"Schetyna to nie jakiś pierwszy lepszy leszcz z łapanki. Będzie walczyć, dopóki mu sił starczy"

Pozycja Grzegorza Schetyny jako szefa Platformy jeszcze nigdy nie była tak słaba. Gdyby zależało to tylko od sympatii członków partii, Schetyna już dzisiaj mógłby się pakować. Rzecz w tym, że nawet jego krytycy mają wątpliwość, czy można dziś zastąpić Schetynę w taki sposób, żeby była to zmiana na lepsze dla Platformy.
Zobacz wideo

Mówi jeden ze sztabowców Koalicji Obywatelskiej w kampanii parlamentarnej: - Tydzień temu, świeżo po wyborach, wszyscy byli tak wściekli na Grzegorza, że wymieniliby go na orangutana w koszulce Platformy. Na cokolwiek, byle tylko się go pozbyć. Dzisiaj patrzą już na sprawę chłodniej. Nadal są wściekli i nadal chcą zmiany, ale to musi być zmiana na lepsze, bo nasza sytuacja jest trudna. A nikt nie ma pewności, czy dzisiaj w Platformie można Grzegorza zmienić na kogoś lepszego.

Inny polityk Koalicji Obywatelskiej: - Obawiam się, że na zmianę przewodniczącego i ratowanie projektu Platformy Obywatelskiej czy też Koalicji Obywatelskiej jest o dwa, trzy lata za późno. Schetyna potwornie wymęczył nasz elektorat samym sobą, robieniem polityki pod własne partyjne interesy i ciągłym szantażem moralnym, że jak nie zagłosujecie na nas, to popieracie PiS. Już w kampanii samorządowej ludzie mówili nam, żeby zabrać go i gdzieś schować, bo mają go dosyć. Teraz jest jeszcze gorzej, bo dosyć Schetyny mają nie tylko wyborcy, ale też działacze.

O krok za daleko

Jeszcze cztery miesiące temu nic nie wskazywało, że sprawy przybiorą taki obrót. Tuż po wyborach do Parlamentu Europejskiego, które zjednoczona opozycja zaskakująco i wyraźnie przegrała z obozem "dobrej zmiany", Schetyna zapewniał: - Wyciągniemy naukę z tej kampanii. Uważnie i z pokorą wsłuchujemy się w krytykę. Tam, gdzie wczoraj okazaliśmy się słabsi, jutro będziemy dwa razy silniejsi. (…) Organizujemy nowy sztab i profesjonalne zaplecze. W sztabie znajdą się wybitni fachowcy, ludzie i energiczni, i profesjonalni. Będzie tam m.in.: Krzysztof Brejza, Adam Szłapka. Zapraszam Jacka Karnowskiego.

Cała trójka faktycznie znalazła się w sztabie, który Schetyna zaprezentował pod koniec czerwca. Oprócz nich kampanią kierować mieli: Bartosz Arłukowicz (europoseł), Zygmunt Frankiewicz (prezydent Gliwic), Barbara Nowacka (przewodnicząca Inicjatywy Polska) i Hanna Zdanowska (prezydent Łodzi). Przewodniczący PO zarzekał się, że "to jest nowy początek". - Chcemy nowej jakości w polskiej polityce - podkreślił.

Nowa jakość jednak nie przyszła. Zamiast niej nastąpiło to, czego w Platformie obawiało się wiele osób - powtórka z rozrywki. Sztab wyborczy okazał się instytucją malowaną, a kluczowe decyzje zapadały w gronie przewodniczącego i jego najbliższego otoczenia, które w Platformie jest nazywane "dworem Schetyny". W skład "dworu" wchodzi trzech polityków: Mariusz Witczak, Robert Tyszkiewicz i Piotr Borys.

Z naszych informacji wynika, że już w połowie lipca, a więc niecałe trzy tygodnie po prezentacji sztabu, Schetyna i jego ludzie zaczęli przejmować faktyczną kontrolę nad kampanią. Pomysły Brejzy i jego ludzi były coraz częściej ignorowane lub odrzucane. Kiedy na przełomie sierpnia i września Telewizja Polska wyciągnęła tzw. aferę hejterską w inowrocławskim ratuszu, Brejza został zupełnie odsunięty od podejmowania decyzji. Jeszcze wcześniej ze sztabu odeszła prezydent Zdanowska, która miała inną od Schetyny koncepcję list wyborczych KO w Łodzi. Widząc, że sztab jest malowany, z działań kampanijnych wycofał się też poseł Arłukowicz. Skoncentrował się na pracy w Brukseli i wsparciu dla konkretnych kandydatów Koalicji Obywatelskiej.

To, co Schetyna i jego ludzie zrobili z Krzyśkiem Brejzą i resztą sztabu, to, jak ich ubezwłasnowolnili i jak starali się zrzucić na nich winę za porażkę, było pójściem o krok za daleko

- mówi w rozmowie z Gazeta.pl jedna z posłanek z tzw. frakcji młodych, czyli grupy, która najgłośniej domaga się dzisiaj w Platformie rozliczeń i nowego otwarcia (są w niej m.in. Rafał Trzaskowski, Borys Budka, Sławomir Nitras i Joanna Mucha). - Nikt się na to nie nabrał. Działacze i politycy Platformy odebrali to jako osobiste upokorzenie, bo nie tak się wszyscy umawialiśmy z Grzegorzem. Miała być nowa jakość, a wyszło jak zwykle - dodaje nasza rozmówczyni.

Inny z polityków Platformy, z którym rozmawialiśmy, wypowiada się w bardzo podobnym tonie. - W partii nie było wkurzenia na Krzyśka Brejzę, bo bardzo szybko okazało się, że w sztabie nie ma nic do gadania. Został odsunięty. Dokładnie tak, jak wszyscy się obawiali - mówi.

Efekty ręcznego sterowania kampanią przez Schetynę okazały się co najmniej niezadowalające. Koalicja Obywatelska w wyborach do Sejmu uzyskała 27,4 proc. głosów, czyli o przeszło cztery punkty procentowe mniej niż cztery lata temu zdobyły łącznie PO i Nowoczesna. Nie pomogło nawet to, że Koalicja Obywatelska zdobyła przeszło 230 tys. głosów więcej niż Platforma i Nowoczesna przed czterema laty. Przy podziale mandatów KO wybory do wyborów jest wyraźnie stratna.

W 2015 roku wchodzące w jej skład partie zdobyły 166 miejsc w Sejmie, teraz mają 134. To o cztery mandaty mniej niż w 2015 roku wywalczyła sama Platforma. A trzeba pamiętać, że wśród wspomnianych 134 posłów i posłanek jest też grupa osób formalnie niezwiązanych z PO - polityków partii koalicyjnych (Zieloni, Nowoczesna, Inicjatywa Polska), kandydatów obywatelskich, samorządowców. Realny wynik samej Platformy to około 100 mandatów, a więc trzy czwarte dorobku z poprzednich wyborów.

To mało i Schetyna dobrze o tym wie. On i jego najbliżsi współpracownicy starają się więc przekonywać, że szklanka jest do połowy pełna - opozycja łącznie (KO, Lewica i PSL) uzyskała niemal milion głosów więcej od Zjednoczonej Prawicy, mimo zdobycia rekordowych 8 milionów głosów "dobra zmiana" nie powiększyła stanu posiadania w Sejmie nawet o jeden mandat, opozycja dzięki tzw. Paktowi Senackiemu zdobyła minimalną większość w Senacie i ma realne szanse na przejęcie izby wyższej parlamentu.

Wynik Koalicji Obywatelskiej osiągnęliśmy pomimo kampanii, a nie dzięki niej. W wielu obszarach, na wielu poziomach ta kampania była kpiną

- przyznaje posłanka z "frakcji młodych". - Partia musi wyciągać wnioski, uczyć się na błędach. Gdybyśmy zrobili dobrą kampanię, to wygralibyśmy nie tylko w Senacie, ale także w Sejmie - dorzuca inny poseł z grupy młodych. Kolejny dodaje:

Szefa ocenia się po skuteczności, czyli po liczbie zwycięskich wyborów. Schetyna nie wygrał żadnych, a to znaczy, że coś jest nie tak, że trzeba coś zmienić, jeśli chcemy jeszcze wrócić do gry

Piotr Borys, poseł-elekt, dyrektor Biura Krajowego PO i jeden z najbliższych ludzi Schetyny: - PiS rzuciło do gry wszystko, co miało pod ręką - 80 mld zł w transferach socjalnych, niespotykaną w historii Polski propagandę TVP, dyspozycyjne wobec władzy służby państwowe. Mimo tego, osiągnęło wynik dalece dla siebie niesatysfakcjonujący, jest znacznie słabsze niż cztery lata temu. Dlatego nie można mówić, że przegraliśmy te wybory. Oczywiście, że jest niedosyt, ale nasz wynik jest niezwykle poprawny.

Sam Schetyna w programie #RZECZoPOLITYCE "Rzeczpospolitej" znalazł też jeszcze jedno uzasadnienie dla wyniku Koalicji Obywatelskiej. - Szkoda, że opozycja nie poszła do tych wyborów zjednoczona. Gdybyśmy utrzymali formułę Koalicji Europejskiej, ten wynik byłby znacznie lepszy - zaznaczył.

Nie ma na co czekać

Optymizmu przewodniczącego i jego zauszników nie podziela dziś jednak w Platformie wiele osób. Dość powiedzieć, że desygnowana przez Schetynę na premiera Małgorzata Kidawa-Błońska oceniła kampanię Koalicji Obywatelskiej na 3+ w skali szkolnej. Jak na osobę, która dała tej kampanii swoją twarz i nazwisko, to surowa ocena. - Pewne rzeczy były dobre, pewne złe. Teraz będziemy ją omawiać - przyznała w programie "Graffiti" na antenie Polsat News.

Nasi rozmówcy z Koalicji Obywatelskiej są zgodni co do tego, że kampania była słaba. Zwłaszcza jej finisz, który w wykonaniu KO upłynął pod znakiem taśm Sławomira Neumanna i skandalicznej wypowiedzi Lecha Wałęsy o zmarłym Kornelu Morawieckim na przedostatniej partyjnej konwencji. Pozytywnego przekazu dla zrównoważenia tych dwóch czynników po prostu zabrakło.

Równo z końcem kampanii rozpoczął się w Platformie czas rozliczeń. Jako pierwsza sygnał dała posłanka Joanna Mucha, która działania Koalicji Obywatelskiej skrytykowała na antenie TVN24 jeszcze przed ogłoszeniem oficjalnych wyników wyborów. W ślad za nią poszli: europosłanka Elżbieta Łukacijewska, była minister w rządzie Donalda Tuska Julia Pitera, senator-elekt Bogdan Zdrojewski, a nawet prezydent Sopotu Jacek Karnowski.

Wszystkie te osoby łączy postać Donalda Tuska. Jak pisał niedawno "Wprost", przewodniczący Rady Europejskiej "dał zielone światło na zniszczenie Schetyny". - Jest przekonany, że musi być jak najwięcej kandydatów, którzy będą chcieli odsunąć Schetynę od władzy. Mówi, że Schetynie zależy tylko na utrzymaniu władzy i partyjnych pieniędzy - mówi rozmówca tygodnika z bliskiego otoczenia byłego premiera.

Do tzw. tuskowców dołączył też Borys Budka, wiceprzewodniczący Platformy i były minister sprawiedliwości. Dzisiaj to on jest wymieniany w partii jako główny kandydat do zastąpienia Schetyny. Na razie zgłosił oficjalną chęć startu na szefa klubu parlamentarnego. Zapewnia, że partia potrzebuje zmian i nowego otwarcia. Nie wyklucza też, że będzie ubiegać się o stanowisko szefa Platformy w zaplanowanych na przełom roku wyborach.

- Borys jest osobą dynamiczną, kreatywną i skuteczną. Do tego potrafi współpracować z ludźmi. Z pełnym przekonaniem i satysfakcją poprę go w wyborach na szefa klubu - zapewnia nas poseł Paweł Olszewski. W podobnym tonie wypowiada się wielu czołowych polityków Platformy, z którymi rozmawiamy. Najsilniej Budkę popiera wspomniana już "frakcja młodych", która najgłośniej domaga się zmian w partii. Jednak potencjalne poparcie dla wiceprzewodniczącego PO jest o wiele szersze.

Budka cieszy się silnym poparciem "frakcji młodych", ale nie tylko ich.

Borys idzie na szefa klubu wbrew Schetynie. Na fali zmiany może być całkiem niezły w tej roli, jeśli zdoła zebrać dostateczną liczbę szabel

- analizuje doświadczony polityk PO. Inny dodaje bez wahania:

W starciu jeden na jednego w wyborach powszechnych Budka rozwala „Scheta” na dzień dobry

Rozmówca z "frakcji młodych": - Tu już nie ma, na co czekać. Potrzebne jest nam nowe otwarcie. To ostatni dzwonek, żeby ratować partię. Wynik Koalicji Obywatelskiej osiągnęliśmy pomimo kampanii, a nie dzięki niej. W wielu obszarach, na wielu poziomach ta kampania była kpiną.

Zawodnik starej szkoły

Jeden z byłych sztabowców Koalicji Obywatelskiej przyznaje, że zupełnie nie dziwi go powyborcza dynamika wydarzeń wewnątrz partii. - Teraz, gdy Grzegorz jest słaby, wiele osób chce się na nim odegrać, bo i wielu osobom ostro zalazł za skórę - mówi wprost.

Schetyna, jako polityk niezwykle doświadczony, rozumie, w jakim aktualnie znajduje się położeniu. Nie owijając w bawełnę, jest ono arcytrudne. Najtrudniejsze od chwili, gdy Schetyna przejął Platformę. Mylą się jednak ci, którzy już teraz stawiają krzyżyk na przewodniczącym PO.

Schetyna, przy wszystkich swoich wadach, to jest polityczna ekstraklasa, a nie jakiś pierwszy lepszy leszcz z łapanki. On tej partii po dobroci nie odda, będzie walczyć dopóki mu sił starczy. Zaraz wsiądzie w samochód i zacznie kursować po kraju, żeby urabiać działaczy

- przekonuje polityk świetnie orientujący się w wewnątrzpartyjnych układankach w Platformie.

Na uwagę, że popularność Schetyny w "terenie" mocno w ostatnim czasie podupadła, zauważa: - Okej, ale niech mi ktoś powie, że jak centrala zadzwoni do struktur w przykładowym Szczebrzeszynie, powie działaczom, że jedzie do nich przewodniczący, żeby pogadać i napić się kielicha, to w tych strukturach stwierdzą: sorry, ale my ze "Schetem" nie gadamy. Przecież to nonsens.

Schetyna to jest zawodnik starej szkoły. Mało kto umie tak gadać ze strukturami jak on. Wie, że trzeba pojechać, poświęcić czas, uwagę, napić się wódeczki, pożartować. Kto z tych młodych tak to rozegra? Budka? Przecież on nie tknie kielicha, bo powie, że ma maraton albo że go żona za to opierniczy

- wylicza nasz rozmówca.

Do tego Schetyna wciąż ma w ręku niebagatelny atut - swoich ludzi. Nie chodzi tu nawet o ich liczbę, co o sprawność w przeprowadzaniu partyjnych rozgrywek. O coś, co w politycznym żargonie jest nazywane "rzeźbą". Nasi rozmówcy zgodnie przyznają, że w dzisiejszej Platformie nikt nie zna się na tym aspekcie politycznego rzemiosła tak dobrze jak właśnie ludzie "Scheta".

Frakcja schetynowców nie zamierza poprzestawać wyłącznie na objeździe "terenu" i paktowaniu z wpływowymi działaczami. Przewodniczący Platformy już teraz stara się narzucić swoją narrację. Przekonuje, że teraz najważniejsze jest obronienie Senatu, następnie wybory szefa klubu, wskazanie kandydata Koalicji Obywatelskiej na prezydenta, a dopiero na końcu wybory nowego szefa PO.

- To rozsądny kalendarz w tych trudnych czasach i powinniśmy się go trzymać - uważa Piotr Borys. - Teraz jest czas na dyskusje i debatę wewnętrzną i to będzie mieć miejsce, bo jesteśmy partią w pełni demokratyczną i każdy podlega weryfikacji - dodaje. Zaznacza też, że po tych wyborach Koalicja Obywatelska jest znacznie mądrzejsza niż jeszcze kilka tygodni czy miesięcy temu, natomiast PiS "osiągnęło sufit swoich możliwości". - Bez silnej Koalicji Obywatelskiej trudno będzie myśleć o pokonaniu PiS-u czy to w wyborach prezydenckich, czy w jakichkolwiek kolejnych - zapewnia.

Nasi rozmówcy z Koalicji Obywatelskiej twierdzą, że Schetyna przygotowuje także plan B na wypadek, gdyby "ucieczka do przodu" z wyborami prezydenckimi nie przyniosła rezultatu. Tym planem jest kongres zjednoczeniowy z Nowoczesną, czyli coś, o czym w Platformie mówi się od dłuższego czasu. Z punktu widzenia Schetyny jest to scenariusz o tyle istotny, że wówczas o stanowisku szefa partii decydowałoby kilkuset delegatów na zjazd, a nie kilkanaście tysięcy członków PO. To z kolei - zgadzają się nasze źródła - diametralnie zmieniłoby położenie szefa Platformy i zwiększyło jego szanse na utrzymanie się u władzy.

Wszystko w naszych rękach

Chociaż nastroje w Platformie są dzisiaj mocno antyschetynowe, przesądzanie o tym, że lada chwila przewodniczący odejdzie do lamusa, byłoby wielce naiwne. Z naszych rozmów z politykami Platformy i Nowoczesnej wyłania się jeden kluczowy powód - kwestia tego, co po Schetynie.

- Nasz dramat polega na tym, że wszyscy w partii psioczą dziś na Grzegorza, ale z drugiej strony kompletnie brak pomysłu na to, co dalej. Gdy Asia Mucha mówi, że chce powalczyć o przywództwo w Platformie, to ludzie tarzają się ze śmiechu. Mimo, że Grzegorza mają po kokardę, to już woleliby jego, bo przynajmniej ma jakiekolwiek pojęcie o polityce - relacjonuje wieloletni polityk PO.

W Platformie wszyscy boją się dziś tego, że wykonując gwałtowne i nieprzemyślane ruchy partia może podzielić los SLD sprzed ponad dekady. Jeden z naszych rozmówców mówi wręcz o "strachu przed syndromem SLD".

Zaczniemy zajmować się sprawami wewnętrznymi i wymienianiem szefa mniej więcej raz do roku. Przy okazji sama partia będzie coraz bardziej gnić. Wpadniemy w taki patologiczny korkociąg, zlecimy do 4-5 proc. i za cztery lata wypadniemy z Sejmu

- precyzuje.

W największej partii opozycyjnej doskonale zdają sobie też sprawę z tego, że układ sił w obozie antyPiS-u wygląda po wyborach zgoła inaczej niż jeszcze kilka tygodni temu. Do Sejmu weszła mocna reprezentacja Lewicy, która z pewnością będzie punktować Platformę za jej kunktatorstwo w kwestiach obyczajowych. Z drugiej strony jest wzmocnione wyborczym wynikiem PSL z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, który – jak ocenia jeden z naszych rozmówców z PO - jako lider rośnie z każdym dniem.

Jeśli przegniemy z wzajemnymi rozliczeniami, to Lewica i PSL nas rozjadą. Jeśli pokażemy im, że jesteśmy słabi, to obudzimy się w rzeczywistości, w której mamy 10-15 proc. poparcia

- przestrzega były sztabowiec KO.

Schetyna ma świadomość tych zagrożeń i wątpliwości i już teraz stara się wykorzystać je do obronienia i przedłużenia swojego przywództwa. W napisanym kilka dni temu liście do członków Platformy zdał raport z powyborczej sytuacji opozycji, Koalicji Obywatelskiej i samej Platformy. List był swego rodzaju uderzeniem wyprzedzającym. Miał podnieść morale partyjnego aktywu, narzucić narrację o zwycięstwie opozycji i przede wszystkim przedstawić Schetynę jako sprawnego organizatora, który ma precyzyjny plan na to, co dalej. "Możemy wygrać wybory prezydenckie i następne parlamentarne. (…) Koleżanki i Koledzy - wszystko w naszych rękach" - napisał.

Przeciwnicy Schetyny nie planują jednak dawać za wygraną, a słowa szefa traktują jako zagrywkę PR-ową. - Mit wielkiego organizatora runął. Gorzej zorganizowani i bardziej chaotyczni już być nie możemy. Trzeba to zatrzymać, dopóki jest co zbierać - przekonuje przedstawiciel "frakcji młodych".

Więcej o: