W ostatnich 25 latach nikt nie walczył tak jak Władysław Kosiniak-Kamysz. Teraz czas na wybory prezydenckie

Jacek Gądek
Gdy opadnie kurz po wyborach do Sejmu, rozgorzeje walka o prezydenturę. Na czarnego konia opozycji rośnie już Władysław Kosiniak-Kamysz. Najbardziej logiczny byłby scenariusz: I turę opozycja traktuje jak prawybory, by w II turze poprzeć wyłonionego w ten sposób konkurenta Andrzeja Dudy.
Zobacz wideo

Obóz Prawa i Sprawiedliwości, co oczywiste, postawi w przyszłym roku na Andrzeja Dudę. Obrona jego fotela w Pałacu Prezydenckim jest warunkiem koniecznym dla kontynuowania rewolucji ordynowanej państwu przez PiS. Dwóm osobom w Polsce zależy na tym najbardziej: Jarosławowi Kaczyńskiemu i samemu Dudzie. Cena zwycięstwa nie będzie więc grać roli.

Kto stanie naprzeciw? Na dziś prawdopodobieństwo, że w szranki stanie Donald Tusk jest mikre. Szef Rady Europejskiej ma ogłosić decyzję o swojej przyszłości w grudniu. Jednak czasy, w których Tusk był gotów zaryzykować swoją osobistą porażkę w prestiżowym starciu odeszły do historii, gdy stał się tuzem w polityce międzynarodowej.

Społeczne notowania Tuska zresztą spadają. Szefostwo PO nieprzypadkowo oceniało, że wsparcie Donalda Tuska przed wyborami do Sejmu nic nie dodaje Koalicji Obywatelskiej. Samemu Tuskowi pozostaje szukać sposobu na dalszą karierę międzynarodową. Jak już pisaliśmy na Gazeta.pl - i to rok temu - Tusk może przejąć fotel szefa Europejskiej Partii Ludowej, gruntować w ten sposób swoją pozycję w polityce europejskiej, by w długiej perspektywie celować np. w fotel szefa Komisji Europejskiej. Politycy PO rytualnie powtarzają, że chętnie by go widzieli w roli kandydata na prezydenta, ale robią to bez wiary, że to w ogóle jest jeszcze możliwe.

Wobec słabnącej pozycji Tuska w krajowej polityce i jego niechęci do startu, opozycja staje przed dylematem: kogo wystawić w wyborach prezydenckich?

Najbardziej logiczny i optymalny dla opozycji jest scenariusz, że cały obóz antyPiS traktuje I turę jak prawybory. A zatem każda z formacji - Koalicja Obywatelska, PSL i lewica - wystawiają własnych kandydatów. Kto się dostanie do II tury, dostaje mocne wsparcie od kandydatów, którzy odpadli oraz ich partii z zastępami działaczy. W efekcie będą to wybory Duda kontra reszta świata, acz z wyjątkiem Konfederacji, której o wiele bliżej do PiS.

Na czarnego konia opozycji wyrasta Władysław Kosiniak-Kamysz, prezes PSL. Nieprzypadkowo.

To trzeba napisać jasno: nikt w ostatnich 25 latach nie walczył o swoje życie w polityce tak zacięcie, a zarazem tak finezyjnie jak Kosiniak-Kamysz w tych wyborach. Lider PSL pokazał, że ma cojones, albo - cytując Waldemara Pawlaka - "kręgosłup i jaja". Sprawdzał się w dyskusjach na argumenty, sypał bon motami, a przy okazji grał na pojednawczej nucie. Nie był bezbłędny, ale górował nad swoimi adwersarzami.

Rzeczą naturalną dla Kosiniaka-Kamysza jest teraz osobiście skonsumować rewelacyjny wynik PSL Koalicji Polskiej z wyborów parlamentarnych. Dane po zliczeniu niemal 100 proc. głosów wskazują, że ludowcy otrzymali 8,58 proc. A nie ma na to lepszego sposobu, niż start w najbardziej spersonalizowanych wyborach prezydenckich. "Władek na prezydenta!" - to melodia, którą PSL powinno grać od początku nowej kadencji, jeśli chce wycisnąć w aktualnego sukcesu maksimum korzyści.

Kosiniak-Kamysz, jeśli wystartuje, będzie pierwszym kandydatem PSL, który może marzyć o wejściu do II tury wyborów prezydenckich. I nawet jeśli mu się to nie uda, to będzie się budował jako kandydat na premiera za cztery lata. Czy to zbyt daleka perspektywa? Jeśli partie nie kreślą różnych wariantów i nawet odległych scenariuszy, to znikają.

Po wyborach parlamentarnych w Platformie Obywatelskiej stanie pytanie: czy Grzegorz Schetyna powinien odejść? Jeszcze przed niedzielą pojawiły się - i to publiczne - głosy polityków PO, że Schetyna popełnił kardynalny błąd czekając na ostatni moment z namaszczeniem Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na kandydatkę na premiera. I jest w tych zarzutach racja, bo na ostatniej prostej kampanii aż jeden na czterech wyborców nie wiedział, że ktoś taki jak Kidawa-Błońska istnieje i chce być premierem.

Dla PO naturalną rzeczą jest teraz dalsze inwestowanie w Kidawę-Błońską. W PO dominuje przekonanie, że powinna ona startować też na prezydenta. Jest jednak kłopot: Kidawa-Błońska w kampanii unikała starć, nie występowała w debatach telewizyjnych. Nieprzypadkowo. Ma ona bowiem ten feler, że mimo 20 lat w polityce świetnie "czuje" jedynie temat kultury i celebrę. Przyjazne nastawienie do ludzi, klasa i dobre maniery to jednak za mało. Na gruncie czystej retoryki w starciach ze świetnym mówcą, jakim jest Andrzej Dudą, stałaby się łatwym celem. Władzę trzeba sobie bowiem wyrwać, a nie o nią grzecznie prosić.

O wiele waleczniejszy charakter ma Rafał Trzaskowski. Włodarzem Warszawy jest raptem od roku, więc jego start w wyborach prezydenckich byłby przyznaniem, że nie traktuje stolicy zbyt poważnie. Nie mógłby ponadto w pełni zaangażować się w kampanię. Start Trzaskowskiego byłby dla niego bardzo ryzykowny, bo rubla mógłby nie zarobić (bo faworytem będzie i tak Duda), a cnotę stracić.

Dla Trzaskowskiego racjonalnym scenariuszem jest stać się przeciwległym biegunem wobec PiS, czemu sprzyja polaryzacja polityki i obsadzanie go w takiej roli przez media publiczne i resztę aparatu propagandowego PiS. Paradoksalnie, Trzaskowski może iść drogą Lecha Kaczyńskiego, dla którego prezydentura stolicy była bardzo istotnym, ale tylko etapem. Czas Trzaskowskiego w polityce partyjnej, rządowej i w kontekście wyborów prezydenckich jeszcze nie nadszedł, a falstart drogo by go kosztował.

Dla lewicy wystawienie własnego kandydata na prezydenta jest niezbędne, by skrzyknięci pod szyldem SLD politycy nie zaczęli się rozpierzchać. Dla lewicy podstawowym ryzykiem jest wewnętrzne pożarcie się SLD, Wiosny i Partii Razem o pieniądze. Na kasie z dotacji - a będą to grube miliony złotych każdego roku - trzymał rękę będzie wyłącznie Włodzimierz Czarzasty. A jak wiadomo, o pieniądze pokłócić się jest bardzo łatwo.

Jednak to Adrian Zandberg i Robert Biedroń - a nie Czarzasty - są najmocniejszymi nazwiskami lewicy. Samo SLD ma struktury, pieniądze i wątroby, ale już nie popularne twarze.

Wyborów prezydenckich nie wygrywa się jednak ani wątrobą, ani twarzą, ale przede wszystkim dzięki sprawnej partyjnej maszynerii oliwionej pieniędzmi, pracującej dla utalentowanego polityka. Andrzej Duda ma za sobą taką lokomotywę, a liderzy opozycji kilka drezyn.

Więcej o:
Komentarze (155)
Teraz czas na wybory prezydenckie. Władysław Kosiniak-Kamysz rośnie na czarnego konia
Zaloguj się
  • qawsedrftg

    Oceniono 14 razy -8

    Trzaskowski? Po kompromitacjach ze spalarnią, ściekami, zdechłymi kozami Abdula, LGBT+- w szkołach i kompletnym brakiem pomysłu na zarządzanie Warszawą? Nie mówiąc o wizjach rozwojowych? To żart chyba?

  • polakpl

    Oceniono 18 razy -8

    Najbardziej niebezpieczna partia to PO. Wszyscy pamiętamy peowskich sędziów na telefon, czy wybór sędziów usłużnych PO do TK na zapas. Do tego źle zarządzali finansami państwa.

  • xxlxx63

    Oceniono 5 razy -5

    Tylko Kukiz : - )

  • nino.rota

    Oceniono 11 razy -5

    gumofilec na plecach szarpidruta wspiął się na POlityczne Himalaje i uciułał w gumnach 9 proc.
    To co dla Kosiniaka jest sufitem, dla prezydenta Dudy jest podłogą...
    Tak że ten...

  • deusirae

    Oceniono 7 razy -5

    Drogi panie Michnik, place tu za dobre dziennikarstwo (przynajmniej z zalozenia) a nie za skrajne idiotyzmy niejakiego Gadka. Pozdrawiam.

  • ja5569

    Oceniono 6 razy -4

    "bo rubla mógłby nie zarobić a cnotę stracić."
    To ze slownika TIR-owek przy trasie Warszawa-Bialystok?

  • kac

    Oceniono 10 razy -4

    Kluczem sukcesu PSL/Kukiz było otwarte odcięcie się od LBTozy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX