiast Biedronia. W badaniu IBRiS dla Wirtualnej Polski otrzymał 9,5 proc. głosów. W sondażu tej samej pracowni na zlecenie "Dziennika Gazety Prawnej" i RMF FM niemal tyle samo - 9,1 proc. W obu przypadkach zajął trzecie miejsce w pierwszej turze, za plecami zostawiając m.in. prezesa PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Zandberg coraz lepiej wypada też w sondażach zaufania do polityków. Ostatnie badanie CBOS-u pokazuje, że ufa mu 23 proc. Polaków, nieufność deklaruje 17 proc. (12 jest obojętnych, a 44 go nie zna). Biedroniowi ufa większa liczba badanych (32 proc.), ale ma też znacznie więcej negatywnych wskazań (36 proc.). Na jego korzyść działa za to rozpoznawalność (nie kojarzy go zaledwie 9 proc. wyborców).

Zandberg bardzo rośnie politycznie, jest świetnym mówcą i doskonale rozumie to, czym powinna być lewica. Poza tym, ma solidne zaplecze, które za nim idzie i to procentuje

- o prezydenckich szansach Zandberga mówi mi jeden z byłych lewicowych polityków.

W Lewicy tonują jednak nastroje. Zapewniają, że nie fiksują się na sondażach, bo te są chwilowe i niejednego wyprowadziły już w pole. Sam Zandberg też nie chce komentować swoich prezydenckich szans ani aspiracji. Zapewnia, że jego celem jest lewicowy rząd w 2023 roku, a kandydata do walki o prezydenturę Lewica wyłoni do końca roku. Tak, jak obiecała swoim wyborcom.

Prof. Ryszard Bugaj uważa, że głównym problemem Lewicy w kontekście wyborów prezydenckich jest krótka ławka mocnych kandydatów (lub kandydatek). Zwłaszcza takich, którzy w polityce są nie od wczoraj i mają na swoim koncie poważne dokonania. Tutaj Zandberg wypada blado. Były przewodniczący Unii Pracy jednak go nie skreśla: - Dla ludzi jest swój, mówi ich językiem i o realnych problemach wielu Polaków. Przy tym mimo zawartych trudnych kompromisów wciąż ma wizerunek człowieka pryncypialnego i wiarygodnego w tym, co mówi i robi.

- Jeśli miałbym wybierać między nim a Biedroniem, to od razu wybieram Zandberga - dodaje prof. Bugaj, ale zastrzega, że w starciu z Andrzejem Dudą szanse lidera Razem wyglądają niezbyt różowo.